Przejście na zdalną edukację było trudne, wymagające ogromnego wysiłku, frustrujące, męczące… Wszyscy czekają już na wakacje, na koniec tego dziwnego roku szkolnego, na ulgę, jaką ma przynieść jego zakończenie i nie-rozdanie świadectw. Zmęczeni, przepracowani nauczyciele, zmęczeni uczniowie z zaczerwienionymi od ekranów oczami, wykończeni i wkurzeni rodzice próbujący pogodzić własną pracę z asystowaniem dzieciom w nauce. Czy było wyłącznie źle? Moim zdaniem nie. Myślę, że osiągnęliśmy przez te kilka miesięcy znacznie więcej niż tylko powszechne zmęczenie. I widzę sporo pozytywnych efektów tego czasu i tej nietypowej edukacji. Pamiętając więc o wszystkich związanych z nią problemach, dziś chcę podkreślić właśnie pozytywy.

Co doceniają dzieci

Kiedy zapytałam mojego syna o jego wnioski i wrażenia ze zdalnej edukacji, pierwsze co powiedział to że dobrze jest się wyspać. Nastolatki mają inny rytm dobowy, niż młodsze dzieci czy dorośli – często mogą być aktywni do późnej nocy, za to poranne wstawanie to dla nich masakra. Dodatkowa godzina snu okazała się inwestycją w efektywność nauki przez cały dzień. Przyznaję, że i dla mnie ma ona znaczenie.

Poza tym Tymon zauważa, że ma więcej czasu na pozaszkolne aktywności – choć lekcje online wypełniają sporą część dnia, to jednak dużo jeszcze zostaje. Dojazdy i powroty ze szkoły oraz związane z nimi szykowanie się, pakowanie, ubieranie itd. nie zabierają już czasu. I okazuje się, że różnica jest odczuwalna.

Moje dzieci dostrzegają też i doceniają fakt, że jesteśmy więcej razem. „Tata nie wyjeżdża, jest więcej w domu no i w ogóle jesteśmy bardziej razem” – mówi Marysia. „Nawet nie musimy jakoś więcej ze sobą rozmawiać, ale to, że jesteśmy w pobliżu się liczy” – dodaje Tymon.

Jedyne, czego im naprawdę brakuje to możliwość spotkań z rówieśnikami.

Zdalna nauka, zdalna praca – nowy rytm

Owszem, jako rodzicowi pracującemu w domu często nie było mi łatwo. Z jednej strony dzieci potrzebujące kontaktu, uwagi i pomocy, z drugiej zawodowe zobowiązania. Bywa trudno, irytująco, frustrująco. Ale widzę, jak zmieniły się relacje w naszej rodzinie, dzięki tym miesiącom, w których byliśmy razem 24 godziny na dobę. Jesteśmy sobie bliżsi. Mamy więcej okazji do rozmowy. Więcej czasu spędzamy wspólnie, a nasz domowy rytm obowiązków i odpoczynku ułożył się zupełnie inaczej niż kiedyś i chyba bardziej komfortowo dla wszystkich.

Kiedy dzieci chodziły do szkoły, spędzały w niej większość dnia. Wracały do domu z masą emocji, przeżyć i z ogromną potrzebą „odparowania” ich. Musiałam taką skumulowaną falę przyjmować na klatę, chciałam dawać dzieciom maksimum mojej uwagi od chwili, kiedy przekraczały próg domu. Wiedziałam, że mamy dla siebie tylko 2-3 godziny wieczoru, a czasem, kiedy miały lekcje do odrobienia, znacznie mniej. Dlatego spinałam się maksymalnie w ciągu dnia, żeby obrobić się ze swoją robotą, żeby jak one wrócą, być już tylko dla nich i przy nich. Nie zawsze w ciągu dnia byłam w dobrej formie do pracy, czasem w ogóle mi nie szło, czasem męczyłam się trzy godziny nad tekstem, który kiedy indziej napisałabym w 45 minut. No ale siedziałam i wyciskałam z siebie zdanie po zdaniu wiedząc, że nie mam do dyspozycji żadnego „kiedy indziej”, bo zaraz dzieci wrócą ze szkoły. A jak jest teraz? Teraz moja córka wpada do mnie niemal po każdej lekcji – żeby się przytulić, pobyć chwilę razem, opowiedzieć co się działo, podzielić się emocjami. Spotykamy się wielokrotnie w ciągu każdego dnia. Kiedy ona ma zajęcia online, ja piszę swoje rzeczy, albo… nie piszę. Jeśli mi robota nie idzie, mogę ją sobie odłożyć na wieczór bez wyrzutu sumienia, że dzieci mają mnie za mało. Jesteśmy razem wtedy, kiedy tego potrzebują, a nie wtedy, kiedy zadzwoni szkolny dzwonek kończący lekcje.

Okazało się, że uwolnienie codziennych działań ze sztywnych ram pracy od 9:00 do 17:00 na rzecz pracy kiedy się da i kiedy warunki zewnętrzne i wewnętrzne sprzyjają, podniosło tejże pracy efektywność. Pracuję w zasadzie przez cały dzień – od rana do wieczora – ale krótszymi zrywami przeplatanymi inną aktywnością (zrobieniem obiadu, przejażdżką rowerową z dziećmi, rozmową z córką, obejrzeniem filmu z synem…). Pracuję wtedy, kiedy mi praca dobrze idzie, niezależnie od pory dnia.

Czas pracy jest więc efektywniejszy i dzięki temu mam go więcej na inne rzeczy. Na początku pandemii irytowało mnie, kiedy celebryci w telewizji ogłaszali wszem i wobec, że „teraz, kiedy wszyscy mamy więcej czasu, możemy robić to, co zawsze odkładaliśmy”. Dopiero po kilku tygodniach próbowania się z nowym rytmem dnia, poczułam, że faktycznie tak jest. Inne rozłożenie obowiązków, bardziej efektywna praca i zrobiło się miejsce na czytanie, uprawianie warzyw na balkonie, rowerowe wycieczki z dziećmi.

Dzieci również mogą bardziej elastycznie rozkładać sobie pracę i szkolne zadania do samodzielnego wykonania robić wtedy, kiedy „mają flow”. Lekcje online tworzą pewną ramę każdego dnia i trzymają rytm, co docenił mój syn siódmoklasista, ale mogą też część nauki odłożyć na inny moment – co ma duże znaczenie dla Marysi, dla której ważna jest możliwość pójścia za tym, co ją akurat zainteresuje. Okazało się, że mniej dyscypliny i sztywnego godzinowego rozkładu dnia a więcej swobody decydowania kiedy co robią, pozytywnie wpłynęły na efektywność działań moich dzieci. Oczywiście trochę to trwało, zanim ten bardziej improwizowany a mniej zdyscyplinowany zegarkiem sposób pracy zaczął nam dobrze wychodzić. Ale to naprawdę lepiej działa.

Znajomi, których pytam o ich doświadczenia i refleksje czasu pandemii mówią: „Chcemy zachować możliwość pracy z domu przez większość tygodnia. Dotarło do nas, ile tracimy go na stanie w korkach podczas dojazdów do i z pracy”. A co do zdalnej edukacji? „Dzieciaki zaczęły żyć w innym rytmie. Wysypiają się. Dostają ze szkoły zadania do zrobienia, ale robią je wtedy, kiedy im pasuje. Poświęcają więcej czasu na to, co ich interesuje. Nauczyli się szukać źródeł wiedzy – korzystać z podręcznika ale i z internetu. Odkryli, że komputer czy smartfon mogą służyć nie tylko do grania w gry, ale też do nauki, do znajdowania ciekawych informacji, inspiracji. Stali się bardzo samodzielni w nauce”.

Domowe obowiązki

Dzieciaki bardziej zaangażowały się też w domowe obowiązki. Trudno było oczekiwać od nich choćby wyprowadzania psa, jeśli wychodziły z domu o ósmej, a wracały o siedemnastej. Trudno było czekać z rozpakowaniem zmywarki, aż wrócą ze szkoły. Tym bardziej, że po całym dniu nauki w szkole dzieci miały jeszcze do odrobienia lekcje, a nawet jeśli nie, to uważam, że po szkolnej dniówce małolaty potrzebują odpocząć i ich odpoczynek jest ważniejszy od wyniesienia śmieci. Zdalna szkoła w naszym przypadku zajmuje dzieciom kilka godzin dziennie – są lekcje online i zadania do samodzielnego zrobienia. Merytorycznie wcale nie mniej się uczą niż przedtem. A jednak jakoś tak te zajęcia i obowiązki szkolne się układają, że jest czas i na odkurzanie, i na psa wyspacerowanie, i na zmywarki oraz pralki pakowanie.

Więcej pasji

Moje dzieci mają też więcej czasu na swoje pasje. Marysia więcej rysuje i maluje, robi coraz lepsze zdjęcia. Jak ma natchnienie, po prostu sięga po pędzel i szkicownik, jak wpadnie jej w oko jakiś ciekawy kadr – chwyta aparat i pstryka fotki. Nie musi czekać, aż lekcje się skończą i wróci do domu, by to robić. Odkryła też kanały na YouTubie, którymi się inspiruje. Nasz dom zapełnia się jej najrozmaitszymi dziełami, a pomysły na nie często podpatruje właśnie w internecie.

Tymon z kolegami tworzą jakieś niesamowite projekty w Minecrafcie. Tak, sporo czasu spędzają przed ekranami, ale zauważyłam, że ich aktywność w grach zmieniła się. To już nie jest „zmóżdżanie się” strzelanką, żeby odstresować się po intelektualnym wysiłku w szkole. To, co robią teraz jest twórcze i jest to świetny trening współpracy w grupie. Robią to, co sami chcą, widzą w tym sens i są w to z własnej woli zaangażowani, a przy okazji uczą się pracy zespołowej, podziału zadań, oceny zasobów, koordynacji, rozwiązywania problemów…

Owszem, dzieci spędzają sporo czasu z komputerami, ale też bardziej regularnie zdarza im się aktywność fizyczna. Marysia z zapałem angażuje się w zdalne lekcje w-f (nawet te dodatkowe, nieobowiązkowe), Tymon codziennie wędruje na popołudniowy spacer z psem i jeździ na rowerze. Właściwie w tym sezonie wszyscy więcej jeździmy rowerami niż kiedykolwiek wcześniej.

Mobilizacja nauczycieli

Mnóstwo dobrych i ciekawych rzeczy wydarzyło się w środowisku nauczycielskim: ogromna mobilizacja, dzielenie się wiedzą i doświadczeniami, akcje i inicjatywy edukacyjne, wzajemna pomoc. Tak, pamiętam o wszystkich niedoskonałościach i totalnych porażkach edukacyjnych, ale widzę też niesamowite działania nauczycieli, nauczycielskie grupy wsparcia, ogrom ich chęci i mobilizacji. Pamiętam, że jest wielu takich, którzy zdalne nauczanie realizowali zasypując dzieci zadaniami do zrobienia i strasząc ocenami. I widzę ogrom starań innych, którzy wyszli ze swojej strefy komfortu w nieznane i pracując po kilkanaście godzin na dobę robili edukację na miarę sytuacji i potrzeb, jednocześnie w ekspresowym tempie ucząc się nowych rzeczy, szukając nowych rozwiązań. Mam świadomość niepokojąco dużego odsetka dzieci, które „zniknęły z systemu”, z którymi nie ma kontaktu. Ale wiem też o wielu działaniach nauczycieli, którzy tego kontaktu z dziećmi szukają na różne sposoby i z wielkim zaangażowaniem.

Nowa normalność

Oczywiście zdalna edukacja niesie ze sobą rozmaite problemy i wcale nie chcę, żebyśmy trwali w tej izolacji. Martwię się o kręgosłupy moich dzieci i ich wzrok – czasu przed komputerem spędzają dużo. Wiem, że bardzo potrzebują kontaktu z rówieśnikami, a spotkania online tej potrzeby nie zaspokajają. Niektórych swoich pasji nie mogą teraz realizować – jazda konna czy wspinaczka na razie odpadają. Ja też tęsknię za spotkaniami z przyjaciółmi, za rozmowami twarzą w twarz, za wypadami z dziećmi w ciekawe miejsca. Ale uważam też, że przez te prawie cztery miesiące życia z pandemią wiele osiągnęliśmy – wiele się nauczyliśmy, zdobyliśmy nowe kompetencje, wyszliśmy poza ramy swoich dotychczasowych ograniczeń, lepiej poznaliśmy siebie i naszych najbliższych, przedefiniowaliśmy pewne obszary życia, rozwinęliśmy się… Dlatego choć chcę jak najszybszego (ale bezpiecznego) powrotu do szkoły, to nie chcę wracać do tego, co było. Chciałabym, żebyśmy bogatsi i mądrzejsi o to trudne, wymagające i niezwykłe doświadczenie, budowali sobie nową normalność. Nie wracajmy do starych, źle działających choć bezpiecznie swojskich metod działania, wykorzystajmy okazję do zmiany. Wyciągnijmy wnioski z obserwacji i doświadczeń i zróbmy edukację inaczej. Oczywiście, że to trudne i wymagające wysiłku, ale czas pandemii pokazał nam, że nas na ten wysiłek stać, że potrafimy.

Autorka: Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, blogerka, dziennikarka, mama Marysi i Tymona. Pasjonatka dobrej edukacji – tropi nowinki i nowoczesne pomysły edukacyjne, angażuje się w różnorodne działania na rzecz lepszej edukacji. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Miłośniczka książek, również tych dla dzieci i młodzieży. Najlepiej odpoczywa odwiedzając ciekawe miejsca z rodziną i doświadczając świata wspólnie z mężem i dziećmi.