Codzienne wożenie do szkoły, szybkie zakupy w przerwie między pracą a dodatkowymi zajęciami dzieci, a później gotowanie obiadu, pomoc w odrabianiu lekcji, wspólne zabawy i pranie w tym samym czasie, żeby tylko jeszcze wygospodarować chwilę na wspólne wieczorne czytanie. Czy nie tak właśnie wygląda typowy dzień większości z nas? Nazywam to „nieustanną gonitwą”. A potem zamieniamy dom na jacht i większość problemów codziennego życia znika. Ilość obowiązków jest nadal podobna: nauka, gotowanie, sprzątanie, zakupy i zdalna praca. Ale poukładane we własne ramki, w swój rytm, w brak kalendarza i przymusu, stają się radosną i naturalną codziennością.

Czy każdy może zamieszkać na morzu?

Moje żeglarskie doświadczenie powoduje, że nie jestem wiarygodna, mówiąc że taki styl życia jest dla każdego. Faktem jednak jest, że przez kilkanaście lat żeglowania po wodach południowego Pacyfiku spotkałam jedynie pojedyncze osoby żyjące na morzu, które mają długie doświadczenie żeglarskie. Najczęściej życie na morzu wybierają ludzie, którzy wcześniej nie mieli nic wspólnego z żeglowaniem. Po prostu na pewnym etapie życie stawiają na wolność i przygodę. Sprzedają dom, kupują jacht, uczą się podstaw, zaopatrują w fachową literaturę i wyruszają w rejs. Bo życie na morzu w wielu aspektach jest łatwiejsze niż na lądzie. Kiedy jestem na jachcie, z nostalgią wspominam moją domową przestronną kuchnię, słodką wodę płynącą z kranu po odkręceniu kurka bez konieczności pompowania nogą pompy, pięciopalnikową kuchenkę, zamiast dwupalnikowej ogrzewanej spirytusem. Ale już po kilku dniach od powrotu do domu zaczynam tęsknić za prostotą jachtowego życia. Szczególnie gdy kilka razy dziennie wyciągam mop, odkurzacz czy miotłę, by sprzątnąć pojawiający się nieustannie brud. Na jachcie wystarczyła jedna mokra chusteczka, by umyć całą podłogę!

Dzieci też potrzebują czasu, by przestawić się na domowe tryby. Przestrzenie, ilość zabawek i zewnętrznych bodźców na początku przytłacza i paradoksalnie sprawia, że się nudzą i nie wiedzą jak zagospodarować czas. Na jachcie, gdzie nie ma zabawek, telewizora i gier nie mają problemu, by wymyślać kolejne zabawy. Czasem nawet nie muszą nic wymyślać, gdyż każdy dzień mija nam błyskawicznie.

Typowy dzień na morzu

Na jachcie mamy trochę innych zajęć niż w domu na przykład obracanie i czyszczenie jajek by dłużej wytrzymały

Śpimy w kojach, tak nazywa się w żeglarskim języku sypialnia. Zwykłego pokoju nie przypomina zupełnie, gdyż nie da się w niej stanąć. To jedynie łóżko z zamykanymi szafkami na ścianach i otwieranym oknem w suficie, zwanym lukiem. Na naszym jachcie bracia śpią razem na podwójnej koi, w której nogach trzymają skrzynkę z zabawkami, szachy i kamizelki ratunkowe. Stasia ma swoją koję, która jest wąskim tunelem wtulonym w burtę jachtu. Usiąść może tylko w jednym miejscu, ale to bardzo przytulne gniazdko, które lubi i dobrze się w nim czyta książki.

Między kojami, w centralnym miejscu jachtu jest messa, czyli salon połączony z kambuzem – kuchnią. Kiedy więc zjemy śniadanie, trzeba najpierw wszystko posprzątać, żeby zabrać się do lekcji. Stół na jachcie mamy bowiem tylko jeden, ale za to wielozadaniowy! Uczymy się rano, gdyż potem słońce grzeje już zbyt mocno i w nadmiarze wrażeń trudno się skoncentrować. Przebywamy w klimacie tropikalnym, więc temperatura oscyluje całą dobę w okolicach trzydziestu stopni, jednak siła południowego słońca zdecydowanie obniża koncentrację. Nauka nie zawsze jest łatwa, ponieważ bywają dni, że jachtem mocno buja. Trudniej się wówczas pisze i czasem trzeba przytrzymywać turlające się po stole ołówki, ale za to później w szkolnej ławce pisanie sprawia mniej kłopotów. Kiedy jachtem buja, również operowanie w kuchni jest trudniejsze. Czasem do skrojenia sałatki potrzebne są dwie osoby, ponieważ jedna musi trzymać miskę. Nie da się też wcześniej nałożyć potrawy na talerze, gdyż mogłyby zjechać ze stołu. Jedna ręka trzyma talerz, druga widelec, a mama nakłada obiad – to optymalna wersja. Na szczęście garnki się nie przesuwają, ponieważ kuchenki na jachtach montowane są na specjalnym zawieszeniu, przez co bujają się zgodnie z przechyłem jachtu, jak huśtawka.

 

Ogórek morski

Samo chodzenie po jachcie, nawet jedynie lekko bujającym się na falach, wymaga innej pracy mięśni. Nogi mamy bardziej ugięte, mięśnie napięte i zawsze trzeba się czegoś przetrzymywać.

Czy jest to uciążliwe? Po kilku dniach bujanie staje się tak naturalne, że zapominamy o niedogodnościach. A potem, gdy po kilku tygodniach czy miesiącach schodzimy na ląd, znów musimy przestawić błędnik, gdyż przez kilka dni ma się wrażenie, jakby świat się chwiał pod nami. O tyle ile, dla dorosłych bujanie jachtem bywa uciążliwe, to dla dzieci jest świetną zabawą. Często idą na kosz dziobowy i bawią się tam w rytm fal jak na huśtawce.

Życie na morzu to nie tylko żegluga

Życie na jachcie może się kojarzyć z nieustanną żeglugą, my jednak większość czasu stoimy na kotwicy. Podpływamy do wyspy i rzucamy kotwicę w odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu. Jesteśmy blisko brzegu, ale jednak nie na nim. Czasami w jednym miejscu spędzamy kilka dni, a nawet tygodni. Na jachcie mamy niewielką motorówkę – ponton, która służy nam za środek transportu między jachtem a brzegiem lub rafą. Kiedy więc kończymy lekcje, najczęściej rozpoczynamy aktywną część dnia.

Często spędzamy czas na wyspie, ale prawie codziennie staramy się nurkować. Maksymalnie wykorzystujemy możliwość obcowania z takim cudem natury, jakim jest rafa koralowa. Pływamy z maską, rurką i płetwami oraz w obowiązkowej tu lajkrze zasłaniającej ciało przed śmiertelnie parzącymi meduzami. Pod wodą życie zwalnia. Każde nurkowanie jest inne. Czasem płyniemy za żółwiem, innym razem oglądamy żwawe błazenki znane ze znanej bajki o Nemo. W przeróżnych formacjach koralowców aż tętni od życia. Widok stada kilkunastu wielkich płaszczek zapiera dech w piersiach. Spotykamy również rekiny. Te żyjące w płytkich wodach rafy nie są agresywne, mają tu dużo lepszego pożywienia niż mięso ludzkie. Ale takie spotkania zawsze wzbudzają czujność i ekscytację. Rekiny to ciekawskie stworzenia i zwykle krążą wokół nas, zachowując kilkumetrową odległość. My też ich wtedy nie spuszczamy z oczu!

Zwłaszcza chłopcy zafascynowani są rekinami. Na jachcie nieustannie doskonalą swoje rekinie rysunki, odrysowując poszczególne gatunki z rybackiej księgi ryb, a na plaży potrafią godzinami przemierzać brzeg w poszukiwaniu ławic małych rybek. Tam zwykle kręcą się też niewielkie rekiny szukając łatwego pożywienia.

Naturalnym wyborem jest spędzanie czasu w wodzie i wokół niej, a także fascynacja podwodnym życiem. Większość z tych stworzeń z zainteresowaniem obserwujemy, ale na część polujemy, gdyż na morzu nie ma sklepów. Jadamy ryby, homary, a czasem zdarzy się ośmiornica. Najczęściej na naszych talerzach lądują kalmary, w których łapaniu wyspecjalizowały się dzieci. Każdy wieczór kończą połowami na wędkę z pokładu jachtu, czasem rywalizując ze sobą o ilość złapanych głowonogów. Po takim dniu najczęściej zasypiają podczas czytania, by za kilka godzin mieć ponownie siły na kolejne przygody.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Monika Bronicka – podróżniczka i żeglarka. Reprezentantka Polski na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney 2000 i Atenach 2004. Mama trójki dzieci. Rzeczoznawca majątkowy i właścicielka szkółki żeglarskiej. Autorka książki dla dzieci „Przygoda na rafie” oraz bloga www.przygodanarafie.com

.

.

.

W poprzednim odcinku:

Dzieci, morze i jacht – edukacja bez szkoły

Zdjęcia: Monika Bronicka

Dzieci, morze i jacht – zwykły dzień pod żaglami
Możesz ocenić ten artykuł