Żeby dostać pozytywną ocenę z muzyki, uczeń musi napisać kilka klasówek, wypracowanie o Szopenie oraz zaśpiewać piosenkę przed klasą. Połowa klasy już się boi. „Bo ja nie umiem śpiewać” – mówi Ania drżącym głosem. „Mnie zawsze bardzo boli brzuch, jak muszę coś powiedzieć przed całą klasą, a śpiewanie jest jeszcze gorsze” – zwierza się Karolina. Klasówki z cyklu „Fryderyk Szopen – życie i twórczość” nie rozwijają miłości do muzyki, ale jeszcze gorzej jest, kiedy zmuszamy dzieci do solowego śpiewu przed klasą (czy choćby przed samym nauczycielem).

Karol stoi pod tablicą. Cała klasa patrzy na niego i czeka. Karol ma ściśnięte gardło, czuje, jak miękną mu kolana i boli brzuch. Musi zaśpiewać, tak każe pani. Ale wie, że jeśli otworzy usta, wydobędzie z siebie co najwyżej cichy pisk i klasa go wyśmieje. Chce mu się płakać, ale z całych sił powstrzymuje łzy, bo jeśli się rozpłacze, koledzy też będą się śmiali. Jest bezsilny, bezbronny i bardzo samotny pod tą tablicą. Najbardziej na świecie chciałby teraz być gdzie indziej.

Karol nie zaśpiewał. Dostał jedynkę. Na następnej lekcji też. I na następnej. Nie dlatego, że jest muzycznym analfabetą. Karol lubi słuchać muzyki, w domu z rodzicami odkrywa jej różne gatunki – klasykę, jazz, rock, „piosenki z tekstem”. Ma swoich ulubionych wykonawców, zwraca uwagę na dźwięk poszczególnych instrumentów, fascynuje go rytm. Jest zaangażowanym odbiorcą muzyki. Wszystko to jednak nie ma znaczenia dla szkolnej edukacji muzycznej, bo w szkole liczy się to, że nie zaśpiewał. Jedynka.

Są dzieci otwarte na muzykę, chętnie jej słuchające, ale same nie mają głosu, ani śmiałości do śpiewania. Są takie, które z podziwu godną dociekliwością szukają różnych muzycznych inspiracji, mają ciekawe przemyślenia, chętnie o nich mówią, ale zaśpiewanie czegokolwiek, tym bardziej przed publicznością jest dla nich nie do przejścia. Są małolaty chętnie śpiewające w chórze, a są i takie, które lubią solowe popisy. Dzieci i muzyka – to relacja mająca bardzo wiele odcieni i sposobów wyrazu. Zmuszanie każdego z uczniów do publicznego wykonania piosenki w żadnym razie nie zbliży dzieci do muzyki, ani nie rozwinie ich muzycznej wrażliwości. Raczej zniechęci, a zdarza się, że stanie się traumą. Śpiewanie, szczególnie w pojedynkę, dla wielu osób – niezależnie od wieku – jest czynnością intymną, obarczoną ciężarem wstydu, śpiewając pokazujemy światu najwrażliwsze części siebie i jesteśmy szczególnie bezbronni wobec ocen innych.

Dla niektórych dzieci wystąpienie przed klasą to ogromny stres. W dodatku jeśli się nie uda, dziecko poczuje się ośmieszone, a reszta klasy docinkami może boleśnie zranić wrażliwą psychikę dziecka, które stoi na środku sali, bezbronne wobec żartów, kpiących spojrzeń i jawnych docinków. Zdarza się, że i nauczyciel pozwala sobie na złośliwe uwagi. Wielu dorosłych ma problem, by wystąpić publicznie, czują ogromny lęk przed ośmieszeniem, boją się, że coś się nie uda, że się pomylą, potkną, zapomną tekstu. Doskonale to rozumiemy, z empatią poklepujemy po plecach kolegę zestresowanego prezentacją przed szefem. Dlaczego nie chcemy zrozumieć w takiej sytuacji dzieci? Dlaczego próbujemy je zmuszać do czegoś, co je przerasta? W imię czego stawiamy je w sytuacji, która powoduje cierpienie? Czemu ma to służyć? Jaki pozytywny skutek przyniesie? Przecież efekty muzycznej edukacji można sprawdzić inaczej (skoro już upieramy się przy sprawdzaniu).

Pernille Ripp, amerykańska nauczycielka, która uczy literatury w starszych klasach szkoły podstawowej, pozwala swoim uczniom wybrać formę, w jakiej zaprezentują jej swoją wiedzę. Każdy może wybrać taką, jaka najbardziej mu odpowiada, w jakie najlepiej pokaże to, czego się dowiedział i nauczył. Jej uczniowie kręcą filmy, robią prezentacje, rysują komiksy, piszą eseje, dyskutują, opowiadają… Pernille w swojej książce „Uczyć (się) z pasją” podkreśla, że danie uczniom możliwości wyboru różnych form prezentowania wiedzy i umiejętności wcale nie kosztuje jej więcej czasu niż tradycyjne metody sprawdzania. Tej nauczycielce nie chodzi o to, żeby zmierzyć wszystkich tą samą miarką, lecz żeby dać każdemu szansę wykazania się osiągnięciami. A przecież na tym właśnie polega dobra edukacja – by pozwalać się rozwijać.

A gdyby tak na lekcjach muzyki pozwolić dzieciom wybrać? Skoro już muszą dostać ocenę, skoro nie wystarczy po prostu wprowadzić je w świat muzyki i pozwolić z niej czerpać, niech by każdy zaprezentował efekty swojej muzycznej edukacji w taki sposób, jaki mu najbardziej odpowiada. Staś lubi śpiewać i gwiazdorzyć przed klasą – może więc zaśpiewa wybraną piosenkę, niech nawet zrobi swój show, dobierze strój, rekwizyty, ucharakteryzuje się na wybranego wykonawcę… Albo po prostu zaśpiewa. Maja lubi pisać – może napisze recenzję jakiegoś utworu, albo baśń zainspirowaną muzyką. Ktoś muzykę namaluje, bo farby to jego żywioł, ktoś inny nakręci film i zilustruje go Mozartem, jeszcze inny zrobi prezentację zdjęć inspirowanych jazzem, a będą i tacy, którzy będą woleli popisać się wiedza teoretyczną – może wygłoszą referat, a może poproszą o test. Możliwości jest wiele, bo uprawiać muzykę można na wiele różnych sposobów. Śpiewanie pod przymusem jest najgorszym z nich.

Dajmy dzieciom radość muzykowania – rozmowa z Anną Korczakowską

IMG_2533c

autorka: Elżbieta Manthey – pomysłodawczyni i założycielka Juniorowa, dziennikarka, mama Tymona i Marysi, żona Krzysztofa. Współpracowała między innymi z miesięcznikiem GaGa, kwartalnikiem Twój Junior oraz z Gazetą Wyborczą.

c

foto: Pixabay, Freepik

Wolę dostać jedynkę niż śpiewać przed całą klasą – edukacja muzyczna problematyczna
5 (100%) 2 głosów