Magdalena Dygała od dwudziestu lat uczy języka angielskiego w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 7 w Radomiu. W tym roku nominowano ją do finałowej pięćdziesiątki Global Teacher Prize, nagrody ufundowanej przez Fundację Varkeya dla najbardziej inspirujących nauczycieli na świecie.

 

Wojciech Musiał: W połowie grudnia dotarła do nas wiadomość, że znalazła się pani w gronie pięćdziesięciu finalistów tegorocznej edycji Global Teacher Prize. Jak na tę wiadomość zareagowali pani uczniowie?

Magdalena Dygała: Tego ranka, gdy weszłam do szkoły, zobaczyłam dziki, wiwatujący tłum biegnący w moim kierunku, a potem wszyscy zaczęli mnie ściskać. Lepszego przywitania nie mogłam sobie wyobrazić.

Proszę się pochwalić, za co ta nominacja.

Nie jest łatwo chwalić się własnymi osiągnięciami, ale spróbuję. W mojej pracy zależy mi przede wszystkim na tym, żeby zmotywować uczniów do nauki. Gdy rozpoczynamy pracę z dziećmi, to często nie znamy ich talentów, nie wiemy z których przedmiotów są dobrzy i które z ich umiejętności powinniśmy szczególnie rozwijać, dlatego na początku roku szkolnego staram się zorganizować rodzaj quizu, dzięki któremu lepiej poznaję moich uczniów. Staram się poznać ich zarówno w klasie jak i poza nią – bo przecież gdy nie jesteśmy wychowawcą, to nie wiemy, jakie mogą mieć problemy poza szkołą. A problemy pozaszkolne mają bezpośredni wpływ na to, jak funkcjonują w szkole.

A poza tym staram się w taki sposób prowadzić lekcje, żeby uczeń czuł się swobodnie, tak jak w domu. Tematem mojej pracy magisterskiej była Sugestopedia, metoda nauczania, w której wykorzystywana jest właśnie miła atmosfera w klasie, sala lekcyjna jest kolorowa, dużo się w niej dzieje, poza tym nauczyciel operuje przyjaznym głosem, a w czasie lekcji obowiązuje swoboda zachowania. Gdy zaczęłam pracować w szkole, starałam się jak najwięcej tych założeń zastosować w praktyce.

Kolejna rzecz to wykorzystywanie nowoczesnych technologii, jako że żyjemy w czasach smartfonów, tabletów. No i wreszcie rozwijanie w dzieciach umiejętności pozajęzykowych, które mogą się im przydać w dorosłym życiu.

Ale pani „znakiem firmowym” jest udział w przeróżnych projektach międzynarodowych.

Rzeczywiście robię ich dużo. Jednym z nich jest projekt PEACE organizowany przez studencką organizację AIESEC przy warszawskiej SGH, w którym braliśmy udział jedenaście razy. W jego ramach do naszej szkoły co roku przyjeżdżała grupa studentów – wolontariuszy, którzy w ciągu tygodniowego pobytu mieszkali u uczniów, uczestniczyli w życiu szkoły i prowadzili prezentacje na temat swoich krajów, oczywiście po angielsku. Uczniowie mieli żywy kontakt z językiem i pokonywali strach przed mówieniem. A przy okazji była to nauka tolerancji, bo odwiedzali nas ludzie z najodleglejszych krajów świata i o wszystkich kolorach skóry. Poza tym wielu uczniów naszej szkoły nigdy nie miało okazji pojechać za granicę, a dzięki temu programowi mieli kontakt z innymi nacjami. Niesamowita przygoda, którą żyła cała społeczność szkolna. Dowiedzieliśmy się, że w Japonii istnieje zawód upychacza ludzi w metrze, piliśmy yerba mate, tańczyliśmy tango – wszystko to nie ruszając się z Radomia.

Prowadzę też projekty eTwinning, np. w tym roku rozpoczęłam projekt dotyczący cyberprzemocy, w ramach którego współpracujemy z różnymi krajami Europy. Natomiast najbardziej lubianym przez moich uczniów projektem jest „Tajemnicza rozmowa Skype”*. Łączymy się z pewną klasą gdzieś na świecie, a uczniowie po obu stronach komputera za pomocą pytań muszą odgadnąć, skąd pochodzą ich rozmówcy. A potem rozmawiamy, śpiewamy piosenki, a często później zakładamy zamkniętą grupę na Facebooku, dzięki której współpraca możliwa jest przez naprawdę długi czas i przebiega również poza klasą.

Każdy z tych projektów przełamuje schemat nauki języka z podręczników, zamiast tego dzieci uczą się poprzez kontakty z rówieśnikami i rozmowy o ważnych i ciekawych sprawach. Nauka języka z podręcznika jest dla dzieci czystą abstrakcją, one nie rozumieją, po co mają to robić, co z tego będą miały, w jaki sposób może się to przełożyć na realne korzyści. A pani pokazuje dzieciom praktyczną wartość języka i w ten sposób wzbudza w nich motywację wewnętrzną do jego nauki.

Ja doskonale pamiętam, gdy sama uczyłam się angielskiego. Gdy przygotowywałam się do egzaminu na studia, nie potrafiłam się w ogóle odezwać. Strach przed mówieniem był ogromny również w czasie pierwszego roku. Byłam jednym z najbardziej nieśmiałych studentów, siedziałam z boku, czekałam aż ktoś inny coś powie i drżałam, żeby mnie nikt o nic nie zapytał. Przełamywałam tę barierę w kolejnych latach, ale było mi bardzo trudno. Taka bariera pojawia się między innymi dlatego, że dzieci nie mają możliwości swobodnej rozmowy w czasie nauki. Moje osobiste doświadczenia przełożyły się na to, jakim nauczycielem jestem w tej chwili.

Jest też pani pasjonatką zawodu nauczyciela, prawda?

Zawsze chciałam uczyć i dzielić się moją miłością do języka angielskiego.

A tymczasem w Polsce często dzieje się tak, że jeśli młody człowiek nie za bardzo wie, co chce w życiu robić, to idzie na studia pedagogiczne i zaczyna uczyć w szkole. Nie jest nauczycielem z powołania, ale z negatywnej selekcji. I to się potem odbija na jakości nauczania. A o tym, jak ważna jest osobowość nauczyciela, świadczą chociażby wspomnienia ludzi. Ktoś został pisarzem, bo miał znakomitego nauczyciela polskiego, ktoś inny inżynierem, bo nauczyciel z pasją zaraził go miłością do matematyki.

Moim przepisem na dobrego nauczyciela jest połączenie pasji z wyobraźnią. Wszystkie projekty, które organizuję, związane są właśnie z moją wyobraźnią. Uwielbiam spędzać czas spacerując, jeżdżąc na rowerze czy nartach. I właśnie w momentach aktywności fizycznej rodzą mi się kolejne pomysły.

Niesamowita historia przydarzyła mi się pewnego dnia w roku 2014, gdy późnym popołudniem wypiłam filiżankę kawy. To było w centrum zabaw dla dzieci, w którym bawił się mój syn, a ja na niego czekałam. Piątek, około 19:00, nagle podchodzi do mnie kuzynka, której nie widziałam wiele lat. Padamy sobie w ramiona, zaczynamy rozmawiać i ona namawia na kawę. Początkowo chciałam odmówić, bo nie pijam kawy o tej porze, ale w końcu się zgodziłam. A gdy wróciłam do domu, oczywiście w ogóle nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, aż w końcu zapaliłam lampkę i sięgnęłam po książkę ze stolika nocnego – podręcznik do nauki angielskiego. I wtedy przypomniało mi się, że jest taki konkurs, w którym trzeba nakręcić krótki film o tym, jak podręcznik może zmienić życie ucznia i nauczyciela. Błądziłam wzrokiem po spisie treści i nagle w jednym momencie spłynął na mnie pomysł na scenariusz. W poniedziałek w szkole przedstawiłam dzieciom pomysł i dopracowaliśmy szczegóły. A wkrótce potem nakręciliśmy film, który zajął pierwsze miejsce na świecie.

Wtedy zrozumiałam, że projekty wideo to może być klucz do nauki. Zauważyłam, jaki entuzjazm towarzyszył powstaniu filmu, jakie zaangażowanie. Postarałam się, żeby każdy uczeń był wciągnięty w realizację. Ktoś, kto gorzej radził sobie z językiem, świetnie potrafił rozrysować sceny. Ktoś fajnie zaśpiewał, ktoś okazał się dobrym aktorem itd. To była praca zespołowa, która oprócz umiejętności językowych rozwijała też cały szereg innych kompetencji przydatnych w ich przyszłym życiu zawodowym.

Nagrodą był wyjazd do Exeter College w Oxfordzie, w którym, jak się okazało, nakręcono wiele scen do filmu o Harrym Potterze, a przecież nasz film też opierał się na tej postaci. Mieszkać tam to było niesamowita sprawa. A przy okazji poznałam kilkudziesięciu nauczycieli z całego świata, z którymi cały czas utrzymuję kontakt.

Kim są pani uczniowie? Z jakich pochodzą środowisk?

Uczę w Zespole Szkół nr 7 w Radomiu. To jest szkoła, do której dzieci przychodzą na ogół z bardzo niską znajomością angielskiego. Nie potrafią pisać i czytać po angielsku, nie potrafią mówić. To dla nas wyzwanie i ogrom pracy do wykonania, ale i wielka satysfakcja, gdy dziecko robi postępy. Mam teraz uczennicę z domu dziecka, która nie potrafiła kompletnie nic. Po roku nauki widzę postępy, ale przede wszystkim to, że jej się chce uczyć. Dziewczyna powiedziała mi, że moje metody pracy zachęciły ją do nauki języka. I dla mnie to jest największy sukces, większy od wygrywania konkursów. Uwielbiam moją szkołę i drżę, bo jej istnienie jest zagrożone. Gdy zlikwidowane zostaną gimnazja, samo liceum może się nie utrzymać. Wtedy będę musiała poszukać nowej pracy.

A gdyby wygrała pani milion dolarów czyli nauczycielskiego Nobla?

To przede wszystkim zaopiekowałabym się uczniami z mojej szkoły, tymi, którzy pochodzą z biedniejszych rodzin. Wielu z nich to uzdolnione dzieci, ale nie stać ich na kontynuowanie edukacji na studiach. Chciałabym umożliwić im studiowanie na uczelniach poza Radomiem oraz na rozwijanie ich pasji i zainteresowań.

Chciałabym też pomóc pewnej szkole w Afryce, z którą nawiązałam kontakt poprzez konkurs „Dzień z życia ucznia”, który zorganizowałam. To jest szkoła, w której jedna klasa liczy dwieście pięćdziesięcioro dzieci, wiele z nich głoduje.

Mam też nadzieję, że nominacja do finału Global Teacher Prize i rozgłos, który jej towarzyszy, przyczyni się do ocalenia mojej szkoły.

To jest paradoks, że finalistka nauczycielskiego Nobla może stracić pracę… Życzę więc pani nie tylko wygranej, ale przede wszystkim stabilności zawodowej.

Bardzo dziękuję.

 

* Mystery Skype – więcej na ten temat pisaliśmy tutaj: Skype w klasie – 6 powodów, by zacząć go używać (plus jeden, by zacząć od razu)

 

Czytaj też:

Polska nauczycielka w finale Nauczycielskiego Nobla 2018

 

 

Kontakt z żywym językiem jest najważniejszy – rozmowa z Magdaleną Dygałą, finalistką Global Teacher Prize 2018
5 (100%) 1 głosów