Kiedy dziecko doświadcza kryzysu psychicznego – np. depresji, zaburzeń lękowych, zaburzeń odżywiania, uwaga otoczenia – i słusznie – koncentruje się na nim. Na objawach, diagnozie, terapii, lekach, rokowaniach. Znacznie rzadziej przyglądamy się tym, którzy są przy dziecku w wiecznej gotowości i aktywności każdego dnia – rodzicom. A to właśnie oni bardzo często przeżywają swój własny, cichy kryzys.

Piszę ten tekst zarówno jako popularyzatorka wiedzy między innymi o zdrowiu psychicznym, jak i jako mama dwójki nastolatków, którym przyszło mierzyć się z depresją i zaburzeniami lękowymi. Te dwie perspektywy – wiedzy i doświadczenia – nieustannie się we mnie spotykają i wzajemnie uzupełniają. Co wcale nie znaczy, że jest łatwiej.

Gdy choruje dziecko, zmienia się cały świat rodzica

Kryzys psychiczny dziecka rzadko dotyczy tylko jednej osoby. W rzeczywistości obejmuje cały system rodzinny. Zmienia codzienność, relacje, rytm dnia, poczucie bezpieczeństwa i wyobrażenia o przyszłości. Wielu rodziców opisuje ten stan jako życie w nieustannym napięciu – w trybie czuwania, gotowości, alarmu. Jesteśmy jak strażacy na nieprzerwanym dyżurze. A czasami w środku pożaru, którego końca nie widać.

To, co wcześniej było oczywiste, przestaje takie być. Sen staje się płytszy, myśli krążą wokół dziecka, a przyszłość – dotąd jakoś wyobrażalna – nagle wydaje się mglista i niepewna.

Wchodzimy w tryb zadaniowy – umawiamy wizyty u lekarzy, terapie, pilnujemy, żeby leki były podane o właściwej porze, zbieramy informacje, drążymy temat. “Doktoryzujemy się” z tego, co dolega naszemu dziecku. Szukamy najlepszych specjalistów, z czasem poprzestając na tych, którzy są dostępni, a potem znów rozpędzając się, by jednak dopaść tych naj. Setki razy sprawdzamy dane i fakty zebrane z wszelkich dostępnych źródeł, bo często okazują się ze sobą sprzeczne. Próbujemy minimalizować ryzyko, pchać do przodu oporne medyczne procedury, załatwiać, umawiać, negocjować. Ta organizacyjna, zadaniowa część naszego doświadczenia w sytuacji kryzysu dziecka bywa najłatwiejsza, nawet jeśli czasami ociera się o zdobywanie niemożliwego.

Co w takim razie jest trudniejsze niż dosięganie cudów? Z mojej perspektywy trudniejsze jest wspieranie dziecka, a właściwie nasze emocje z tym związane. W sferze organizacji i zadań mamy zawsze coś do zrobienia, kiedy zamykają się drzwi, szukamy okna i forsujemy je. Niemal zawsze jest jakieś kolejne okno, a to daje nam nadzieję i poczucie sprawczości – wciąż coś możemy. Ale kiedy siedzisz przy dziecku, które mówi, że nie ma siły żyć, kiedy widzisz świeże cięcia na jego przedramieniu, a ono tłumaczy, że tylko to mu na chwilę pomaga, wtedy… wtedy najczęściej możesz tylko być. To jest taki kawałek rzeczywistości, w którym nie pojawiają się cuda. W którym masz wytrzymać ból twojego dziecka, który odbija się w tobie twoim własnym bólem. Musisz wytrzymać własną bezradność. Wytrzymywanie jest trudniejsze od działania.

Co dzieje się z psychiką rodzica w długotrwałym stresie

Trudniejszy jest też lęk, który staje się stałym rezydentem w rodzicielskim sercu i myślach. Boimy się o życie naszego dziecka, o to, że nigdy nie wyjdzie z tej strasznej, ciemnej emocjonalnej doliny, że sobie coś zrobi, że się znów pokaleczy, albo odbierze sobie życie. Boimy się, kiedy wychodzi z domu, kiedy zamyka drzwi do swojego pokoju, kiedy otwiera okno, kiedy znajdujemy nożyczki do paznokci na jego biurku…

Powszechne jest też poczucie winy. Myśl: „To przeze mnie” wraca u wielu rodziców jak echo. Analizujemy przeszłość: decyzje wychowawcze, konflikty, słowa wypowiedziane w emocjach. Poczucie winy bywa próbą odzyskania kontroli – skoro to moja wina, to może mogę coś naprawić. Warto jednak bardzo wyraźnie oddzielić odpowiedzialność od winy. Odpowiedzialność to bycie obok, szukanie pomocy, uczenie się i reagowanie. Wina to karanie siebie za coś, na co często nie mieliśmy realnego wpływu. Choroba psychiczna dziecka nie jest porażką rodzica.

Jedną z najtrudniejszych prawd rodzicielstwa w kryzysie jest ambiwalencja. Można jednocześnie bardzo kochać swoje dziecko i być skrajnie wyczerpanym. Chcieć być blisko i marzyć o chwili ucieczki. Czuć troskę i złość w tym samym czasie. Psychologia jasno mówi: współistnienie sprzecznych emocji jest czymś normalnym, zwłaszcza w sytuacji długotrwałego stresu. To nie jest dowód braku miłości ani kompetencji rodzicielskich. To dowód, że jesteśmy ludźmi.

Do tego dochodzą emocje trudne społecznie: złość, wstyd, zazdrość wobec rodzin, które wydają się „normalne”, oraz głębokie, przewlekłe zmęczenie.

Z perspektywy psychologicznej rodzic dziecka w kryzysie funkcjonuje często w stanie chronicznego pobudzenia. Układ nerwowy pozostaje w gotowości, jakby zagrożenie czaiło się tuż za rogiem i mogło nadejść w każdej chwili. W takim stanie organizm nie regeneruje się prawidłowo.

Dlatego pojawiają się bezsenność, drażliwość, trudności z koncentracją, płaczliwość czy poczucie emocjonalnego „wypalenia”. W tym kontekście hasła w rodzaju „weź się w garść” nie tylko nie pomagają, ale mogą pogłębiać poczucie winy i bezradności. W stresie chronicznym potrzebujemy ukojenia i regulacji, nie dalszej mobilizacji.

Emocje rodzica, o których rzadko się mówi

Wielu z nas nosi w sobie te uczucia w ciszy, bo „nie wypada” się do nich przyznawać. Albo dlatego, że jesteśmy tak skupieni na dziecku, że nie uświadamiamy sobie własnych emocji. I to jest coś, co nas ogromnie osłabia.

W kryzysie łatwo wpaść w schematy, które z czasem jeszcze bardziej obciążają. Nadodpowiedzialność i nieustanna czujność. Odkładanie siebie „na później”. Udawanie siły, gdy w środku jest pustka. Samotność, mimo że wokół są ludzie. To nie są błędy – to próby poradzenia sobie w sytuacji, która przekracza zwykłe zasoby.

Nasze emocje są naturalną reakcją na przeciążenie. A kryzys psychiczny dziecka jest sytuacją ekstremalną zarówno dla niego, jak i dla nas. Kiedy milczymy o własnych emocjach, czasem nawet sami przed sobą, to jest tak, jakbyśmy wspinali się po pionowej skale, niosąc na plecach nasze osłabione dziecko i jednocześnie próbowali trzymać linę, która nas asekuruje.

Dlaczego rodzic też potrzebuje opieki

To nie jest dobry moment na bohaterstwo rodem z filmów o Supermenie. To jest moment na uruchomienie wioski wsparcia dla nas, na powierzenie asekuracyjnej liny komuś, kto ją chwyci pewnie i mocno – to może być jedna osoba, a może być kilka. A wtedy my będziemy mogli mocniej i pewniej chwycić nasze dziecko.

Stan emocjonalny rodzica wpływa na dziecko. Dzieci – nawet nastolatki – wyczuwają napięcie, zmęczenie i lęk dorosłych, nawet jeśli nikt o nich nie mówi. Rodzic jest dla dziecka emocjonalną bazą bezpieczeństwa.

To nie oznacza, że mamy być idealni. Mamy być przewidywalni, obecni, gotowi do naprawiania relacji. Do tego potrzebujemy zasobów, które nie odnawiają się samoczynnie w sytuacji przewlekłego napięcia. Potrzebujemy innych ludzi, by je zregenerować – partnera, terapeuty, lekarza, przyjaciółki, przyjaciela…

Jeśli pojawia się długotrwała bezsenność, nasilony lęk, poczucie pustki, utrata sensu czy myśli rezygnacyjne – to sygnały, że ciężar jest zbyt duży, by dźwigać go samemu. Sięganie po pomoc psychologiczną czy terapeutyczną jest aktem odwagi, nie słabości.

Dbając o siebie, nie odbieramy nic dziecku. Przeciwnie – zwiększamy jego szanse na regulację i zdrowienie. Pomoc dla rodzica jest jednocześnie formą wsparcia dla dziecka.

Nadzieja, która nie jest naiwna

Nie każda historia ma szybkie i proste zakończenie. Proces zdrowienia bywa długi, nierówny i pełen wahań. Nadzieja w kryzysie psychicznym dziecka nie polega na obietnicy, że „wszystko będzie dobrze”, ale na przekonaniu, że obecność, relacja i małe kroki naprawdę mają znaczenie. Nawet wtedy, gdy efekty nie są od razu widoczne.

To może potrwać lata. Wasz lęk o życie i kondycję psychiczna dziecka może nigdy całkiem nie zniknąć. Ale jeśli zadbacie o wsparcie dla siebie, nauczycie się żyć z nimi tak, by was nie osłabiały. Odzyskacie radość życia pomimo cienia, który będzie wam towarzyszył.

Minęły cztery lata od chwili, kiedy zobaczyłam ślady skaleczeń na przedramieniu mojego dziecka, od wieczorów, kiedy siedziałam przy nim i razem płakaliśmy. Wtedy czułam się, jakby świat się kończył, a rozpacz, ból i bezsilność wydawały mi się nie do zniesienia. Wytrzymaliśmy. Siedząc razem i przytulając się przez wiele wieczorów. Moje dziecko wytrzymało swój ból, bo ja wytrzymałam mój. Pomogli nam terapeuci, lekarze psychiatrzy, nauczyciele w szkole, przyjaciele. Zorganizowałam ekipę wsparcia dla mojego dziecka, ale i dla mnie. Dzięki temu dziś jesteśmy już w zupełnie innym miejscu, choć nadal w drodze zdrowienia.

Niedawno zdjęłam zabezpieczenia z okien w pokoju mojego dziecka. Widzę, jak coraz bardziej samodzielnie radzi sobie w trudnych chwilach. Cieszę się, że przychodzi wtedy również do mnie, że rozmawiamy, a ja jestem gotowa i mam zasoby, by go wspierać.

Na zakończenie chcę powiedzieć jedno: wysiłek rodziców dzieci w kryzysie psychicznym jest ogromny, choć często niewidoczny. Wasze emocje mają znaczenie. Wy też macie prawo do troski, wsparcia i łagodności wobec siebie.

Ela Manthey


Odkryj więcej z Juniorowo

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.