Przepełnione licea, lekcje od świtu do wieczora na trzy zmiany, zbyt liczne klasy i wielu nastolatków, którzy nie dostali się do tych szkół, do których chcieli. Rekrutacyjny chaos, jaki mieliśmy tego lata to był dopiero początek. Być może w końcu twoje dziecko dostało się do szkoły, w której dobrze się czuje, „nie jest tak źle”, albo okazało się, że jest nawet lepiej niż się spodziewaliście. A jeśli nie? Jeśli ta szkoła to nie jest miejsce, które dobrze służy rozwojowi i edukacji twojego nastoletniego dziecka? Szukacie innych opcji? Jedną z nich jest edukacja domowa. I zanim powiesz „to nie dla mnie”, przeczytaj tę rozmowę. Rodzice, którzy nie mają doświadczenia czy kontaktu z edukacją domową, zwykle na dźwięk tych słów reagują poważnymi wątpliwościami: przecież to niemożliwe jednocześnie uczyć własne dzieci i pracować na etacie, dzieci w edukacji domowej na pewno nie mają wystarczających kontaktów z rówieśnikami i to szkodzi ich rozwojowi społecznemu, może i da się uczyć w domu 7-9-latki, ale jak sobie poradzić z bardziej skomplikowanymi zagadnieniami z zakresu klasy 7. czy 8. szkoły podstawowej, albo tym bardziej szkoły średniej? Rozumiem te obawy. Dlatego aby dowiedzieć się, jak jest naprawdę, a nie teoretyzować i polegać na wyobrażeniach, postanowiłam porozmawiać na ten temat z kimś, kto ma takie doświadczenia i to całkiem spore. Zapytałam Agnieszkę Steinpsycholożkę, ale też mamę nastoletniego syna, który uczy się w edukacji domowej, jak to jest z taką edukacją w przypadku nastolatka.

 

Co robić, jeśli szkoła średnia, do której ostatecznie dostało się nasze dziecko to nie jest miejsce, które dobrze służy jego rozwojowi i edukacji?

Mam wrażenie, że my przywiązujemy jakąś ogromną wagę do szkoły ponadpodstawowej, a moim zdaniem to, do której szkoły nasze dziecko pójdzie ma minimalne znaczenie. Jeśli ktoś jest wytrwały, bystry, lubi się uczyć i się rozwijać, potrafi budować relacje z ludźmi to szkoła nie jest mu do niczego potrzebna. Musi jedynie spełnić obowiązek edukacyjny, który państwo na niego nakłada. A jeśli ktoś nie ma tych wszystkich właściwości, to nawet najlepsza szkoła mu nie pomoże. Żyjemy w czasach, kiedy edukacja formalna naprawdę niewiele komukolwiek może dać, ale dorośli w swoich przekonaniach tkwią jakieś trzydzieści lat wstecz. 

Ale żyjemy też w czasach, kiedy rodzice większą część dnia spędzają w pracy. I szkoła dla nich oznacza, że w tym czasie inni dorośli zaopiekują się ich dzieckiem, zadbają o jego potrzeby i o edukację. Dzięki temu mamy poczucie, że nasze dziecko jest bezpieczne – teraz, bo ktoś się nim opiekuje i na przyszłość, bo ktoś dba o jego rozwój i przygotowuje do dorosłego życia.

Jeśli mówimy o nastolatkach, to to nie jest prawda, bo po pierwsze, dziecko może wcale nie być w szkole. Dzieci w tym wieku zwykle już same jeżdżą do szkoły i to, czy do niej dotrą, czy nie, zależy właściwie wyłącznie od ich woli. Po drugie – w szkole dzieje się o wiele więcej niebezpiecznych sytuacji niż w domu, a nawet mam wrażenie, że więcej jest tam niebezpieczeństw niż na ulicy. Szkoła to wcale nie jest takie bezpieczne miejsce, jak nam się wydaje. Po trzecie szkoła generuje zagrożenia natury psychicznej – stres, presja na wyniki, rywalizacja. 

Nie chodzi mi tutaj o straszenie szkołą i pokazywanie, jaka ona jest zła. Ale nasze przekonania o tym, że dziecko chodzące do szkoły jest bezpieczne, zaopiekowane i na dobrej drodze ku pięknej przyszłości może się mijać z rzeczywistością. Szkoła nie jest żadnym gwarantem bezpieczeństwa dziecka. 

Jeśli szkoła nie daje nam gwarancji ani bezpieczeństwa, ani dobrego rozwoju dziecka to równie dobrze, a czasem może i lepiej, możemy zapewnić dziecku rozwój poza szkołą, w edukacji domowej. Tylko wyobrażenie nastolatka, który uczy się sam, podczas kiedy jego rodzice są w pracy budzi sporo obaw u rodziców – czy on się sam czegoś nauczy, czy sobie poradzi, czy my sobie poradzimy.

Rozumiem te wątpliwości. To jest kwestia pewnego zaufania do tego młodego człowieka, zaufania, że on jest w stanie poradzić sobie cały dzień bez dorosłego. Ale jeśli uważamy, że taki piętnastoletni człowiek nie potrafi sobie poradzić bez nadzoru dorosłego, to coś jest chyba nie tak. To są ludzie, którzy za chwilę będą dorośli, będą mieli dowody osobiste i będą głosowali w wyborach. Taki człowiek musi umieć sobie poradzić samodzielnie, musi umieć sam się ogarnąć przez cały dzień bez pilnowania i kontroli dorosłych. Bez tego nie będzie w stanie poradzić sobie w dorosłym życiu. A nie nauczy się tego, jeśli cały czas ktoś będzie na niego patrzył, sprawdzał i kontrolował. Poza tym niezależnie od tego, czy taki piętnastolatek chodzi do szkoły, czy uczy się samodzielnie, po prostu nie da się go ciągle kontrolować.

Myślę, że rodzice nie obawiają się tego, że sobie nie poradzi w sensie, że nie odgrzeje sobie obiadu, czy nie wstanie z łóżka przez cały dzień. Raczej boimy się, że się niczego nie nauczy i jakie głupie i niebezpieczne pomysły mogą mu przyjść do głowy. Na przykład, że przez cały dzień będzie grał na komputerze. 

Tylko my nie mówimy o edukacji domowej, jako o opcji dla ludzi, którym się nie chce uczyć, nie chce im się chodzić do szkoły i wolą sobie zostać w domu. Mówimy o wyborze dla ludzi, którym w tym wieku – nastu lat – zależy na edukacji dobrej jakości. Mówimy o takim nastolatku, który jest na tyle ambitny, że mu nie jest wszystko jedno, do jakiej szkoły chodzi, skoro jest niezadowolony ze szkoły, do której się dostał. Mówimy o człowieku, który chciał się dostać do dobrej szkoły i który przez cały okres szkoły podstawowej ogarniał swoją edukację na tyle, że miał szansę dostać się do takiej szkoły. Mówimy też o ludziach, którzy – jak się domyślam – mają rodziców, którym nie jest wszystko jedno, gdzie uczy się ich dziecko. Mówimy więc o sytuacji, gdzie warunki wewnętrzne i zewnętrzne sprzyjają temu, żeby ten młody człowiek się dobrze rozwijał. Człowiek w tym wieku i w takiej sytuacji, kiedy wie, że na koniec roku ma zdać egzaminy ze wszystkich przedmiotów, bo jak ich nie zda, to będzie musiał wrócić do szkoły, podchodzi do tego świadomie i odpowiedzialnie. Tacy ludzie mogą wybrać edukację domową.

Uczę się w domu, bo nie jestem zadowolony z jakości edukacji, jaką oferuje mi dostępna szkoła?

Albo nie odpowiada mi towarzystwo, jakie w niej spotykam. Bo to często nie jest kwestia poziomu nauczania. Trafiają do mnie na konsultacje nastolatki i mówią, że szkoła, do której się dostali to jest szkoła, gdzie głównie liczą się np. ciuchy, pieniądze, albo gdzie jest dużo sytuacji na granicy łamania prawa, gdzie są narkotyki, alkohol. I oni dlatego nie chcą być w tej szkole, a nie dlatego, że tam jest poziom niedobry. Poziom to oni sobie sami ustalą. Człowiek w liceum, jeśli nie jest w stanie sam się nauczyć, to moim zdaniem nikt mu niczego do głowy nie wtłoczy.

Wielu rodziców obawia się edukacji domowej, bo uważają, że mają za małą wiedzę, żeby uczyć swoje dzieci, a w starszych klasach szkoły podstawowej, czy w szkole średniej tym bardziej.

W edukacji domowej nie jest tak, że rodzice są nauczycielami swoich dzieci, a już na pewno nie na poziomie szkoły średniej. Zresztą kiedy dziecko chodzi do szkoły stacjonarnej to przecież sporą część wiedzy zdobywa poza szkołą, pracując samodzielnie w domu. Niezależnie od tego, czy się jest w edukacji domowej, czy w szkole, moim zdaniem nie da się na tym etapie edukacji efektywnie się uczyć bez samodzielnej pracy i własnych poszukiwań. 

Wielu uczniów liceów w którymś momencie zaczyna mówić, że im szkoła przeszkadza w nauce. I część z nich w klasie maturalnej załatwia sobie zwolnienia lekarskie, żeby nie chodzić do szkoły tylko uczyć się w domu i lepiej przygotować się do matury. Obecnie dostęp do źródeł wiedzy jest nieporównywalnie szerszy i łatwiejszy niż kiedyś. Technologia pozwala na taką naukę i taką jej jakość, że system edukacji nie ma jak z tym konkurować.

Mój syn zaczął ED w szóstej klasie i widzę, że z czasem coraz więcej rzeczy robi zupełnie samodzielnie. W każdym kolejnym roku mojego wkładu w jego naukę jest coraz mniej. Czasami przychodzi tylko z pytaniami, na przykład „czym się różni inteligencja skrystalizowana od płynnej?”. I jeśli znam odpowiedź, to mu ją daję, a jeśli nie, to szukamy jej razem. Jest coraz więcej takich rzeczy, które on wie lepiej ode mnie. I jestem przekonana, że człowiek w tym wieku jest w stanie sam wymyślić, jak się czegoś dowiedzieć. Ponieważ nie chodzi do szkoły, nie ma presji, że musi dowiedzieć się tego dzisiaj, więc jeśli szukanie odpowiedzi zajmie mu tydzień, albo dwa miesiące, to się nic strasznego nie stanie. 

A po drodze jeszcze prawdopodobnie dowie się wielu innych rzeczy. Z jakich źródeł Twój syn czerpie wiedzę?

Bardzo dużo ciekawych i dobrych rzeczy można znaleźć na Youtubie. Praktycznie z każdego przedmiotu są materiały po polsku, po angielsku. Mój syn przez trzy lata edukacji domowej tak się nauczył angielskiego, że zna ten język lepiej niż większość moich dorosłych znajomych. Trzy czwarte materiałów, z których korzysta i jego aktywności w internecie jest po angielsku. Korzysta z różnych aplikacji, które sobie znajduje, pisze, projektuje jakieś graficzne rzeczy. Nie tylko korzysta z takich źródeł, które prezentują wiedzę, ale też ma różne swoje pomysły, swoje projekty, używa swojej wiedzy. Bardzo dobrym edukacyjnym źródłem jest Netflix, TED, specjalistyczne blogi i wideoblogi, na których ludzie dzielą się wiedzą, filmy dokumentalne. Jeździmy też w różne miejsca… Mój syn czerpie wiedzę ze wszystkiego. 

A jeśli czegoś nie wiemy, można zadać pytanie na facebookowej grupie edukacji domowej, są grupy, które skupiają młodzież w ED, są też grupy rodzicielskie. Ludzie się tam wymieniają wiedzą, pomagają dotrzeć do źródeł informacji, albo do ekspertów. Ktoś pyta na przykład, dlaczego niebo jest niebieskie i zaraz się okazuje, że ktoś inny właśnie czytał o tym, albo ktoś ma znajomego fizyka, którego może poprosić o wyjaśnienie, albo ktoś zna ciekawy materiał i podrzuci link. Kiedy się czegoś nie wie lub nie rozumie, to się szuka kogoś, kto wie i potrafi wytłumaczyć. 

Co twojemu synowi wyznacza plan nauki? Wiadomo, że co roku musi zdać egzaminy ze wszystkich przemiotów.

Na początku roku sprawdzamy, co jest w zakresie podstawy programowej do opanowania, przeglądamy podręczniki. Zazwyczaj szkoły, które mają pod opieką uczniów w edukacji domowej (bo każdy uczeń ED musi być zapisany do szkoły) dają informacje o wymaganiach egzaminacyjnych i materiały pomocnicze. Zwykle uczniowie ED mają możliwość konsultacji z nauczycielami przedmiotowymi w szkole, uczeń może mieć też swojego opiekuna-nauczyciela, niektóre szkoły organizują specjalne spotkania i zajęcia dla uczniów ed.

Większość osób w edukacji domowej nie uczy się wszystkich przedmiotów naraz, tylko po kolei, blokami – najpierw skupia się na jednym lub dwóch, zgłębia, poznaje, zdaje egzamin i potem przechodzi do następnego. Bo egzaminy przedmiotowe w edukacji domowej można zdawać w ciągu całego roku. Uczeń umawia się na egzamin, ustala jego termin ze szkołą, kiedy jest na to gotowy. Również forma egzaminu bywa różna – często jest to egzamin pisemny plus rozmowa z nauczycielem, ale to może też być jakiś projekt, albo wykonanie określonych zadań w domu i przedstawienie ich. Są rzeczy, których się ludzie uczą, bo chcą je umieć i są takie, których się uczą, żeby zdać egzamin. I jeśli ktoś uczy się czegoś tylko na egzamin, to często wystarczy do tego kilka dni.

Czy ty sprawdzasz, jak się uczy twój syn?

Przed egzaminami zdarza się, że wspólnie siadamy i przeglądamy wymagania egzaminacyjne i sprawdzamy, czy wszystko jest jasne i opanowane. Większość nauki mój syn organizuje sobie sam, ale czasami wspólnie szukamy jakichś informacji, oglądamy filmy, czy wybieramy się w jakieś miejsca. Były takie momenty, że uczyliśmy się razem, były też takie, kiedy robił coś zupełnie sam i ja się w ogóle tym nie zajmowałam. Ale to wygląda różnie w różnych rodzinach i zależy od tematu, przedmiotu, sytuacji – edukację domową można dostosować do potrzeb i możliwości dziecka.

A matura? Czy do niej też można się skutecznie przygotować w edukacji domowej?

Maturę zdają osiemnastoletni ludzie. Oni już naprawdę potrafią się uczyć i wziąć odpowiedzialnośc za swoją edukację. Myślę, że to jest taki wiek, kiedy ten młody człowiek już wie, czy naprawdę chce zdać maturę, czy nie. Jeśli chce i się okaże, że do niej trzeba coś przeczytać, czegoś się dowiedzieć i nauczyć, to taki człowiek po prostu to robi. 

W szkole średniej materiał jest podzielony na zakres podstawowy, który jest dla wszystkich (i on naprawdę nie jest jakoś bardzo skomplikowany) i rozszerzony. Ten rozszerzony wybiera się z przedmiotów, które chce się zdawać na maturze i chce się jakoś z nimi wiązać dalszą edukację czy przyszłość. Więc nie wybieram tu przedmiotów, z których nic nie rozumiem, tylko te, które są moją mocną stroną, które mnie interesują. 

Poza tym do matury – jeśli nie powiedzie się za pierwszym razem – można podchodzić ponownie. Uczniowie szkół stacjonarnych też nie wszyscy zdają maturę za pierwszym razem. Można też zdawać ją w innym terminie, jeśli ktoś potrzebuje więcej czasu na przygotowanie, bo matura nie jest obowiązkowa. Tak naprawdę w dzisiejszym świecie to nie od matury zależy, czy ktoś ma ciekawą pracę i robi w życiu interesujące rzeczy, tylko od innych kompetencji. 

A jak jest z kontaktami z rówieśnikami – to jest kolejna obawa rodziców, że dziecko w edukacji domowej będzie miało ograniczone kontakty społeczne.

Chodzenie codziennie do szkoły, gdzie spotyka się tę samą trzydziestkę ludzi, wcale nie gwarantuje dobrego rozwoju społecznego, ani tego, że się będzie miało przyjaciół. Szkolna klasa nie jest jedynym miejscem, w którym dziecko może się rozwijać społecznie. Wielu nastolatków ma przyjaciół wcale nie ze szkoły. Nie każde dziecko dobrze się czuje w dużej grupie, nie każde też dobrze się odnajduje w gronie dzieci w tym samym wieku. Podobnie jak dorośli – my przecież też nie przyjaźnimy się tylko z ludźmi z naszego rocznika. W edukacji domowej młodzi ludzie mają wybór, z kim się będą spotykać i co razem robić. Mogą dostosować ilość i jakość tych kontaktów do swoich potrzeb i predyspozycji.

Życie dziecka w edukacji domowej jest jak życie dorosłego wykonującego wolny zawód. Co robi człowiek, który ma wolny zawód i jak wyglądają jego relacje z ludźmi? Wykonuje swoją pracę, ma grono przyjaciół, jak chce się z nimi spotkać, to się spotyka. Ma znajomych, z którymi łączą go zawodowe projekty i takich, z którymi ma wspólne zainteresowania. Dzwonią do siebie, piszą, spotykają się, robią razem różne rzeczy. Robi różne projekty wspólnie z innymi ludźmi, chodzi na kursy, szkolenia czy spotkania. Ma relacje rodzinne. W przypadku nastolatka w edukacji domowej wygląda to tak samo. Uważam, że wyjście ze struktur szkolnych daje wręcz większe możliwości różnorodnych kontaktów społecznych. Zostawia też na to więcej czasu, bo kiedy nastolatek wraca ze szkoły, odrobi wszystkie lekcje, to często już nie ma czasu albo siły na kontakty społeczne. Dziecko w edukacji domowej ma na to mnóstwo czasu i energii. Znam młodych ludzi, którzy grają w orkiestrze, takich, którzy pracują, robią różne projekty, piszą książki, wymyślają gry, kręcą filmy… 

I szukają kontaktu z innymi ludźmi, z którymi mają coś wspólnego, a nie z przypadkowo dobranym gronem ludzi, których łączy rok urodzenia. 

Chcę też podkreślić, że kontakty społeczne nie ograniczają się do spotykania się ze znajomymi. Kiedy idę do sklepu, żeby coś kupić i rozmawiam z osobą, która tam sprzedaje, kiedy idę na pocztę coś załatwić, kiedy pracuję w kawiarni i obsługuję klientów – to wszystko też są kontakty społeczne. Więc młody człowiek uczący się w edukacji domowej ma naprawdę sporo okazji do bardzo różnorodnych kontaktów, które rozwijają go społecznie. Często bardziej różnorodnych, niż gdyby spędzał większą część dnia w szkole. 

Edukacja domowa wymaga, jak sądzę, zorganizowania różnych spraw – przejście ze szkoły do ED to duża zmiana.

Pójście do szkoły średniej to jest też duża zmiana. Nowe miejsce, inna lokalizacja, dojazdy, nowa grupa, nowi nauczyciele, inne wymagania, oczekiania i sposób nauki. Różnica jest taka, że na zaadaptowanie się do tej nowej sytuacji młodzież w edukacji domowej ma więcej czasu. W szkole, niezależnie od tego, czy już się odnalazłeś w nowej rzeczywistości, czy nie, pętnastego września masz sprawdzian. W ED, jeśli potrzebujesz miesiąca na to, żeby sobie wszystko poukładać, to możesz to zrobić. W edukacji domowej jeśli przez parę dni nic dziecko nie zrobi, to nie znaczy, że ma jakieś zaległości. W szkole już by pewnie miało. 

Myślę, że największą przeszkodą w przejściu do edukacji domowej (zakladając, że dziecko tego chce) są obawy i przekonania rodziców. Że się dziecko niczego nie nauczy. Że nie będzie miało kontaktów społecznych. Że zostanie samo w domu na całe dnie i zamiast się uczyć, będzie np. grać na komputerze.

Kiedy dziecko chodzi do szkoły, to rodzice też mają mnóstwo wątpliwości, obaw, lęków. Że rówieśnicy będą mu dokuczali, że nauczyciel się uweźmie, że nie zda do następnej klasy, nie zaliczy klasówki, nie odrobi pracy domowej albo że będzie miało zaległości. Wszyscy rodzice mają obawy i lęki. Myślę, że rodzicielstwo nigdy nie jest wolne od lęku i polega między innymi na umiejętności oddzielenia swoich lęków i obaw od dziecka.

Naście lat to jest taki etap w rozwoju, że decyzja o tym, gdzie i jak się uczyć jest, a przynajmniej powinna być w dużej mierze decyzją dziecka. Mój syn ma piętnaście lat, zaczął właśnie liceum, więc wiem, jaki to jest poziom rozwoju i myślę, że to już nie jest taki czas, kiedy rodzic prowadzi dziecko za rękę i mówi mu, co ma robić. Rodzic może pokazać możliwości, przedyskutować, ale piętnaście lat to nie jest wiek, kiedy można kimś sterować.

Jeśli więc naszemu nastolatkowi nie odpowiada szkoła, do której chodzi, to warto z nim przedyskutować różne możliwości. Zmianę szkoły na inną, pozostanie w tej, w której jest, albo przejście na edukację domową. Dziękuję, że opowiedziałaś o tej opcji.