Muzyka to nie tylko radość słuchania. Dzięki muzykowaniu dziecko rozwija szereg umiejętności: uczy się nazywać emocje, pamięć, koncentrację, zdolności motoryczne, językowe, intelekt czy działanie w grupie. Nauka muzyki będzie skuteczna tylko wtedy, gdy będzie się odbywała poprzez zabawę – opowiada Monika Wrzos, skrzypaczka i nauczycielka muzyki.

 

Przyszło nam żyć w czasach, w których muzyka jest wszechobecna: towarzyszy nam w samochodzie, w sklepie, w windzie, w poczekalni do lekarza i w urzędzie. Słuchamy jej nawet wtedy, gdy nam się nie podoba. W jaki sposób wpływa ona na kształtowanie gustów dzieci?

Nieustanny muzyczny hałas sprawia, że dziecko traci naturalną wrażliwość muzyczną. Przyzwyczaja się do niego jednocześnie tracąc zainteresowanie muzyką klasyczną, o wiele bardziej złożoną, a jednocześnie delikatną. Tymczasem jeśli chcemy nauczyć dziecka czerpania przyjemności z odbioru muzyki klasycznej, musimy go do tego przygotować, nauczyć pewnych struktur, według których jest zbudowana. Muzyka jest językiem, który ma swoje struktury, swoją gramatykę.

Czy to znaczy, że powinniśmy dzieci uczyć teorii muzyki klasycznej?

Zdecydowanie nie powinniśmy zaczynać od teorii, bo szybko się do niej zrażą. Każde dziecko ma w sobie naturalną muzykalność, którą możemy wykorzystać. Nie ma dziecka, które nie nuci, nie przytupuje do rytmu. Z wiekiem dzieci zaczynają się tego wstydzić. Jeśli więc nie podtrzymamy tego naturalnego zainteresowania muzyką, to ono zanika.

W Polsce rodzice są zainteresowani kształtowaniem wrażliwości muzycznej dziecka na etapie przedszkolnym. Ale potem, gdy dzieci idą do szkoły, w klasach 1-3 to zainteresowanie zamiera. I w tym momencie powinien zadziałać system, który by to naturalne zainteresowanie podtrzymał. Tak dzieje się to w innych krajach, niestety u nas system kuleje.

Każde dziecko jest muzykalne?

Każde. Bardzo często spotykam się ze stwierdzeniami, że słoń komuś nadepnął na ucho, że nie potrafi śpiewać itd. To nie są prawdziwe słowa, ale stereotypy. Każdy w sobie ma muzykalność. Tymczasem boimy się muzyki, bo zrobiliśmy z niej coś elitarnego. Wydaje nam się, że tylko nieliczni mogą ją zrozumieć, a tym bardziej wykonywać. Oczywiście, muzyka wymaga pewnego wysiłku, ale każdy z nas ma naturalne predyspozycje, żeby ten wysiłek podjąć. Słowa, że ktoś się nie zna na muzyce to usprawiedliwienie pojawiające się wtedy, gdy tego wysiłku nie podjęliśmy.

A może wystarczy po prostu oswajać dzieci z muzyką poprzez obcowanie z nią w domu? Słuchać klasyki, jazzu, dobrego popu? A dziecko niech nasiąka.

To jest na pewno bardzo ważne i cenne i nie powinno się tego omijać, ale umuzykalnianie dziecka nie polega wyłącznie na słuchaniu, to tylko jeden z elementów. Równie ważne jest uczestnictwo w tworzeniu muzyki. Czynne uprawianie muzyki sprawia, że dziecko przestaje się jej bać i myśleć, że się do tego nie nadaje. Wzrośnie w nim też przyjemność ze słuchania muzyki. A na końcu tego procesu być może odkryje w sobie śmiałość do tworzenia własnej muzyki, własnych kompozycji.

A może – zaproponuję przewrotnie – dajmy sobie spokój z muzyką. Przecież możemy się bez niej obejść w życiu.

Muzyka jest nam bliska, bo oddziałuje na nasze emocje, jest z emocjami tożsama. Ludzie często czują niechęć do muzyki, bo nie chcą się otworzyć, nie chcą pokazać własnych emocji. Poza tym muzyka rozwija szereg innych kompetencji: pamięć, koncentrację, zdolności językowe, intelekt, umiejętność działania w grupie. Muzyka uczy nas precyzji ruchów, analizy, poprawia wzrok i słuch. Jest to pakiet umiejętności miękkich, który w dzisiejszych czasach może okazać się niezwykle przydatny. A poza tym wszystkim radość z muzykowania może być ogromna, szkoda świadomie się jej pozbywać.

Młodsze dzieci mają w sobie naturalne predyspozycje do muzyki i udział w zajęciach to dla nich zabawa i radość. Dla starszych dzieci, tych, które już poszły do szkoły, radość jest wtedy, gdy mogą się z muzyki urwać. Co się takiego dzieje, gdzie następuje punkt zwrotny i jaka jest jego przyczyna?

To przede wszystkim wina systemu nauczania muzyki w szkołach. Ja przeszłam klasyczną drogę muzyczną: najpierw muzyczna podstawówka, potem szkoła średnia, akademia, potem grałam w orkiestrze a jednocześnie uczyłam gry na skrzypcach. Z doświadczenia wiem, że obecny system nauczania muzyki zupełnie nie przystaje do nowych odkryć na temat przyswajania wiedzy.

A zaczęło się od tego, że w latach 90-tych ubiegłego wieku zlikwidowano osobne lekcje plastykę i muzykę i połączono je w jeden przedmiot „sztuka”. Wtedy nauczyciele muzyki musieli się szybko przekwalifikować w nauczycieli plastyki i odwrotnie. W efekcie muzyki zaczęli uczyć przypadkowi ludzie, a nie pasjonaci. A bez pasji do muzyki nie można nauczyć jej efektywnie. Plastyki oczywiście też.

A czy nauczyciel z pasją, taki, który kocha muzykę, zaczyna uczyć w klasie, w której są już te „zepsute” dzieci, to czy jest w stanie je muzycznie „naprawić”?

Jeśli trafi do nich w pierwszej czy drugie klasie, to jeszcze jest w stanie zrobić całkiem sporo, ale później dzieci wchodzą w okres, w którym pewne procesy już się zamykają. Dzieci są już do pewnego stopnia ukształtowane, zyskują większą świadomość siebie, nauczyły się wartościować pomiędzy sobą i wstydzić się śpiewu. Wtedy jest zdecydowanie trudniej, ale nie jest to niemożliwe.

I co wtedy?

W sytuacji, gdy dzieci nie chcą się otworzyć na muzykę, na pewno nie wolno ich cisnąć i siłą narzucać śpiewu czy grania na jakimś instrumencie. Ja mam właśnie teraz taką klasę czwartą, której nie mogę otworzyć. Zaczęłam więc z nimi rozmawiać. Spytałam: skoro nie chcecie śpiewać, to co byście chcieli muzycznego robić? Bo coś zrobić musimy, w końcu to lekcje muzyki. Padały przeróżne propozycje, ale w końcu ustaliliśmy wspólnie, że będziemy grali na fletach. I teraz poznajemy muzykę poprzez grę na flecie.

Pozwoliła im pani współdecydować!

Program na szczęście mi na to pozwala, bo jest rozłożony na kilka lat. Mam nadzieję, że skoro zaczęli grać, to i śpiew się pojawi. Ale nic na siłę. Chcę, żeby muzykę w szkole zapamiętali jako coś przyjemnego, że kiedyś sami będą do niej wracać. I żeby sami zobaczyli, że nie muszą być super-uzdolnieni, żeby cieszyć się muzyką. A jeśli bym zaczęła naukę od tłumaczenia struktur muzycznych, dla nich nie byłaby to zabawa i szybko by się znużyli.

A w jaki sposób uczyć muzyki poprzez zabawę?

Ja stosuję metodę Colourstrings opracowaną przez Gezę Szilvaya, węgierskiego skrzypka i pedagoga od lat pracującego w Finlandii, który wykorzystał w niej metodykę opracowaną przez węgierskiego kompozytora i pedagoga Zoltana Kodaly.

W metodzie Colorstrings dziecku trzeba zorganizować przestrzeń do uprawiania muzyki. Kodaly mawiał, że tylko najlepsze jest dobre dla dziecka. Dobre instrumenty, dobra sala, ale przede wszystkim osoba, która kocha muzykę. Jej osobowość zrównoważy brak sali czy nawet instrumentu.

Nauczyciel z osobowością i zamiłowaniem do muzyki to jest rozwiązanie jednocześnie bardzo proste i szalenie trudne, bo takich nauczycieli jest po prostu mało.

I tu powraca problem odpowiedniego kształcenia nauczycieli.

Wróćmy do Colourstrings. Jak wygląda nauka tą metodą?

Przede wszystkim jest to nauka poprzez praktykę. Dzieci nie są do końca świadome, na czym polega nauka muzyki, ale po prostu bawią się i wchodzą w jej świat poprzez zabawę. Kodaly zauważył, że na całym świecie dzieci wykorzystują w zabawach śpiewane wyliczanki, takie ene-due-rabe. I od takich zaśpiewów rozpoczyna się zabawa z dźwiękami. Dzieci łatwo te zaśpiewy powtarzają i lubią je. Poprzez wyliczanki zaczynamy wchodzić w gamę: najpierw dźwięki so – mi, potem so-la, so-mi-la-so-mi czyli właśnie to ene-due-rabe. Dźwięki z gamy ułożone po kolei: do, re, mi, fa, sol… poznajemy dopiero na końcu, gdy mamy już ukształtowane wewnętrzne słyszenie i wyobraźnię dźwiękową. Po jakimś czasie dzieci biegle łączą dźwięki z ich nazwami i częściami ciała, bo to dla nich nadal świetna zabawa. Potem wprowadzam kolorowe tasiemki, które są odpowiednikiem linii, a guziki to nutki. I tak to idzie, cały czas poprzez zabawę.

Stąd nazwa Colourstrings?

Nazwa wzięła się od koloru strun w skrzypcach. To już wymyślił wspomniany Geza Szilvay, skrzypek i popularyzator muzyki od lat pracujący w Finlandii, a wychowany na muzyce i pomysłach edukacyjnych Kodaly’ego. On wymyślił metodę nauki gry na skrzypcach poprzez zabawę z elementami wzrokowo-słuchowo-ruchowymi.

Tradycyjnie gdy uczymy dzieci na skrzypcach, to najpierw uczymy je nut, potem przez miesiąc jak prawidłowo trzymać smyczek i skrzypce, a potem dzieci stwierdzają, że to nudne…

I zniechęcają się do skrzypiec, zwłaszcza, że następnym etapem jest odnajdywanie nut na strunach. Szilvay wymyślił, żeby struny skrzypiec ponazywać: najniższa to miś, potem tata, mama i ptaszek. Każda struna ma też inny kolor. I potem rysował: teraz grasz na misiu, a teraz na tacie. Teraz ptaszek śpiewa cicho, a teraz głośno. Dzieci bardzo szybko łapią przeniesienie obrazków i kolorów na struny. Jednocześnie nie ma mowy o półnutach i ćwierćnutach, ale jest bajka o muzycznym lesie, w którym tata chodzi większymi krokami, mama mniejszymi a mały miś stawia szybkie małe kroczki. Dzieci wchodzą w strukturę muzyki zupełnie nieświadomie, a więc bezboleśnie i dopiero po kilku latach wprowadza się „dorosłe” nazewnictwo muzyczne.

Szilvay opracował ten system jeszcze w latach 70-tych i od tej pory ciągle go ulepsza. A w fińskich szkołach system ten stał się metodą obowiązującą – od 18 miesiąca życia aż do akademii muzycznej. Profesorowie, którzy uczą dorosłych ludzi, uczą też przedszkolaków. Czy to działa? Jedna z nauczycielek z Finlandii powiedziała mi kiedyś, że uczy grać na skrzypcach od czterdziestu lat. W tym czasie tylko jedna osoba nie dała rady opanować tego instrumentu. A więc każdy może nauczyć się grać.

Poza tym Colourstrings to metoda nie tylko na skrzypce, jest też przełożona na altówkę, wiolonczelę, fortepian czy flet. Rolą nauczyciela jest wyposażenie dziecka w narzędzia do muzykowania na najwyższym poziomie, a od dziecka już zależy, co z nimi zrobi. Większość zatrzyma się na poziomie amatorskim, niektórzy zaczną drążyć temat i w rezultacie staną się zawodowymi muzykami. Ale wszyscy będą się muzyką cieszyli.

A w Polsce po szkołach muzycznych ludzie mają traumę i wielu z nich kończy z muzyką w dniu, w którym zagrali dyplom. Ciekawe ilu świetnych muzyków w ten sposób straciliśmy…

Jak to mogę skomentować… Tylko tak, że obiecałam sobie kiedyś, że w mojej klasie nikt przez skrzypce płakać nie będzie. I staram się tego słowa dotrzymać.

 

Monika Wrzos – skrzypaczka, pedagog z kilkunastoletnim doświadczeniem, animatorka kultury. Absolwentka Akademii Muzycznej w Łodzi, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie zespołu kameralnego Akademii Muzycznej w Katowicach.

Jest założycielką kwartetu smyczkowego Less Femmes, z którym regularnie koncertuje. Współpracuje z orkiestrą Teatru Rozrywki w Chorzowie, Operą śląską, Filharmonią Opolską. Do 2015 roku związana była z orkiestrą Gliwickiego Teatru Muzycznego, była też koncertmistrzem Bremer Musiktheater w Niemczech.

Jako muzyk sesyjny współpracuje z Marcinem Pospieszalskim, Mietkiem Szcześniakiem i Lidką Pospieszalską.

Pracuje z dziećmi i młodzieżą – uczy gry na skrzypcach i prowadzi warsztaty muzyczne. Jako pierwsza na Śląsku uczy metodą Colourstrings – w 2015 roku ukończyła kurs dla nauczycieli w Yehudi Menuhin School w Londynie.

Jest współzałożycielką i prezesem Fundacji Ekspedycja-Muzyka.

 

Foto: Monika Wrzos, Pixabay

„W mojej klasie nikt przez skrzypce płakać nie będzie” – jak uczy muzyki Monika Wrzos
4.8 (95%) 4 głosów