Rodzice nastolatków mawiają, że w okresie dojrzewania młody człowiek jest jak podmieniony przez kosmitów – jednego dnia masz całkiem miłego, zgodnego, uczynnego i rozmownego potomka, a następnego dnia budzisz się i masz w domu burkliwą, niezadowoloną, istotę, która wobec wszystkiego i wszystkich jest na „nie”. Ja również zaobserwowałam taką nagłą i niespodziewaną zmianę u mojego piętnastolatka. Tylko że w odwrotną stronę. Roztargniony, zamyślony, introwertczny samotnik stał się nagle samodzielnym, ogarniętym gościem, który potrafi budować relacje z rówieśnikami, pielęgnować swoją pasję, a i w domu pomaga bez wielkich fochów. Cud? Myślę, że raczej odpowiednie okoliczności, które wyzwoliły ten potencjał.

Rzeczywistość „przed”

Mój Junior przez całą podstawówkę trzymał się trochę z boku klasowego towarzystwa. Nie żeby był izolowany przez grupę, po prostu zazwyczaj nie bardzo mu odpowiadały zespołowe atrakcje towarzyskie. Martwiło mnie to, podobnie jak jego roztargnienie, zapominanie o zadaniach, powolne tempo pracy, na które narzekali nauczyciele, „bujanie w obłokach”. Cieszyła jego niesamowita inteligencja, pamięć, zdolności rozumienia zagadnień z zakresu nauk ścisłych.

Perspektywa szkoły średniej budziła pewne moje obawy – jak to u matki, serce troskliwe, rozum nastawiony na wyszukiwanie zagrożeń. Nie martwiłam się o oceny, czy naukę, ale o to, jak mój syn poradzi sobie z dojazdami przez całe miasto, z organizacją, z samodzielnym ogarnianiem tego wszystkiego, czego wymaga od licealisty tak zwane życie codzienne. No i jak odnajdzie się w nowej grupie, skoro w dotychczasowej relacje były raczej skromne.

I jeszcze do tego pandemia. Dwa ostatnie lata podstawówki spędzone w dużej mierze we własnym pokoju przed ekranem komputera. 

Byłam oczywiście gotowa pomagać mojemu dziecku, wspierać je, ale zdawałam sobie też sprawę, że nie mogę go ciągle prowadzić za rękę. Wiedziałam, że mój syn musi i tak naprawdę chce już wyruszyć w samodzielność. Poza tym przecież nie nawiążę za niego znajomości w nowej szkole. Nie znajdę mu kolegi, albo koleżanki i „to się teraz ładnie razem pobawcie”. To się nie sprawdzało już na etapie piaskownicy.

Choć miałam podstawy, by się martwić, okazało się jednak, że wszystkie moje obawy były nietrafione. Wakacje po ósmej klasie, a właściwie konkretne dwa tygodnie tego lata, przyniosły taką zmianę, jakiej sobie wcześniej nie wyobrażałam. Jak gąsienica w kokonie poczwarki zmienia się w pięknego motyla, tak i mojemu nastolatkowi w ciągu tych dwóch tygodni wyrosły skrzydła, a mi opadła szczęka.

„Cud” pierwszy – Mamo, jest super!

Katalizatorem tej niesamowitej zmiany był letni obóz. Nie planowaliśmy tego wyjazdu wcześniej, bo obydwoje naszych dzieci nie pałało dotąd entuzjazmem do takiej formy wakacyjnego wypoczynku. Jednak pewnego letniego dnia Junior przyszedł do mnie i rzekł: „Wiesz, ja was kocham i w ogóle, ale po tej pandemii to mam trochę dosyć bycia z wami non stop. Może bym na jakiś obóz pojechał? RPGowy?”. 

Rzuciłam się do komputera, czym prędzej sprawdzić, czy moja zaufana firma obozowa ma jeszcze wolne miejsca na taki obóz, jaki sobie mój młody człowiek wymyślił. Miałam nadzieję, że zdążę wszystko zorganizować zanim mu przejdzie ta chęć wyjazdu. Wiedziałam, że oderwanie od rodziców, pobycie z rówieśnikami dobrze mu zrobi. Nawet jeśli po miesiącach covidowej izolacji nie będzie łatwe. Najważniejsze, że sam chciał jechać. 

Tydzień później mój syn siedział w autokarze a mnie trochę ściskało w gardle. 

Jakieś dwa dni potem z kaszubskiej leśnej głuszy dotarła do mnie wiadomość: „Jest super! Rezerwuj miejsce na przyszły rok”.

„Cud” drugi – epickie opowieści

Mój syn nie należy do rozmownych osób, więc relacje z kolejnych dni jego obozu miałam raczej skąpe, żeby nie powiedzieć żadne. Wypatrywałam go na zdjęciach, które codziennie obficie udostępniali organizatorzy. Junior jednak przed obiektyw też raczej się nie pcha, więc czasami udało mi się zobaczyć go co najwyżej na drugim planie i to w większości przypadków tyłem. Ten typ tak ma, znam go trochę. Skąpy strumyczek informacji spowodował, że zupełnie nie byłam przygotowana na to, co się stało po powrocie mojej latorośli z obozu.

Po pierwsze – z autokaru wysiadł uśmiechnięty, pełen energii i przywitawszy się z nami poszedł jeszcze pożegnać się z kolegami i opiekunami. Z kolegami! Znaczy nawiązał znajomości, które były dla niego ważne! A potem wsiadł z nami do samochodu i… 

Czy już wspominałam, że mój syn to małomówny, raczej zamknięty w sobie młody człowiek? Otóż temu właśnie, małomównemu i zamkniętemu w sobie, przez czterdzieści minut drogi do domu paszcza się nie zamykała. Opowiadał o obozie, o RPGach, o aktywnościach, o kadrze, o znajomościach, jakie nawiązał, o obozowych zwyczajach, „kocyku przyjaźni”, mistrzach gry… Kiedy dotarliśmy do domu, opowiadał dalej. Kiedy przez kolejne dwie godziny oglądaliśmy obozowe zdjęcia – wciąż opowiadał. A kiedy my – rodzice – zaczęliśmy już szykować się do spania, zaprosił swoją młodszą (!) o cztery lata siostrę (!) do swojego pokoju (!) i wciąż opowiadał, pokazywał przywiezione z obozu pamiątki, wyjaśniał na czym polegają RPGi.

„Cud” trzeci – to chyba zakaźne

Nasza córka, młodsza od Juniora o cztery lata, jak łatwo policzyć w chwili gdy jej brat raczył nas swą epicką opowieścią miała lat 11. Stanowcza ta osóbka zdecydowanie odmawiała wcześniej jakichkiolwiek wyjazdów na obozy wakacyjne, kolonie, czy choćby uczestnictwa w półkoloniach. Próby nawiązania dialogu z nią na ten temat szybko kończyły się barwnym fochem. Tym razem, gdzieś w dwudziestej minucie entuzjastycznej relacji starszego brata, złapała moment, kiedy nabierał oddechu i rzuciła szybko: „Ja też chcę jechać w przyszłym roku!”.

Junior nie tylko zaraził swoją siostrę entuzjazmem do obozowych wyjazdów, on ją osobiście, wyraźnie i dosłownie namawiał. I nie żeby jechała na jakiś tam obóz, lecz żeby pojechała z nim. Piętnastolatek zaprasza młodszą siostrę do swojego towarzystwa, w dodatku oferując jej pomoc w początkowym wdrożeniu się oraz doceniając jej wyobraźnię, jako cenny zasób w RPGowym środowisku.

Tak więc już w grudniu mieliśmy zarezerwowane i opłacone z góry dwa miejsca na obozie RPG BTA Kompas na lato 2022. Młodzi dopilnowali. 

Ale to nie wszystko. 

„Cud” czwarty – samodzielność i relacje

Jako się rzekło, we wrześniu Junior rozpoczął naukę w szkole średniej. Wybrał sobie ją sam, nie zważając na nieśmiałe ostrzeżenia z mojej strony, że codzienne dojazdy przez całą Warszawę mogą być kłopotliwe. I są. Ale to niemal wcale nie jest istotne. Młody człowiek ogarnia sam wstawanie przed świtem, kupowanie biletów miesięcznych, ogarnia sobie śniadanie, swoją naukę i w ogóle całą codzienność. Jego samodzielność imponuje mi i wciąż nieco zadziwia. Głównie dlatego, że spodziewałam się jej stopniowego rozwoju, a nie takiej eksplozji.

Junior ma też dobre relacje ze swoją nową klasą. Ma kilkoro bliższych przyjaciół i grono dobrych kolegów. Troszczą się o siebie nawzajem, wspierają, rozmawiają, czasem odwiedzają, dużo gadają na czacie. Ich dojrzewanie przypadło na niełatwe czasy, ale trzymają się razem, są dla siebie nawzajem oparciem. Mój syn, który przez osiem lat podstawówki nieco się alienował, teraz jest całkiem zaangażowanym członkiem klasowej społeczności, ma przyjaciół.

Ekipa znajomych z wakacyjnego obozu, choć rozproszona po całej Polsce, wciąż trzyma się razem. Mój syn i kilkoro jego obozowych znajomych regularnie spotykają się (tu pomaga internet) na sesje RPG, albo pogadać, albo i jedno i drugie. Junior wciągnął w te sesje i spotkania również swoją siostrę, co jest ewenementem na skalę populacji dzisiejszych nastolatków, bo któryż nastoletni młodzieniec zaprasza do aktywności swojego towarzystwa o cztery lata młodsze rodzeństwo.

Suma wszystkich cudów

Czy to znaczy, że mam teraz idealne dziecko i „żyli długo i szczęśliwie”? Nie. Jak każda rodzina mamy swoje problemy. Jak każdy nastolatek, a szczególnie nastolatek dojrzewający w cieniu pandemii, wojny, inflacji i w atmosferze niepewności i zagrożenia, mój syn mierzy się z trudnościami. Wszystkim nam bywa ciężko. Ale zmiana, która nastąpiła podczas tamtych wakacji jest trwała – z małomównego, introwertycznego, trochę nie ogarniętego outsidera mój syn stał się całkiem towarzyskim, samodzielnym, aktywnym licealistą. To, co „wykluło się z niego” podczas obozu stało się solidnym fundamentem, na którym buduje teraz swoją tożsamość w nowym środowisku szkoły średniej.

Skąd i dlaczego ta zmiana? O tym gdzieś między wierszami mówi sam Junior. Przede wszystkim na obozie zetknął się z towarzystwem niezwykle otwartym, serdecznym i akceptującym. Jak sam mówi – przestał być dziwny i nikt go nie oceniał. Spotkał ludzi o podobnych zainteresowaniach, z którymi miał o czym rozmawiać. Poza tym – na co też on sam zwrócił uwagę – obóz był doskonale zaplanowany, młodzież miała dużo różnorodnych, ale powiązanych tematycznie zajęć, każdy dzień miał swoją strukturę, a obozowe zasady były demokratyczne, przesycone szacunkiem dla młodych ludzi, a jednocześnie dawały oparcie i jasne wskazówki, co jest ok, a co niekoniecznie. W opowieściach Juniora często pojawiała się też obozowa kadra – pasjonaci, którzy kontakt z obozami RPG Kompasu zaczynali lata temu, jako uczestnicy, a kiedy wyrośli już ze statusu obozowiczów, wrócili na Kaszuby jako opiekunowie. Ich pasja i zaangażowanie plus rzetelne szkolenia sprawiają, że kolejne roczniki małolatów przyjeżdżające na obozy nie tylko ich uwielbiają, ale także darzą autorytetem.

Wszystkie te elementy – akceptujący rówieśnicy, wspierający lubiani dorośli, wspólnota zainteresowań, ciekawe zajęcia pozwalające każdemu wyeksponować swoje mocne strony – stworzyły środowisko, w którym nastolatek może poczuć się pewnie, bezpiecznie, może być w pełni sobą i pokazać siebie innym. Myślę, że młodzi ludzie bardzo potrzebują takich doświadczeń. 

Moja opowieść nie jest oczywiście uniwersalną receptą dla każdego nastolatka. Dzielę się nią z Wami, bo widzę w niej pewne drogowskazy dla nas, rodziców: młodzi ludzie potrzebują akceptacji i bezpiecznej przestrzeni, w której będą mogli pokazać siebie i nie będą oceniani. Potrzebują też przestrzeni nienadzorowanej przez rodziców, a jednak bezpiecznej i przyjaznej, by mogli rozpoznać samych siebie bez oglądania się na rodzicielskie oczekiwania. Takie doświadczenie pomaga im wydobyć z siebie to, co najlepsze i to, co najprawdziwsze. Dodaje im skrzydeł. Życzę tego wszystkim nastolatkom!

autorka: Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, blogerka, prezeska Fundacji Rozwoju przez Całe Życie, mama Marysi i Tymona. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Tropi nowinki i nowoczesne pomysły edukacyjne, angażuje się w różnorodne działania na rzecz lepszej edukacji. Miłośniczka książek, również tych dla dzieci i młodzieży. Najlepiej odpoczywa odwiedzając ciekawe miejsca i doświadczając świata wspólnie z mężem i dziećmi.