Małe dziecko przeżywa burzę entuzjazmu co dwie  – trzy minuty. Dorosły tę samą porcję entuzjazmu przeżywa… dwa  – trzy razy w roku.

Zjawisko to nie dotyczy jedynie dorosłych. Wielu młodych ludzi, a nawet wiele dzieci jest dotkniętych tym przygnębiającym niedoborem entuzjazmu. Z obojętnością i znudzeniem przyglądają się temu, co jeszcze nie tak dawno wzbudziłoby ich zachwyt i wydają się liczyć w myślach punkty, jakie mogłoby im to dać w grze komputerowej, która stała się ich codziennością.

Często powtarzam, że entuzjazm nie może się wyczerpać. Można go oczywiście zakopać głęboko pod warstwą innych rzeczy. Ale nadal tam jest. Wystarczy trochę unieść pokrywkę, by poczuć jego dobroczynne działanie.

Narzuca się jednak pytanie: dlaczego? Dlaczego zakopujemy głęboko tę tak uniwersalną i fundamentalną skłonność? Dzieje się tak u coraz młodszych dzieci, wielu młodych ludzi i większości dorosłych. Co zabija entuzjazm?

Lęk przed nieznajomością dobrej odpowiedzi, czyli trauma egzaminu

Zauważmy, że dzieci zniżają głos, kiedy mają powiedzieć „nie wiem”  – to podkreśla, do jakiego stopnia to, co uznajemy za „lukę”, uważane jest za wadę, powód do wstydu, za coś, co daje nam poczucie niższości wobec tych, którzy się nie mylą. Taka jest nasza podchwytliwa kultura quizu, dzieląca nas na wygranych, którzy znają dobrą odpowiedź, i przegranych, którzy jej nie znają. Zaczynamy wierzyć, że nieznajomość dobrej odpowiedzi to błąd, głupota, coś, co pozwala nas osądzić i skarcić. Czujemy się określeni przez naszą odpowiedź i sami z siebie stwierdzamy: „Cholera, ale jestem beznadziejny!”.

Kultura ta nieuchronnie prowadzi nas do odczuwania lęku przed tym, co na początku najbardziej nas pociągało: tym, co nowe, nieznane, co trzeba odkryć, zbadać, zrozumieć, czego trzeba się nauczyć. Zaczynamy się tego bać z prostej przyczyny: to, co nieznane, jest z definicji luką.

Zamiast uważać niewiedzę za to, czym jest  – czyli za przestrzeń do opanowania  – nauczyliśmy się, że należy się jej wstydzić, ukrywać ją i unikać wszelkich sytuacji, które mogłyby ją obnażyć…

Tymczasem spotkania z rzeczami i ludźmi zdolnymi wzbudzić nasz entuzjazm kryją się właśnie w tym, co nieoczekiwane, nieznane i nowe. A my, zamiast podążać w ich kierunku, staramy się ich unikać  – tak jak zwierzę odwraca się od słodkich owoców, które kiedyś okazały się przynętą wabiącą je w pułapkę lub które były otoczone elektrycznym ogrodzeniem.

A przecież to „nie wiem” jest jedną z sił napędzających wszystkie odkrycia ludzkości. Wolne od stygmatu słabości „nie wiem” towarzyszy zawsze impulsowi zaciekawienia rzeczami, które odkrywamy lub których jeszcze nie wiemy.

Jeśli Babilończycy stworzyli systemy, których używamy do tej pory, to właśnie dlatego, że wychodząc od uczciwego „nie wiem”, cierpliwie obserwowali pewne zjawiska, by poznać rządzące nimi prawa  – z których później zrodziła się „wiedza”. Jeśli Kopernik wyobraził sobie niegeocentryczny wszechświat, jeśli Newton wynalazł teleskop i zrozumiał prawo ciążenia, jeśli Einstein sformułował teorię względności  – to właśnie dlatego, że żaden z nich nie znał odpowiedzi, a każdy chciał ją znaleźć, nawet za cenę bycia spalonym na stosie przez tych, którzy uważali, że odpowiedź znają!

Jaka wspaniała wolność panowałaby w świecie, w którym nasze dzieci mogłyby powiedzieć: „Jedyne, co wiem… to to, że mogę się nauczyć wszystkiego, czego nie wiem, pod jednym bezdyskusyjnym warunkiem: że będę chciał się tego nauczyć”!

Siła przykładu

Nasze dzieci stają się takimi, jakimi je widzimy… a oprócz tego stają się takimi, jakimi widzą nas. To doskonała  – a może i niepokojąca  – wiadomość…

Jeśli widzą, że pracujemy, działamy i żyjemy bez entuzjazmu, to stopniowo porzucą swą naturalną skłonność  – by coraz bardziej dostosować się do lokalnego kolorytu. Ta archaiczna potrzeba przystosowania się do nastroju i stanu ducha swojego domu jest pozostałością po dawnych programach przetrwania, na poziomie jeszcze bardziej pierwotnym niż malowanie ciała, ozdoby czy inne emblematy pozwalające na ustalenie przynależności jednostki do danego plemienia.

Pragniemy, by nasze dzieci stały się pewnego dnia entuzjastycznymi i szczęśliwymi dorosłymi. Pragniemy tego tak bardzo, że zapominamy pokazać im dzisiaj, na przykładzie naszej codzienności, jak wyglądają entuzjastyczni dorośli.

To determinuje ich przyszłość, bo dziedzictwo naszego przykładu przewyższa wagą i trwałością wszystkie stosowane przez nas środki wychowawcze, choćby były nie wiem jak skrupulatne i staranne.

Pokazywanie im, że poświęcamy samych siebie po to, by one miały któregoś dnia lepsze życie, to najpewniejszy środek do tego, by owego „któregoś dnia” doszły dokładnie do tego, przed czym chcieliśmy je uchronić: do życia takim samym życiem jak nasze.

Pracuję z wieloma nauczycielami. Przekonani o tym, że tylko entuzjazm i emocje są siłą napędową nauki, wypatrują z nadzieją tego światełka w oczach swoich uczniów i cierpią, widząc, jak ci zadowalają się sumiennym odrabianiem lekcji  – a przecież wiedzą, że proces uwalniania „nawozu umysłowego” nie przydarza się nigdy „podczas normalnego funkcjonowania mózgu, kiedy po prostu wypełnia się po kolei zwykłe codzienne obowiązki”… Czasami nauczyciele zaczynają płakać, kiedy zada się im pytanie, w jaki sposób rozbudzić entuzjazm w sercach ich uczniów. To rozdarcie między tym, czego by pragnęli (czyli swym powołaniem), a tym, co przeżywają na co dzień, w połączeniu z trudnościami w relacjach  – nie tylko z uczniami, ale też ze swoimi przełożonymi i z rodzicami dzieci  – często prowadzi ich na skraj wypalenia zawodowego. W efekcie dają destrukcyjny przykład swoim uczniom.

Nie mam rzecz jasna żadnej metody, koncepcji czy gotowego rozwiązania, które mógłbym zaproponować, ale lubię wraz z nauczycielami zastanawiać się nad tym nurtującym ich pragnieniem odnowy. Jako osoby stanowiące nieunikniony punkt odniesienia dla swoich uczniów mogliby przecież skorzystać z tej możliwości i zmienić dziecięcą rzeczywistość: przeżywając na oczach dzieci szczery i, jak wiemy, zaraźliwy entuzjazm; unosząc  – choćby podczas przypadającej raz w tygodniu lekcji  – pokrywkę szybkowaru, w którym pod ciśnieniem wrze ich dzieciństwo. Całe społeczeństwo nieustannie chce wychowywać dzieci, ciągnąć je w górę, poprawiać, zmieniać, grożąc najsroższymi karami, jeśli nie będą wystarczająco pilnie się uczyć, jeśli nie będą miały dobrych ocen. Bo przecież bez dobrych ocen nie będzie studiów, a bez studiów nie będzie dobrej pracy, a bez pracy nie będzie pieniędzy, nie będzie domu, żony, męża, dzieci, samochodu, emerytury  – i nie będzie dobrego wykształcenia dla ich własnych dzieci!

Trzy kwadranse w tygodniu mogą uratować dzieciństwo! Być może uczniowie nie będą pamiętać przedmiotu, którego ich uczyłeś, ale będą pamiętać Ciebie, jeśli po przekroczeniu progu Twojej klasy (niekoniecznie w znaczeniu geograficznym) usłyszą (i to wcale niekoniecznie w słowach), że tutaj nie trzeba walczyć, zabiegać, dostosowywać się do twoich oczekiwań, dorastać do jakichś projektów; jeśli poczują, że dajesz im przestrzeń, gdzie wystarczy wejść, by zostać zauważonym, uszanowanym i docenionym takim, jakim się jest, a nie dopiero takim, jakim powinno się być. Jeśli dasz im to, na co zawsze mają nadzieję i co tak rzadko dostają: Twoje zaufanie.

To kwestia postawy, a nie metodologii. Można to zastosować w dowolnym środowisku, w dowolnej chwili. I to nic nie kosztuje! 


To fragment książki „Entuzjaści” André Sterna, która za kilka dni trafi do księgarń.
Już dziś można ją zamówić w przedsprzedaży że specjalnym 20% rabatem na stronie Wydawnictwa Element:
https://wydawnictwoelement.com.pl/książki/andre-stern-entuzjasci

 

Entuzjaści. Obudź energię swojego dzieciństwa

André Stern

Wydawnictwo Element

 

 

Dorastając tracimy entuzjazm. Co zrobić, by dzieci zachowały go na dłużej, na całe życie? – André Stern
4.3 (86.67%) 3 głosów