Na spotkania inspirujące Budzącej się Szkoły przychodzi i przyjeżdża coraz więcej osób. Coraz więcej nauczycieli chce zmieniać szkołę. I to już nie są tylko marzenia, lecz impuls do działania. Szukają jedynie wsparcia w tym, jak wprowadzić zmiany, od czego zacząć, co jest ważne. Z drugiej strony jest wiele szkół, w których środowisko naznaczone jest presją, stresem, króluje nauka „surfingowa”, oceny demotywują uczniów, a wiedza o procesach uczenia się, rozwoju dzieci i ich potrzebach wydaje się nie istnieć. O ciemnej stronie współczesnego dzieciństwa w szkole (i nie tylko) oraz o nieco jaśniejszych perspektywach rozmawiam z dr Marzeną Żylińską*. 

Dzieciństwo to nie wyścigi – to hasło przewodnie Budzącej Się Szkoły i jej działań w tym roku. Skąd się wzięło?

Hasło „Dzieciństwo to nie wyścigi” towarzyszy mi od wielu lat. Zaczęło się jeszcze kiedy pracowałam ze studentami, zajmowałam się ich praktykami pedagogicznymi i z ostatniej ławki oglądałam prowadzone przez nich lekcje. Ciągle widziałam ten pośpiech, ciągle trzeba było szybciej i więcej, i na nic nie było czasu. Nawet kiedy tematy były naprawdę ciekawe i można byłoby się w nich z uczniami zanurzyć i rozsmakować. Widzę, że to zagonienie dzieci jest coraz większe. Nauka staje się coraz bardziej powierzchowna, surfingowa – prześlizgnąć się po wszystkim, w nic głębiej nie wejść, bo nie ma czasu, bo trzeba zrealizować program. Do tego dochodzi presja. A jak jest pośpiech i presja, to jest stres. 

Mały człowiek nie ma jak temu zaradzić, dzieci nie mogą z tego uciec, to jest pułapka. To jest sytuacja, która wielu dzieciom odbiera możliwość cieszenia się własnym rozwojem, odbiera im wiarę w siebie, rujnuje ich poczucie własnej wartości. I to jest coś, co programuje człowieka na całe życie. Można już w dzieciństwie nastawić człowieka na bycie nieszczęśliwym, uzależnionym od cudzych opinii, od ciągłego wyścigu, od tego, że aby mieć poczucie sukcesu, trzeba lepszym od innych. Tak wygląda system szkoły, przez który wszyscy przeszliśmy. Wszyscy mamy uszkolnione umysły. Szkoła nas tak sformatowała, żebyśmy byli gotowi do tego wyścigu, rywalizacji, ciągłego mierzenia się z innymi i porównywania. 

Ale ty mówisz: dzieciństwo to nie są wyścigi, życie to nie są wyścigi. Więc chyba wierzysz, że z tego pędu da się wyjść?

Pomyślałam, że trzeba zacząć namawiać ludzi i tworzyć inne szkoły. Szkoły bez tego wyścigu, bez ciągłej rywalizacji. Zaczęliśmy więc z Budzącą się Szkołą to robić. I myślę sobie, że nie da się tego zrobić bez rodziców i bez szerszej akcji. Bo jeśli są nauczyciele, którzy chcą inaczej, to często napotykają opór ze strony rodziców. Wszyscy przeszliśmy przez ten system i wynieśliśmy z niego przekonanie, że dzieci uczą się tylko dlatego, że wywiera się na nie presję. Wiemy, że są szkoły demokratyczne, w których nie ma nacisków, a dzieci uczą się tak, jak chcą, wiemy, że są szkoły Montessori uczące zgodnie z tym, co Maria Montessori wiele razy mówiła – żeby bez ocen, bez nagród, bez kar. Jest wiele szkół alternatywnych, ale one są cały czas niszowe. Strach rodziców i nauczycieli, że bez presji nie będzie żadnych efektów jest prawdziwy i powszechny. Wielu rodziców uważa, że jeśli dziecko dostaje oceny, to się uczy, a kiedy nie ma ocen, to się nie uczy. Oceny są dla nich dowodem na to, że proces rozwoju i nauki ma miejsce.

Musimy sobie uświadomić, dlaczego ten system tak wielu osobom odpowiada, dlaczego mamy oczy szeroko zamknięte i kompletnie nie widzimy, co naprawdę robimy dzieciom. I dlaczego jesteśmy przekonani, że to, co robimy jest dla ich dobre.

Robimy to, co potrafimy, staramy się najlepiej, jak umiemy. A potrafimy to, czego nas nauczono i czego sami doświadczyliśmy. I często to rodzice domagają się presji w szkołach – ocen, dyscypliny, prac domowych, sprawdzianów – bo to jedyna metoda nauczania, jaką znają. Szkoły ze znakomitymi pomysłami na edukację, nauczyciele wspaniale innowacyjni często rozbijają się właśnie o konserwatyzm rodziców.

Kiedy Marię Montessori zapytano, czy jej metody są dobre dla każdego dziecka, odpowiedziała: „Tak, dla każdego, ale nie dla każdego rodzica”. Rodzice mają wyobrażenie tylko takiej szkoły, do jakiej sami chodzili. Tablica, nauczyciel za katedrą, wykład, cisza w klasie, reprodukowanie wiedzy. Ale przecież nie jeździmy już takimi samochodami, jakimi jeździli nasi rodzice, nie mamy takich pralek i telefonów jakie były, gdy byliśmy dziećmi, na polach konie i pługi zostały zastąpione przez kombajny. Wszystko na świecie się zmieniło. Dlaczego więc edukacja ma być taka sama jak pięćdziesiąt, sto, czy dwieście lat temu?

Być może u podstaw naszego przywiązania do tradycyjnej edukacji leży strach? To co znane, nawet jeśli nie jest dobre, często wydaje się mniej przerażające niż nieznane. Lęk powstrzymuje nas przed zmianą?

Strach jest czynnikiem, którego nie możemy ignorować. Dlatego tak ważne są książki Andre Sterna, który opisuje i swoje dzieciństwo i to, jak teraz wychowuje swoje dzieci – w naturalny sposób, bez szkoły, presji i stresu. Pisze też między innymi o tym, jak nauczył się czytać. Liter nauczył się, kiedy miał zdaje się pięć lat, a potem przestało go to interesować i porzucił naukę czytania. Jego rodzice w żaden sposób nie naciskali. I po dłuższym czasie, kiedy już wszystkie dzieci z jego rocznika czytały, a on jeszcze nie, coś go zainteresowało i chciał sie o tym więcej dowiedzieć. A więcej wiedzy na ten temat było w książkach. Więc nauczył się czytać, żeby móc się dowiedzieć tego, co go fascynowało. Miał potrzebę, więc nauczył się tego bardzo szybko. Języka niemieckiego nauczył się sam, z kaset. I nie uczył się 45 minut dwa razy w tygodniu, tylko każdego dnia spędzał na tym sześć, siedem godzin. Bo go to interesowało i było mu do czegoś potrzebne. Dziś posługuje się językiem niemieckim doskonale, bez akcentu.

Myślę, że książki Andre Sterna są dlatego tak genialne i potrzebne, że zdejmują z nas ten strach. Co z tego, że twoje dziecko w wieku siedmiu lat nie czyta, skoro robi coś innego, co jest sensowne i co je rozwija. My tylko musimy zadbać o środowisko edukacyjne, które dostarczy inspiracji. Trzeba robić wszystko, żeby docierać do rodziców z takimi książkami, komunikatami. Żeby zdjąć z nich ten niszczący strach.

Właściwie bardziej powinniśmy się bać pozostania w takich edukacyjnych strukturach i wzorcach, jakie znamy. Dużo mówisz o tym, jak niebezpieczne i czasem absurdalne są edukacyjne rozwiązania, którym jesteśmy tak wierni i nie unikasz mocnych porównań.

Szkoła dziś funkcjonuje jak najgorszy typ korporacji, w której liczą się tylko wyniki i która straciła z oczu człowieka. Nie patrzymy na to, jakie dzieci mają problemy, jakie pasje, kim są, jakimi są ludźmi, ale oczekujemy, że wszystkie pójdą tym samym torem, tym samym rytmem. W Prusach około dwustu lat temu wprowadzono ten pomysł, że państwo ustala jeden program na rozwój wszystkich dzieci z danego rocznika. I że wszystkie dzieci z danego rocznika mają się według tego programu rozwijać. A co się dzieje, kiedy jakieś dziecko nie rozwija się zgodnie z tym programem? Trzeba na nie wywrzeć większą presję. Wyobraźmy sobie, że jakiś państwowy urzędnik wchodzi do klasy i mówi do nauczyciela: „Proszę zrobić tak, żeby wszystkie dzieci na koniec roku miały 136 cm wzrostu”. Powiedzielibyśmy, że to bzdura i że to jest niemożliwe, żeby wszystkie miały taki sam wzrost. A w mózgu mogą mieć tak samo? Przecież rodzą się z różnym wyposażeniem genetycznym i mają różne doświadczenia, które wpływają na strukturę mózgu. Uczenie się to proces – tworzą się połączenia nerwowe, nowe synapsy. To jest proces, który u każdego zachodzi inaczej i w innym tempie – tak jak wzrost rąk, nóg i całego ciała. 

Nauka – neurobiologia, psychologia – mówi nam dzisiaj, że nie ma czegoś takiego jak jedno właściwe tempo rozwoju, nie istnieje jeden program na rozwój wszystkich dzieci. Dziecko, które zaczyna mówić później niż jego rówieśnicy, nie mówi gorzej. Więc jeśli dziecko w wieku siedmiu czy ośmiu lat nie umie jeszcze czytać, to trzeba poczekać – na pewno się nauczy. I wcale nie trzeba szukać metody, która przyspieszy ten proces, która de facto ZMUSI dziecko, by zaczęło czytać, gdy nie jest jeszcze na to gotowe, tylko dlatego, że my tak chcemy. To jest nie tylko niemożliwe, lecz także głęboko nieetyczne. Dlaczego dziecko, które rozwija się w nieco wolniejszym tempie, nieco później zacznie chodzić, czy mówić, ma dostać łatkę „jesteś gorszy od innych, jesteś słabszy”. Ono się przecież utożsami z tą etykietą, bo dostaje ją od dorosłych, a dzieci wierzą dorosłym. Jeśli dziecko uwierzy, że jest słabe, do niczego, gorsze, to droga do sukcesu zostaje zamknięta. A ono tylko o kilka miesięcy spoźniło się z pierwszym słowem, czy nieco później niż program przewidział zrozumiało, czym jest dzielenie. Ale przecież mówi, przecież dzieli w końcu równie sprawnie, jak inni. 

Naucz się czytać w określonym czasie, naucz się liczyć w określonym czasie, napisz klasówkę w piętnaście minut, podaj wynik mnożenia w ciągu trzech sekund. Napisałaś książkę o presji czasu – „Życie to nie wyścigi”, to stąd ten pomysł?

To jest książeczka i dla dzieci, i dla dorosłych – nauczycieli i rodziców. Bo myślę, że wszyscy coś tracimy, kiedy jest presja czasu. Nasze działania tracą na jakości. Są też ludzie, którzy kompletnie się gubią, kiedy tyka licznik. A przecież nawet w podstawie programowej nie jest określone, że dziecko ma podawać wynik mnożenia w trzy sekundy, czy w pięć. Ma umieć mnożyć. A to, że dzieci są odpytywane z tabliczki mnożenia na czas, to jest wyłącznie pomysł nauczyciela. I w takich warunkach, pod taką presją, pojawia się stres, który wyzwala w mózgu reakcje blokujące działanie funkcji poznawczych, a więc również pamięci. I nawet dziecko, które potrafi mnożyć może w takiej sytuacji nie podać odpowiedzi, bo jego mózg został „zablokowany” przez silną reakcję stresową. 

Zresztą matematyka nie polega na tym, żeby szybko podawać wyniki! Od szybkiego podawania wyniku są kalkulatory, każdy może sobie taki kupić już za kilka złotych. Matematyka to coś daleko bardziej złożonego. Jeśli ktoś sprowadza matematykę do rachunków i to wykonywanych na czas, to czegoś bardzo ważnego nie rozumie, bo matematyka powinna rozwijać logiczne myślenie. Problem z matematyką to nie jest problem dzieci, tylko problem złej dydaktyki. 

Tak samo jest zresztą z czytaniem. Bo co to znaczy czytać? Czytać to znaczy dekodować sens zapisany za pomocą liter. Umieć czytać to znaczy umieć dekodować. Po co więc kazać dzieciom czytać na głos? Przecież one tak się skupiają na wypowiadaniu na głos poszczególnych głosek, sylab i słów, że w ogóle nie rozumieją treści. To nie jest czytanie, bo takie dziecko nie dekoduje. Dodatkowo jest to ogromny stres, bo cała klasa słucha, a ja tu się jąkam i zacinam na każdym słowie. Dzieci są w ten sposób ośmieszane – muszą stawać przed całą klasą i robić to, z czym sobie nie radzą. Takie dziecko marzy tylko o tym, żeby się ten wstyd i koszmar skończył. I co my chcemy tym sposobem osiągnąć?

Podstawa programowa jako jeden z celów wyznacza rozbudzanie zamiłowania do czytania i popularyzację czytelnictwa…

Nie ma lepszej metody, by zrazić dziecko do czytania na całe życie, niż ta. My w szkole bardzo często jesteśmy przeciwskuteczni, to znaczy stosujemy metody, które nie tylko nie przynoszą pożądanego rezultatu, ale wręcz prowadzą do odwrotnych skutków. I jedyne, co potrafimy, to aplikować więcej tego, co nie działa. Czyli stosujemy pedagogikę hydrauliczną. A powinniśmy porzucić to, co nie działa i zastanowić się, jaka strategia przyniosłaby lepsze efekty. I o tym również opowiada książka „Życie to nie wyścigi”.

Uważasz, że nauczanie za pomocą presji to główny grzech szkoły?

Presja szkodzi, hamuje rozwój i powoduje u dzieci strach. Dziecko myśli „a co będzie, jak odpowiem źle, jak popełnię błąd”, boi się reakcji dorosłych, boi się dostać gorszą ocenę, więc decyduje się nie robić tego, czego nie jest pewne. Strach przed błędem hamuje rozwój, bo powoduje, że dzieci podejmują tylko takie zadania, jakie potrafią już zrobić, a unikają takich, w których mogłyby nauczyć się czegoś nowego, bo to wiąże się z ryzykiem popełnienia błędu. A gdybyśmy mieli system, który opiera się na komunikacie „nieważne ile błędów zrobisz, ważne ile się dzięki nim nauczysz? Ważne, ile nauczysz się pracując nad określonym zadaniem”?

Dziecko, które pracuje i daje z siebie wszystko nie powinno mieć przeświadczenia, że zawodzi. Dziecko, które stara się najlepiej jak potrafi i wciąż słyszy: „za wolno”, „niedokładnie”, „za słabo”, nabiera przekonania, że cokolwiek zrobi, wszystko jest nie tak, jak trzeba. Kiedy daje z siebie wszystko, a słyszy „jak się postarasz” to już nie widzi sensu w staraniach, bo ono już się postarało najbardziej, jak w danej chwili mogło. Dało z siebie wszystko i to wszystko okazało się niczym.

Dało z siebie wszystko i w zamian dostało trójkę.

Dziecko wkłada w coś ogromną pracę i dostaje trójkę. Ocena sprawia, że cała ta praca staje się nieważna, bo pokazuje, że to, co dla dziecka jest maksimum, nie jest wystarczające, a więc odbiera szansę na zdobycie najlepszej oceny. Ocena deprecjonuje wkład dziecka w zadanie i odbiera sens jego pracy.

Nawet jeśli to jest dobra ocena? Na przykład piątka?

Opowiadała mi moja znajoma, że jej córka pierwszoklasistka pierwszego dnia szkolnej nauki wróciła ze szkoły bardzo markotna. Smutna, nie chciała jeść, widać było, że coś ją martwi. Mama zapytała więc, co się stało, skąd ten smutek. „Bo ja dostałam piątkę” – wydusiła z siebie dziewczynka ze łzami w oczach. „Ale to przecież świetnie” – zdziwiła się mama. „Ale inne dziewczynki dostały szóstki. Za szlaczek” – wyjaśniła smutno córka. Już pierwszego dnia nauczycielka zabrała dziecku radość z pracy. Już pierwszego dnia zaaplikowała truciznę, która skutecznie niszczy motywację wewnętrzną. 

To pokazuje okrucieństwo systemu ocen, z którego pewnie wielu z nas nie zdaje sobie sprawy.

Kiedy robimy dzieciom z życia wyścigi, zabieramy im radość, jaką daje rozwój. Dobrze zorganizowana nauka wywołuje radość. Daje satysfakcję, że czegoś nie umiałem, a teraz umiem, czegoś nie wiedziałem, a teraz wiem. To jest istota rozwoju. Ale w szkole w ogóle się to nie liczy, bo liczą się stopnie, średnie, punkty. Mamy ocenozę, punktozę, testomanię – to są wszystko straszne choroby edukacji, które niszczą dzieci. Uczą je zewnątrzsterowności, bo ich zadowolenie z siebie nie zależy od tego, co zrobiły, tylko od tego, jak ktoś to ocenił. Tacy ludzie potem idą przez życie i cały czas potrzebują głasków. Kiedy coś zrobią i nawet są przekonani, że zrobili to świetnie, ale nie dostaną pochwały czy uznania od kogoś, to przestają wierzyć, że to jest dobre. A gdybyśmy wychowywali dzieci nie oceniając, nie nagradzając i nie karząc? Nauczylibyśmy je, że najważniejsze jest własne poczucie, że zrobiłem coś najlepiej jak mogłam, że warto się starać, bo „nagrodą” za starania jest satysfakcja i przeświadczenie – że jestem uczciwy i rzetelny w tym, co robię.

Znalazłam niedawno cytat wypowiedzi Brada Pitta: „Nie chciałbym, żeby Oscary czy inne wyróżnienia nadawały sens mojej pracy i odbierały mi radość z jej wykonywania”. Myślę, że on doskonale oddaje to, o co tu chodzi.

Dobrze, więc wyobraźmy sobie, że zrobimy taką szkołę – bez ocen, bez presji, opartą na wspaniałych relacjach… Ale świat nie jest idealny. Jak dzieci wychowane w takiej cudownej szkole odnajdą się potem w znacznie mniej cudownej rzeczywistości? To jest kolejny lęk rodziców i argument zwolenników „twardej szkoły życia”.

Fundament osobowości człowieka powstaje w pierwszych latach życia. Dobre dzieciństwo, spędzone w poczuciu bezpieczeństwa to warunek wychowania stabilnego emocjonalnie człowieka. Pozwala zbudować pozytywną pewność siebie, poczucie własnej wartości – to jest gwarancja szczęśliwego życia. To z dzieciństwa wywodzą się nasze postawy, zachowania, przekonania – czy jesteśmy lękliwi, czy odważni, czy ze strachem patrzymy, jak reagują na nas inni, czy też mamy poczucie wartości tego, kim jesteśmy i na tym budujemy relacje z innymi ludźmi. Im dłużej dziecko może budować sobie dobry, stabilny fundament, tym dla niego lepiej i tym lepsze rokowania na szczęśliwe życie. Nie można dzieciom zatruwać dzieciństwa, aplikując truciznę, która je osłabia, tylko dlatego, że kiedyś może się z nią zetkną. 

Ja bym nawet nie chciała, żebyśmy wychowywali dzieci, które odnajdą się w takim świecie, jaki teraz mamy, jaki my stworzyliśmy. Ja bym chciała, żebyśmy wychowali dzieci na ludzi, którzy ten świat zmienią na znacznie lepszy. Wychowajmy dzieci, które potrafią wieść szczęśliwe życie, które potrafią żyć inaczej niż w wyścigu szczurów, które aby być szczęśliwym i spełnionym człowiekiem, nie muszą być lepsze od innych. 

Cieszę się, że to mówisz, bo mam wrażenie, że my w ogóle nie myślimy o tym, że dzisiejsze dzieci jutro będą tworzyć świat, w jakim my będziemy się starzeć. Będą stanowić prawa, tworzyć kulturę, od nich będzie zależeć, czy będziemy żyć w pokoju, czy zadbamy o przyrodę, czy pokonamy kryzys klimatyczny. W tej chwili wychowujemy dzieci do tego, by powielały nasz sposób życia. Tylko że to właśnie doprowadziło do kryzysu klimatycznego, ekonomicznego, społecznego. Dzieci mogą to zmienić, gdy dorosną, mogą mieć taką moc, jeśli teraz pozwolimy im tę moc w sobie wykształcić. 

Jest takie zdanie, które często wykorzystuję i widzę, że ono przemawia do rodziców: Nauczmy dzieci, że mogą w życiu realizować swoje własne marzenia, w przeciwnym razie ktoś kiedyś zatrudni je do realizacji swoich.

Kiedy mówisz i piszesz „Dzieciństwo to nie wyścigi”, to słyszę w tym apel, żebyśmy przestali coś robić. Co to takiego, czemu mówisz STOP?

Wyobrażam to sobie jako taki stół do miksowania muzyki, gdzie różne parametry można ustawić za pomocą różnych potencjometrów. Potencjometr z napisem „Presja” musimy zdecydowanie obniżyć. Żeby dzieci nie bały się błędów, żeby się nie bały, że coś zrobią nie tak, że się pomylą – bo błędy i pomyłki są naturalne, kiedy człowiek czegoś się uczy. Nie mogą być wciąż kontrolowane, oceniane i porównywane, bo to powoduje dystres. A dystres niszczy – wszędzie, w szkole też. Natomiast suwak z napisem „Wyzwania” powinien pójść do góry. Dzisiejsza szkoła jest dla większości dzieci zbyt nudna. To ta nuda, ten wymóg bierności i reprodukcji powodują, że jest tak nieatrakcyjna. Wiele dzieci się wyłącza, odpływają myślami, nie mogą skupić się na czymś, co je nudzi.

Byłam kiedyś jako metodyk na lekcji w pewnej szkole. Temat: wiosna. W jednej klasie dzieci miały za zadanie w tekście w zeszycie ćwiczeń powstawiać słowa z ramki w odpowiednie miejsca. Wierciły się, rozpraszały, przeszkadzały, rozmawiały. Po przerwie byłam na lekcji w równoległej klasie w tej samej szkole. Temat ten sam: wiosna. Ale tu dzieci miały same wymyślić własne bajki o wiośnie. Pracowały w grupach, z dużym zaangażowaniem. Oczywiście rozmawiały, uzgadniały treść, dyskutowały – to jest normalny element pracy – ale były absolutnie skupione na pracy. Na zakończenie przeczytały swoje dzieła i jeszcze dopytywały, czy mogą w domu narysować ilustracje. Które dzieci nauczyły się więcej? Jeśli dzieci potrafią pisać swoje własne teksty, a każe im się wstawiać słowa z ramki w luki, to one wtedy zrobią wszystko, żeby od tej nudy uciec. Jeśli dzieci opracowują same własny materiał np. o rzeczowniku, to nie ma siły, żeby się o tym rzeczowniku nie nauczyły. Jeśli uczą się, co to oksymoron, tworząc własne przykłady, to zapamiętają to do końca życia. Ale czytając suche definicje z podręcznika można się niczego nie nauczyć.

Dzisiejsza szkoła jest dla dzieci za trudna, bo jest zbyt łatwa, nie tworzy prawdziwych wyzwań. Dzieci są kreatywne, potrzebują aktywności, działania. A każe się im tylko siedzieć, słuchać i reprodukować. I to jest niszczące. Bo my ludzie lubimy wyzwania i możemy w pełni rozwinąć nasz potencjał tylko wtedy, gdzie działamy autonomicznie. Dotyczy to też dzieci.

Może w ogóle powinniśmy odejść od kategorii „trudne-łatwe” i zastąpić ją przez „ciekawe-nudne”?

I wtedy musielibyśmy odejść też od nauczania stadnego, od metod transmisyjnych i zastąpić je spersonalizowaną metodyką, bo to, co dla jednego człowieka jest ciekawe, dla innego jest nudne. A motywacja wewnętrzna jest pochodną ciekawości poznawczej. To jest właśnie to, co propaguję: nie nauczanie, lecz uczenie się, w swoim tempie i na miarę każdego ucznia. Ale żeby to zrealizować, najpierw musielibyśmy pożegnać się z iluzją, że człowiek uczy się tylko wtedy, kiedy jest nauczany.

W języku angielskim widać to jeszcze wyraźniej – odejdźmy od teach (uczyć) w kierunku learn (uczyć się).

Ja tę nową metodykę nazywam „metodyką filiżanki herbaty”, albo „metodyką dyskretną”. To jest taka metodyka, w której nauczyciel daje uczniom zadanie-wyzwanie i może się z filiżanką herbaty wycofać na drugi plan, a dzieci w tym czasie intensywnie pracują. I nauczyciel tylko patrzy, czy ktoś nie potrzebuje jego pomocy – wtedy się włącza. Co ważne – w kulturze uczenia się potrzebujemy innych zadań. Jeśli damy dzieciom takie zadania-wyzwania, to jako nauczyciele możemy się wycofać i włączać tylko wtedy, kiedy jesteśmy potrzebni. Wtedy dzieci uczą się adekwatnie do swoich możliwości, bo przecież żadne nie pójdzie w coś, co jest dla niego zbyt trudne, albo zbyt łatwe. To jest personalizacja procesu uczenia się, która nie oznacza przygotowywania innego zadania dla każdego ucznia, tylko przygotowanie takiego zadania dla klasy, które można zrobić na tysiąc różnych sposobów, żeby każdy miał swobodę wykonania go po swojemu i na swoją miarę. Takie zadania można znaleźć w mojej książce „Życie to nie wyścigi”. To jest książka nie tylko dla dzieci, ale i dla rodziców i nauczycieli. Bardzo bym chciała, żeby te zadania były dla nauczycieli inspiracją. 

Dając dzieciom takie zadania, które można zrobić na wiele różnych sposobów, musimy jednak powstrzymać się od oceniania, czyja droga jest lepsza. 

Kiedy studenci pytali mnie na ćwiczeniach z metodyki, która metoda jest najlepsza, odpowiadałam, że własna. Dla jednego lepsza, łatwiejsza, będzie jedna metoda, dla drugiego inna, jeden woli coś w tabelce, drugi w punktach, ktoś zapisze sobie dane potrzebne do rozwiązania matematycznego, a ktoś inny je narysuje. Jeśli dziecko potrafi wymyślić swój własny sposób na zrobienie czegoś, ma swoją strategię działania, swój sposób rozwiązania problemu, to to jest właśnie to, czego najbardziej potrzebuje dzisiejszy świat! Powinniśmy pokazywać, że są różne drogi, różne strategie, które prowadzą do celu. Powinniśmy odejść od nauczania stadnego, w którym wszyscy mają robić to samo, w tym samym momencie i w ten sam sposób. Kiedy jakaś metoda nauczania nie przynosi takich efektów, jakich oczekujemy, to nie próbujmy zrzucać winy na dzieci i nie próbujmy zmieniać dzieci, ale zmieńmy nasze podejście. Gdy dzieci mogą uczyć się w sposób aktywny, wszystko staje się łatwiejsze. Wiele razy obserwowałam, że jeśli dajemy uczniom takie zadania matematyczne, które wymagają wyszukania potrzebnych danych w tekście, to nagle te zadania przestają być trudne. Dzieci, które umiały wyszukać dane, zawsze potrafiły rozwiązać zadanie. Dzięki takiemu podejściu działania matematyczne nie były abstrakcją, a uczniowie sami tworząc sytuację, rozumieli, co liczą. Gdy nauczyciel stosuje takie metody, od razu widzi, kto rozumie, a komu trzeba pomóc. Takich zadań nie da się zrobić w sposób mechaniczny.

Dziś mamy już sporą wiedzę o tym, w jaki sposób człowiek się uczy i czego potrzebuje do rozwoju, więc opracowanie czy wybranie odpowiedniej metody jest chyba łatwiejsze?

Dzisiejsza szkoła wciąż jeszcze w dużej mierze ignoruje wiedzę o procesach uczenia się. Dlatego zebrałam zespół osób, z którymi wspólnie napisaliśmy książkę „Nurty edukacji alternatywnej w świetle wiedzy o procesach uczenia się”. Chodziło mi o to, by połączyć wiedzę o takich alternatywnych nurtach jak pedagogika freblowska, waldorfska, montessoriańska, freinetowska, plan daltoński czy edukacja demokratyczna z wiedzą z dziedziny neurobiologii, neuropsychologii, pedagogiki i szczególnie mi bliskiej metodyki. Co ciekawe, żaden z reformatorów edukacji nie szedł w stronę pomiaru dydaktycznego, wszyscy skupiali się na stworzeniu środowiska edukacyjnego, które umożliwia rozwijanie potencjału każdego ucznia. Obecny model szkoły idzie dokładnie w odwrotnym kierunku. Sprawdziany, klasówki, testy, diagnozy zabierają coraz więcej czasu, który mógłby być przeznaczony na naukę. A trzeba pamiętać, że każdy sprawdzian to przerwa w procesie uczenia się. Dziś nauka potwierdza intuicje reformatorów. W książce przywołujemy wiele eksperymentów, np. takich, które pokazują, jak kary i nagrody niszczą motywację wewnętrzną. Myślę, że to książka i dla nauczycieli, i dla rodziców, którzy szukają dla swojego dziecka dobrej szkoły. Ostatni rozdział jest mojego autorstwa. Wprowadziłam i opisałam w nim pojęcie metodyki dyskretnej. Właściwie już tu o niej opowiedziałam. To podejście, w którym wskazujemy uczniom drogę rozwoju, nie pozbawiając ich autonomii. Wręcz przeciwnie, budujemy w nich poczucie sprawstwa i wiarę we własne możliwości. W tym podejściu kluczową kompetencją nauczyciela jest umiejętność podtrzymywania u uczniów  motywacji wewnętrznej wtedy, gdy pojawiają się problemy i trudności.

Dwie książki, o których mówisz wpisują się w hasło, od którego rozpoczęłyśmy naszą rozmowę: „Dzieciństwo to nie wyścigi”. To hasło przyświeca też innym twoim działaniom.

We wrześniu tego roku Budząca Się Szkoła współorganizowała konferencję „Dzieciństwo to nie wyścigi”. To początek dużej akcji, którą chcemy zwrócić uwagę na problem coraz większej presji, jakiej poddawane są dzieci. W moim wystąpieniu mówiłam między innymi o tym, że dziś mamy już wiedzę o procesach uczenia się i zapamiętywania – mamy Korczaka, który rozumiał, czego dzieci potrzebują, by się rozwijać i wzrastać. I chcę zaapelować, żebyśmy tego Korczaka wzięli sobie do serc, zamiast wieszać na ścianach szkolnych korytarzy. Mottem konferencji „Dzieciństwo to nie wyścigi” był cytat korczakowski, który chciałabym, żeby wybrzmiał na koniec naszej rozmowy:

„Mówiłem nie o dzieciach, lecz z dziećmi, mówiłem nie o tym, czym chcę, aby były, ale czym one chcą i mogą być”. 

 

 

Książki Marzeny Żylińskiej można zamówić na stronie Edukatorium.

 

 

Marzena Żylińska – zajmuje się metodyką, neurodydaktyką oraz twórczym wykorzystaniem nowych technologii w edukacji. Od wielu lat prowadzi szkolenia dla nauczycieli, tworzy materiały dydaktyczne, jest autorką licznych artykułów i dwóch książek: „Między podręcznikiem a internetem” i „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”. Przez wiele lat kształciła przyszłych nauczycieli i prowadziła seminaria metodyczne, obecnie jest zaangażowana w tworzenie ruchu Budzących się Szkół. Od wielu lat zajmuje się również tworzeniem materiałów dydaktycznych umożliwiających uczniom rozwijanie kreatywności, autonomii i krytycznego myślenia. Marzy o szkołach, do których i uczniowie i nauczyciele będą chodzić z radością. Wierzy, że wszystko jest możliwe, o ile sami uwierzymy, że mamy wpływ na to, jak wygląda świat wokół nas.

 

foto: Pixabay