O okresie dojrzewania – burzliwym, niełatwym i ogromnie znaczącym w życiu nastolatków – wiemy coraz więcej. Coraz więcej chcemy wiedzieć, bo chcemy nasze dorastające dzieci wspierać w ich dorastaniu. Skupiając się na nastolatkach, często pomijamy jednak samych siebie. A przeobrażenia, jakie zachodzą w życiu dojrzewającego dziecka oznaczają także wcale nie mniej znaczące zmiany w życiu rodziców. To jest czas, kiedy rodzic staje w obliczu podobnej zmiany, co nastolatek, mierzy się z podobnymi pytaniami: kim jestem, co ze mną będzie, co jest moją pasją? My też dojrzewamy tak, jak nasze nastoletnie dzieci, tylko jesteśmy w nieco innym momencie życia, z innym bagażem doświadczeń i zmierzamy w tej przemianie ku innemu tego życia etapowi.

Spadek satysfakcji z życia

Profesor Suniya Luthar z Uniwersytetu Stanu Arizona i profesor Lucia Ciciolla z Uniwersytetu Stanu Oklahoma badały kobiety mające dzieci w różnym wieku. Zauważyły one, że satysfakcja z życia u matek mających dzieci w wieku dojrzewania jest najniższa. Nawet niewyspane mamy niemowląt czuły się bardziej szczęśliwe. Napięcia i frustracje związane z dojrzewaniem nastolatek rozładowuje przede wszystkim w domu, a na pierwszej linii fali tsunami jego emocji znajdują się rodzice.

„To matki są zazwyczaj pierwszą linią przyjmującą na siebie cierpienie dzieci. Muszą znaleźć najlepszy sposób na jego ukojenie i zapewnienie dziecku komfortu i oparcia. Tyle że wypróbowane sposoby – przytulanie, czułe słowa, kojące opowieści na dobranoc – już nie działają. Matki stąpają też po cienkim lodzie, jeśli chodzi o ustalanie granic – decyzje o tym, na co pozwolić, a gdzie postawić granicę, powodują niepewność, a nawet lęk. Chcemy, by dzieci mówiły nam o wszystkim, chcemy być wspierające, ale martwimy się, jak to zrobić, żeby jednocześnie nie okazać akceptacji dla złych czy niebezpiecznych zachowań. Nawet dla zwykle pewnych siebie matek jest to czas ciągłych rozterek, wątpliwości i poczucia winy” – piszą prof. Luthar i prof. Ciciolla w podsumowaniu swoich badań*.

Lęk

Kiedy dzieci dorastają, musimy zmierzyć się z różnymi problemami, które czasami przerażają nas samych. Zagrożenia czyhające w internecie, używki, narkotyki, uzależnienia, ryzykowne zachowania, wpływ grupy rówieśniczej, który nie zawsze jest taki, jak byśmy chcieli. I w ogóle cały świat, w który nasze dorastające dziecko coraz dalej i coraz bardziej samodzielnie się wypuszcza, wydaje się nam przepełniony niebezpieczeństwami. Co gorsza, są to takie zagrożenia, których nie możemy w stu procentach kontrolować. To budzi w nas lęk.

Dodatkowo często jesteśmy dla siebie bardzo krytyczni i wymagający. Zamiast wierzyć, że dobrze się spisaliśmy jako rodzice i wypuszczamy w świat rozsądnego i odpowiedzialnego młodego człowieka, bardziej jesteśmy skłonni podważać własne rodzicielskie kompetencje i myśleć, że gdzieś zawaliliśmy, czegoś nie dociągnęliśmy i nasz nastolatek rusza w świat nie do końca dobrze wyposażony. Więc boimy się jeszcze bardziej.

Bezsilność

Pewnego dnia wyszłam z synem na spacer do parku. Mój syn miał wtedy pięć lat i bardzo bał się psów. W pewnej chwili zauważyłam, że w naszą stronę pędzi owczarek niemiecki. Gnał ile sił w łapach wyraźnie kierując się do nas. To były sekundy, niemal bez udziału woli, pchana czystym instynktem zasłoniłam mojego synka sobą. Ale kiedy dziecko dorasta, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo nie wystarczy już nasze działanie, nie wystarczy, że zasłonimy nasze dziecko własnym ciałem. Często nie mamy takiej możliwości.

To, co możemy zrobić, to uczyć naszego nastolatka, jak ma sam się chronić. A to jest kolosalna różnica. „Ja cię chronię” oznacza, że mam wpływ, mogę coś zrobić, „uczę cię, jak się ochronić” oznacza, że nasz wpływ staje się ograniczony, że musimy puścić wodze, zaufać nastolatkowi, że nasze nauki przyjął i wykorzysta, i zaufać sobie, że uczyliśmy go skutecznie. Poczucie niepewności, czasem ocierające się o bezsilność, staje się coraz częstszym doświadczeniem rodziców, gdy dzieci dorastają.

Strata

Wiele zmian, których doświadczamy, gdy dziecko dorasta wiąże się ze stratą. Przede wszystkim musimy zmierzyć się ze stratą… dziecka. Tracę mojego maluszka – jego obecność, jego uwielbienie dla mnie, jego przywiązanie, przytulanie, wiele wspólnych rytuałów. I przeżywam żałobę po tym słodkim uroczym dziecku. Często wcale tego tak nie nazywamy, ale psychologowie zwracają uwagę, że każde rozstanie, każda strata wiąże się z przeżyciem żałoby.

Utrata kontroli

Tracimy także kontrolę. Nie od razu i nie całkowicie, ale bardzo wyraźnie. Coraz częściej nasze prośby, zakazy czy nakazy nie wywołują pożądanego efektu. Młody człowiek coraz więcej decyzji podejmuje bez naszego udziału, czasem wbrew naszym radom. Czujemy, że tracimy wpływ i sprawczości, a to prowadzi do obniżenia poczucia bezpieczeństwa, do frustracji i niepokoju. Nie jest łatwo puścić kontrolę.

Z centrum na peryferia

Kiedy dziecko dorasta, przestajemy być dla niego centrum wszechświata i punktem odniesienia we wszelkich sprawach. Taka detronizacja może wywołać poczucie odrzucenia i wpływać na nasze poczucie własnej wartości. Przestajemy być potrzebni w taki sposób, w jaki dotąd byliśmy, schodzimy, a często jesteśmy strącani z piedestału – przestajemy być ideałami dla dziecka, zdajemy sobie sprawę, że ono już dostrzega nasze ułomności, słabości, widzi nas prawdziwych. To jest konieczne dla rozwoju dziecka, ale też trudne dla rodziców.

Dla nas to jest moment na znalezienie sobie innych źródeł poczucia własnej wartości i akceptacji, u innych dorosłych, w miejscach innych niż dom i dzieci. Jeśli do tej pory nasze życie kręciło się przede wszystkim wokół rodziny i dzieci, to może być trudne wyzwanie. Ale nie niemożliwe do podjęcia. To jest czas na wyjście z domowego kręgu ku własnym zainteresowaniom – tym zaniedbanym w pędzie życia, albo całkiem nowym. Może odświeżymy stare znajomości, a może nawiążemy nowe.

Nasza własna tożsamość

Może też towarzyszyć nam poczucie odrzucenia – nastoletnie dzieci są bardzo krytyczne wobec rodziców, odrzucają to, kim rodzice są, jacy są, jak spędzają czas, odrzucają ich wartości, postawy, kwestionują wszystkie elementy życia rodziców. W ten sposób szukają własnej tożsamości, jednak dla nas ta nieustanna krytyka może być bolesna, może zachwiać naszą tożsamością, tym, w co wierzyliśmy. Ale może być też okazją do tego, byśmy samych siebie zweryfikowali – w co wierzymy naprawdę, a w co tylko z przyzwyczajenia, co jest naprawdę dla nas ważne, a co uznajemy za ważne odruchowo i bezrefleksyjnie.

Kiedy dzieci dorastają i zmieniają się nasze z nimi relacje, pojawiają się również i nam w głowie pytania: kim jestem? co teraz ze mną będzie? co zrobię bez niej / bez niego? jak mam dalej żyć? To jak rozwód po długim małżeństwie. Ale z dziećmi rozstajemy się inaczej. Owszem, opuszczają nas, wyruszają we własną drogę, ale wciąż możemy im w tej drodze towarzyszyć. Tylko już nie jako opiekunowie wyznaczający kierunki i zarządzający całą wycieczką. Nasza relacja z dziećmi się nie kończy, lecz zmienia. Bo dorastające dzieci nadal nas potrzebują tylko inaczej niż dotychczas.

Hormony dopadają nie tylko nastolatka

Dodatkową trudnością w okresie dojrzewania naszych dzieci mogą być nasze własne przemiany hormonalne. U części mam dokładnie wtedy, kiedy ich dzieci przechodzą przez czas dojrzewania zaczyna się okres przedmenopauzalny. Huśtawki hormonów mamy i nastolatka zderzają się ze sobą i niestety nie ułatwiają życia żadnej ze stron. Po pierwsze dlatego, że działanie hormonów przejawia się w dość gwałtownych czasami emocjach, pod wpływem których trudno się dogadać. A po drugie – jak zauważa amerykańska neuropsychiatra doktor Louann Brizendine – u kobiet spada poziom hormonów, które do tej pory ukierunkowywały jej mózg na opiekuńczość, budowanie relacji, unikanie konfliktów i sprawiały, że priorytetem było przetrwanie rodziny i potomstwa. Zmiany hormonalne powodują emocjonalne zawirowania, te zaś mają wpływ na relacje z najbliższymi. No i pojawiają się myśli na temat starości i przemijania.

Koniec znaczy początek

Okres dojrzewania naszych dzieci jest trudny dla nich i dla nas. Często tak bardzo skupiamy się na nastolatkach, że zapominamy przyjrzeć się sobie. Jeśli chcemy dobrze wspierać nasze dzieci, musimy poświęcić uwagę także naszym własnym emocjom, zdrowiu, potrzebom. Musimy poszukać wsparcia i dla siebie. Rozmowy z partnerem, z innymi dorosłymi, spotkania z przyjaciółmi, wsparcie terapeuty mogą nam pomóc. A poszukiwanie i odkrywanie kawałków świata, które nie mają nic wspólnego z dziećmi, ale są dla nas wartościowe i atrakcyjne, to pomoże nam wejść w kolejny etap życia z poczuciem nie tylko, że coś się skończyło, ale też, że coś innego właśnie się zaczyna. Czasem trzeba coś dobrze utracić, by zrobić miejsce na coś nowego.

 

* cytat za: wyborcza.pl „Depresja poporodowa z opóźnionym zapłonem”, https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21387889,depresja-poporodowa-z-opoznionym-zaplonem.html

 

autorka: Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, blogerka, dziennikarka, mama Marysi i Tymona. Pasjonatka dobrej edukacji – tropi edukacyjne nowinki i nowoczesne pomysły, pisze o tym, co można zrobić, by edukacja dorosła do wyzwań XXI wieku, angażuje się w różnorodne działania na rzecz lepszej edukacji oraz wsparcia rodziców w realizacji ich wyzwań. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Najlepiej odpoczywa odwiedzając ciekawe miejsca z rodziną i doświadczając świata wspólnie z mężem i dziećmi.