Co lepsze – książka, czy film? Nie zliczę, ile razy brałam udział w dyskusjach o wyższości jednego bądź drugiego. Tym razem pogodzę obydwie strony zawczasu – jedno i drugie jest znakomite! Moim zdaniem warto zacząć od książki, a potem skonfrontować swoje wyobrażenia z tym, czego dokonali twórcy serialu. 

Przyznaję, że kiedy Netflix wypuścił serial „Lemony Snicket. Seria niefortunnych zdarzeń” nie wydał mi się on kuszący. Pomyślałam, że oglądałam już mnóstwo filmowych opowieści o sierotach, którym mocno się nie wiedzie z powodu splotu niesprzyjających okoliczności oraz podejrzanych postaci, które źle im życzą, w końcu jednak dzięki swej niezłomności, miłości i dobroci przełamują złą passę, zwyciężają pojedynek ze złem, a potem żyli długo, szczęśliwie i sprawiedliwie. W sumie lubię pokrzepiające historie, ale obejrzałam ich już wystarczająco dużo, żeby scenariusz każdej kolejnej uznać za przewidywalny. Nie miałam pojęcia, że „Seria niefortunnych zdarzeń” jest zupełnie inną, nietypową, wręcz postawioną na głowie opowieścią. Odpuściłam więc sobie serial ulegając uprzedzeniom i stereotypom. 

Kiedy tej jesieni wpadła mi w ręce książkowa wersja „Serii niefortunnych zdarzeń”, zajrzałam jednak do środka. Robię tak z każdą książką – taki nawyk, podobnie jak wąchanie mleka przed wlaniem go do kubka. No więc, jak zawsze kiedy dostaję nową książkę, otworzyłam na pierwszym rozdziale i przeczytałam kilka początkowych zdań:

„Jeśli szukacie opowieści ze szczęśliwym zakończeniem, poczytajcie sobie lepiej coś innego. Ta książka nie tylko nie kończy się szczęśliwie, ale nawet szczęśliwie się nie zaczyna, a w środku też nie układa się za wesoło”.

Taki początek książki dla dzieci rozbił przykurzony kryształ stereotypu i rozbudził moją ciekawość. Poczułam, jakby Lemony Snicket z politowaniem pokiwał nade mną głową mówiąc: „Co ty wiesz o bajkach dla dzieci…”.

Bo w tej historii, choć odwołuje się ona do wielu tropów i motywów literatury dziecięcej, niczego nie można być pewnym. Zamiast tradycyjnego „za górami, za lasami” mamy „w samym centrum brudnego, ruchliwego miasta”, Sędzia Strauss nie jest dobrą wróżką, choć na początku takie sprawia wrażenie, a los zdaje się sprzyjać czarnym charakterom znacznie bardziej niż niewinnym i szczerym bohaterom. Nazwy miejsc, które pojawiają się w opowieści, sugerują, że trzeba być czujnym i spodziewać się niespodziewanego. Mecenat Mnożenia Mamony, Parszywa Promenada, czy rzeczka Ponurka wywołują równocześnie i uśmiech, i dreszczyk – może nie wielkiej grozy, ale takiej niedużej grózki. 

Każdy kolejny rozdział zaskakuje i jest dowodem na to, że nawet z najbardziej ogranych motywów można stworzyć zupełnie nową, świeżą, niebanalną i wciągającą opowieść. Wystarczy tylko mieć poczucie humoru, dystans do siebie i świata, niepokorną wyobraźnię i świetne pióro. Tak wyobrażam sobie autora „Serii niefortunnych zdarzeń”, choć niewykluczone, że jest nudnym ponurakiem, a te kilkanaście tomów błyskotliwie napisanej historii o Wioletce, Klausie i Słoneczku Baudelaire udało mu się przypadkiem. Jeśli chodzi o tę opowieść, wszystko jest możliwe. Nawet to, że jej autor właściwie… nie istnieje. Albo, że tak powiem, istnieje poniekąd.

Lemony Snicket to pseudonim literacki, pod którym Daniel Handler, amerykański pisarz, stworzył szereg książek teoretycznie dla dzieci, w praktyce mających miliony fanów w każdym wieku na całym świecie. Ale to nie wszystko. Lemony Snicket to również występująca w „Serii niefortunnych zdarzeń” postać narratora – badacza historii rodzeństwa Baudelaire’ów. To nadal nie wszystko. Lemony Snicket jest też głównym bohaterem czteroczęściowej serii książek „All the Wrong Questions”, która jest czymś w rodzaju prequela „Serii niefortunnych zdarzeń”. Napisał też własną autobiografię. To znaczy pisarz kryjący się pod pseudonimem Lemony Snicket napisał (auto)biografię pisarza będącego fikcyjną postacią występującą w książkach pisanych przez Lemony’ego Snicketa… Chyba. 🙂 Ta wymykająca się sztywnym definicjom postać z pogranicza fikcji i rzeczywistości doskonale pasuje do klimatu „Serii niefortunnych zdarzeń”.

„Seria niefortunnych zdarzeń” była już wydawana w Polsce. Najnowsze wydanie (HarperKids – imprint wydawnictwa HarperCollins, 2022) projektem okładek odwołuje się do serialu Netflixa. Ponieważ książki mnie zauroczyły, z ciekawości pognałam i do telewizora. Chciałam się przekonać, co z tej znakomitej powieści, pełnej odwołań, międzywierszy i „puszczania oka” do czytelnika, ocaleje na ekranie. Mój słabo skrywany sceptycyzm rozwiał się szybciutko. Twórcy serialu wiernie oddają historię z książki, ale nie próbują kopiować tego, co niekopiowalne. Za to w pełni wykorzystują dostępne środki wizualne i niebywałą wyobraźnię scenografów, grafików, animatorów, specjalistów od charakteryzacji, projektantów kostiumów… Jestem pod wrażeniem!

Wracając więc na chwilę do początkowego pytania: co lepsze, książka czy film, zapewniam, że w przypadku „Serii niefortunnych zdarzeń” warto sięgnąć po jedno i drugie. Historia ta sama, ale książka i serial doskonale się uzupełniają, dając odbiorcom wiele frajdy z czytania i oglądania. W październiku 2022 ukazały się dwa pierwsze tomy serii w nowym wydaniu: “Przykry początek” oraz “Gabinet gadów”, a na styczeń 2023 HarperKids zapowiada dwa kolejne: “Ogromne okno” i “Tartak tortur”.

Czy taka historia – z niepewnym morałem, niekoniecznie szczęśliwym zakończeniem i nie zawsze sprawiedliwym rozliczeniem dobra ze złem – to dobry przekaz dla dzieci? Kiedy zadałam sobie to pytanie, przypomniało mi się, jak dawno temu słuchałam z moimi dziećmi audiobooka „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren. Nie znałam wcześniej tej historii, ale ufałam autorce, więc bez zastrzeżeń puściłam nagranie, kiedy odwoziłam dzieci do szkoły. Tam to dopiero dzieje się tragedia! Los okrutny, bezlitosny i w ogóle. Chciałam przerwać tę rozdzierającą serce opowieść, żeby dzieciom oszczędzić przygnębienia, ale dwoje ośmiolatków i dwa przedszkolaki zaprotestowali stanowczo. „My chcemy słuchać dalej!” wrzasnęli zgodnym chórkiem widząc, że mój palec zmierza w kierunku przycisku „stop”. No to posłuchaliśmy.

Kiedy później zapytałam dzieci, co im się podobało w tej smutnej historii, moja pięcioletnia wówczas córka rzekła z zadumą: „Bo to jest takie, takie… o prawdziwym życiu”.

Wniosek zatem taki, że dzieci są bystrzejszymi obserwatorami rzeczywistości, niż nam się wydaje.  I niepostrzeżenie wymykają się spod klosza naszej rodzicielskiej troski. Owszem, lubią opowieści, w których cokolwiek by się nie działo, wiadomo, że na końcu zatriumfuje dobro, sprawiedliwość, nagrodzeni zostaną bohaterowie szlachetni, wywyższeni maluczcy, poniżeni zaś pyszni, których serca przepełnia chciwość, zalewa żółć i porasta pleśń. Tak, dzieci lubią te schematy. Ale jak widać chcą też historii, które będą „bardziej życiowe”. A jeśli do tego historia jest napisana z niebywałą fantazją, świetnym piórem i dyskretnym, lecz czytelnym humorem, a autor błyskotliwie igra sobie z dobrze znanymi motywami literackimi, to mamy książkę, która zachwyca i bawi czytelników w każdym wieku oraz sprzedaje się w dziesiątkach milionów egzemplarzy. Jeśli ta książka dostanie się w ręce zdolnych twórców filmowych, powstaje serial, który z ogromną przyjemnością obejrzą i dzieci, i dorośli.

książki poleca: Elżbieta Manthey – mama dwójki nastolatków, blogerka, prezeska Fundacji Rozwoju przez Całe Życie. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Tropi nowoczesne pomysły edukacyjne, angażuje się w różnorodne działania na rzecz lepszej edukacji. Miłośniczka książek, również tych dla dzieci i młodzieży. Najlepiej odpoczywa odwiedzając ciekawe miejsca i doświadczając świata wspólnie z mężem i dziećmi.