Dzieci i młodzież mają problemy, o których dorośli nie mają pojęcia – ten tekst bije rekordy odsłon w Juniorowie. To rozmowa o tym, co naprawdę przeżywają dzieci, a czego my dorośli często nie dostrzegamy, albo nie rozumiemy. Dlaczego nie dostrzegamy, dlaczego nie rozumiemy? Przecież kochamy nasze dzieci, są centrum naszego świata, to o nie najbardziej się troszczymy. Czy faktycznie coś nam z tym rozumieniem i dostrzeganiem nie wychodzi, czy może to nasze dzieci nie doceniają naszego wysiłku? Do zastanowienia się nad tym zainspirował mnie wstęp do znakomitej książki „Zaburzenia u dzieci i młodzieży” Michaela Schulte-Markworta, niemieckiego psychiatry dziecięcego. Jego wcześniejsza książka „Wypalone dzieci” bardzo mnie poruszyła, ale i dała dużo ważnej wiedzy. Ta najnowsza to równie istotna pozycja w mojej rodzicielskiej biblioteczce.

Nie dramatyzuj

Dlaczego nie rozumiemy dzieci? Po pierwsze dlatego, że im nie wierzymy. Zakładamy, że nie mają wystarczających umiejętności, wiedzy, doświadczenia, by „trzeźwo ocenić sytuację”. By rozpoznać, nazwać problem i o nim trafnie opowiedzieć. Słuchamy tego, co mówią (o ile słuchamy) sceptycznie. Uważamy, że koloryzują, dramatyzują, przesadzają. „Na pewno nie jest aż tak źle”, „co ty opowiadasz?”, „coś ci się wydaje”. Bywamy zaskoczeni, zdziwieni tym, co mówią dzieci i nie dajemy im wiary.

Czasem wręcz spodziewamy się, że dzieci kłamią. Tkwi w nas przekonanie, że zawsze ubarwiają swoje opowieści, dramatyzują, wyolbrzymiają. Robią to, żeby zwrócić na siebie naszą uwagę, uniknąć kary, czy z innych powodów. Łatwiej nam uwierzyć podszeptom naszej podejrzliwości („co on tam znowu wymyśla”) niż dać wiarę i potraktować serio słowa dziecka. Bo my dorośli bardzo nie lubimy być oszukiwani. Nikt nie lubi, dzieci też. Ale być wystrychniętym na dudka przez dziecko to cios w nasze poczucie godności, więc na wszelki wypadek wolimy wykazać się nieufnością, sceptycyzmem, niż uwierzyć w historie, które nam wydają się nieprawdopodobne lub przesadzone.

Nie przychodzi nam do głowy, że dzieci mogą mieć inne spojrzenie na świat, mogą postrzegać rzeczy inaczej, niż my, mogą zauważać to, czego my nie zauważamy, zwracać uwagę na to, co nam umyka.

To, co nam wydaje się dziecięcym fantazjowaniem, koloryzowaniem, przesadą jest po prostu relacją z innej niż nasza perspektywy. Równie prawdziwą, co ta widziana dorosłymi oczami.

Co ty możesz mieć za problemy?

Po drugie – nie rozumiemy dzieci, bo je lekceważymy. „Co ty możesz mieć za problemy?”. Uważamy, że dzieciństwo to czas beztroski i zabawy, a poważne problemy i wyzwania pojawiają się dopiero w dorosłym życiu. Nie traktujemy poważnie tych, z którymi przychodzą do nas dzieci. Michael Schulte-Markwort pisze: Jakże często dziecięce pytania i „małe” troski wyzwalają naszą wesołość, uśmiechamy się i cieszymy na widok powagi, z którą „maluchy” próbują nam dorównać. Prawdziwe troski, o czym przekonanych jest wielu dorosłych, wyglądają jednak zupełnie inaczej. „Przecież ty masz się tylko uczyć, czym tu się przejmować?”. Często nawet nie poświęcamy uwagi sprawom, o których dzieci opowiadają. A nawet jeśli ich słuchamy, uważamy je za błahe. „Pani w szkole nie doceniła twojej pracy? Nie ma się czym przejmować”, „Koledzy ci dokuczali? Nie przejmuj się nimi, ignoruj to im przejdzie”, „Chłopak cię rzucił? Znajdziesz innego”. I jeszcze uniwersalne zdanie, nasz wytrych którym rozwiązujemy szybko i krótko wszystkie problemy młodych ludzi: „Skup się na nauce”.

Czasami nie tyle lekceważymy sprawy dzieci, co je ignorujemy, nie poświęcając im w ogóle uwagi. To, co dziecko opowiada wpuszczane jednym uchem dorosłego, drugim natychmiast ulatuje. Czy to dlatego, że pochłonięci własnymi sprawami nie mamy już czasu ani przestrzeni w sobie na kolejne? A może dlatego, że przyglądając się uważnie problemom dzieci, dotknęlibyśmy własnego dzieciństwa, wcale nie tak beztroskiego, jak staramy się myśleć, dzieciństwa, o którym próbujemy nie pamiętać? Dzieciństwa, w którym byliśmy lekceważeni, w którym nikt nie traktował nas poważnie. Dzieciństwa, w którym nasze zwierzenia uznawano za dramatyzowanie, w którym nasza perspektywa się nie liczyła i w którym „dzieci i ryby głosu nie miały”. Dzieciństwa, w którym byliśmy z naszymi problemami, emocjami, przeżyciami boleśnie samotni.

Inna perspektywa

Problemy zajmujące dzieci bywają inne niż te z dorosłego świata. My martwimy się spłatą kredytu, awans w pracy, dziecko o to, czy pluszaki nie zniszczą się w praniu albo o zgubionego ludzika z plasteliny, którego pracowicie lepiło przez całą lekcję. Ale czy na pewno problemy dzieci są tak różne od problemów dorosłych? Nasz błąd prowadzący do lekceważenia dziecięcych zwierzeń polega na tym, że zestawiamy ze sobą fakty, o których mówią dzieci z faktami ze świata dorosłych. Porównujemy raport, jaki musimy przygotować dla zarządu z pięcioma zdaniami, które ma napisać dziecko w zadaniu domowym, a zgubionego ludzika z plasteliny zestawiamy z samochodową stłuczką. W takim porównaniu dziecięce dramaty wydają nam się mało ważne. Ale z perspektywy dziecka wygląda to zupełnie inaczej: stłuczka? i co z tego, przecież podrapanym autem też można jeździć, ale ludzik, mój ludzik, tyle nad nim pracowałem, pierwszy raz w życiu mi się tak pięknie udał, chciałem go pokazać mamie i tacie, ten ludzik, który był dowodem na to, że potrafię, że rodzice mogą być ze mnie dumni, ten ludzik przepadł, a wraz z nim przepadł mój sukces!

Żeby zrozumieć dziecięce problemy, musimy odwołać się do empatii i spojrzeć nie tyle na fakty, co na przeżycia i emocje.

Jeśli chcemy naprawdę zobaczyć, jak wygląda świat z perspektywy dziecka, musimy przykucnąć.

Każdy problem jest tak wielki i ważny jakim jest dla tego, kogo dotyczy. Ból jest również wśród dorosłych zjawiskiem subiektywnym i nieporównywalnym – pisze Michael Schulte-Markwort. – Kto daje nam prawo wyrokowania, że dziecięcy ból, dziecięca troska jest „mniejsza”, mniej ważna i można ją zbagatelizować? (…) Skąd wiemy, że z dziecięcej perspektywy sprawy wyglądają tak samo jak z naszej? 

W książce „Zaburzenia u dzieci i młodzieży” Michael Schulte-Markwort przyjmuje perspektywę dziecka i to od niej zaczyna analizę każdego przedstawianego problemu. Jest w tym niezwykle uważny i pełen szacunku dla swoich młodych pacjentów. To perspektywa dziecka jest w centrum. Warto przeczytać tę książkę, by się tego od niego nauczyć. Warto po nią sięgnąć także dla wiedzy, jaką podaje w sposób przystępny i zrozumiały dla każdego czytelnika. Wiedzę o tym, jakie problemy mają dzieci w dzisiejszym świecie i jak można im pomóc. Być może wyda wam się, że „zaburzenia” nie dotyczą waszych dzieci. Oby tak było. Jednak prawda jest taka, że zdarzają się one częściej niż nam się wydaje. Wiedza o nich może nam pomóc podchodzić do dziecięcych spraw poważnie i reagować od razu, nie czekając aż problem będzie trudny do zniesienia – dla dziecka i dla nas. Michael Schulte-Markwort daje nam tę wiedzę w wyjątkowy sposób – w swoich książkach łączy ogromną wiedzę psychiatry, równie wielki szacunek dla dzieci i dar pisania o trudnych sprawach w prosty sposób.

Zaburzenia u dzieci i młodzieży. Co obciąża nasze dzieci i jak możemy im pomóc

Michael Schulte-Markwort

Wydawnictwo Dobra Literatura