Kiedy dziecko czemuś się sprzeciwia, wiemy o tym bardzo dobrze. Dziecięce “NIE” brzmi wyraźnie i dobitnie, a gdybyśmy przypadkiem nie usłyszeli, młody człowiek będzie je powtarzał coraz głośniej, w razie czego nawet całym ciałem. Do skutku.
Kiedy nastolatek nam się sprzeciwia, być może także mówi głośno “NIE”, może stanowczo argumentuje, a nawet trzaska drzwiami.
I to jest ok.
Źle jest wtedy, kiedy młody człowiek w ogóle nie wyraża sprzeciwu. Bo to znaczy, że już nie wierzy, że zostanie usłyszany.
Sprzeciw naszych dzieci, ich opór wobec naszych poleceń, chęć zrobienia czegoś inaczej niż my chcemy, zazwyczaj wywołuje w nas dyskomfort, zniecierpliwienie, irytację, złość. Ta ich chęć życia po swojemu przychodzi zawsze w nieodpowiedniej chwili, zwykle kiedy się spieszymy, kiedy akurat bardzo potrzebujemy dziecka współpracującego, a nie rozwijającego swoją tożsamość, niezależność i umiejętność stawiania granic. Wiem, to trudne, ale bardzo ważne, żebyśmy jednak postarali się choć na chwilę zatrzymać i wysłuchać tego małoletniego sprzeciwu. Żebyśmy go uwzględnili. To nie znaczy, że zrobimy tak, jak dziecko chce, ale że wysłuchamy i weźmiemy pod uwagę jego potrzebę, uczucia, zdanie.
Dlaczego to ważne? Ano dlatego, że ten sprzeciw wyrażany wobec rodziców jest fundamentem tzw. czerwonej lampki, która zapala nam się wewnętrznie, gdy znajdujemy się w sytuacji, która jakoś nam zagraża, jakoś nas narusza, coś nam niefajnego robi, albo może zrobić. W dorosłości, kiedy już nasze “NIE” nie brzmi tak donośnie, bo przecież jesteśmy “dobrze wychowani”.
To wcale nie muszą być sytuacje skrajne – napaść, mobbing, czy rabuś wyrywający nam torebkę z ręki. To mogą być codzienne sprawy, które dodane jedna do drugiej w końcu układają się w toksyczną relację. Tkwimy w niej czasem latami, nawet nie zauważając, że stopniowo emocjonalnie w niej próchniejemy. Właśnie dlatego, że nie zobaczyliśmy naszej wewnętrznej czerwonej lampki, nie usłyszeliśmy naszego wewnętrznego głosu sprzeciwu.
W takich relacjach żyjemy nie wiedząc, czego chcemy, czego potrzebujemy, w trybie przetrwania. Sprzeciw w nas narasta, ale paradoksalnie my jesteśmy na niego coraz bardziej głusi. Bez umiejętności uwzględniania własnego sprzeciwu jesteśmy podatni na manipulacje, nie potrafimy stawiać granic, nadużywamy się i generalnie robimy sobie i pozwalamy innym robić nam dużo niefajnych rzeczy. A wszystko dlatego, że nie czujemy tego specyficznego skurczu ostrzegawczego w środku siebie, albo czujemy, ale ignorujemy.
Nie takich relacji chcemy dla naszych dzieci, prawda? Zatem nawet jeśli to niewygodne, irytujące i nie w porę, uwzględniajmy sprzeciw naszych dzieci. Żeby one kiedyś mogły go w sobie usłyszeć.
Te refleksje przestukane w post zainspirowały nagrania z Audiopaczki. O sprzeciwie i jego wartości opowiada w niej Magda Sendor, zaś Patrycja Ostrogska mówi o relacji z narcyzem, w której sprzeciw mógłby uratować nasze zdrowie psychiczne i wiele lat życia przed obróceniem się w pył. Mógłby, gdyby się pojawił i został uwzględniony. Nie przez narcystycznego partnera, lecz przede wszystkim przez nas samych.
Odkryj więcej z Juniorowo
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Twój komentarz może być pierwszy