Halloween nie ma w naszym kraju takiej skali, jak za oceanem, ale dynie i upiorne kostiumy z przymrużeniem oka nikogo raczej nie dziwią, choć nie wszystkim się podobają. Co roku w październiku w sklepach pojawia się dyniowo-upiorny asortyment dekoracji, słodyczy, strojów i masek. A w social mediach rozkwita dyskusja pomiędzy tymi, którzy uważają, że Halloween to zło importowane z Ameryki, które odwróci uwagę młodych od naszego tradycyjnego polskiego dnia Wszystkich Świętych, a tymi, którzy uznają, że ma ono swoje własne miejsce w kalendarzu, jest raczej festynem i zabawą niż świętem i nikogo do piekła nie prowadzi.

Co bardziej dociekliwi, którym chce się podrążyć temat kulturowo i historycznie, mogą się dowiedzieć, że Halloween nie jest tak całkiem amerykańskie. Święta duchów, które się obłaskawia, lub zwodzi różnymi trickami, żeby nie robiły krzywdy żyjącym, i z którymi żywi kontaktują się na różne sposoby, to tradycja starsza niż kultura USA, obecna w Europie na długo przed Kolumbem i europejską inwazją na północnoamerykański kontynent.

Nie musimy brać udziału w tej narodowej debacie nad wyższością znicza nad dynią. Jeśli jednak jesteśmy rodzicami, prędzej czy później na użytek własny oraz naszych dzieci będziemy musieli jakoś się opowiedzieć: bawimy się w Halloween, czy nie.

Nie powiem Wam, co jest lepsze. Mogę jednak podzielić się własnym podejściem, które w naszej rodzinie zaakceptowali wszyscy.

My się w Halloween bawimy. Uznaliśmy, że Halloween to świetna okazja, by się spotkać całą rodziną, a nawet międzyrodzinnie – z przyjaciółmi – i porobić coś razem. W epoce ciągłego braku czasu i dyktatury obowiązków nad przyjemnościami, Halloween stało się dniem spotkań i wspólnych aktywności. Z roku na rok, w miarę jak dzieci rosną, zmieniają się formy zabawy. Drążymy dynie, zanurzając ręce w ciapowatym miąższu. Dzieci wycinają w nich otwory według własnych pomysłów, dumne z samodzielnego posługiwania się nożem. Przyrządzamy pyszną zupę dyniową, zapiekankę z dyni i dynię z farszem. Są przebieranki – peleryna uszyta naprędce ze starego t-shirta taty, kapelusz czarownicy, maska czarnego kota i świecące włosy. Są też upiorne makijaże – początkowo dosłownie upiorne mazaje na twarzy, teraz, kiedy dzieciaki są nastolatkami stały się prawdziwymi popisami kreatywności. Robimy też spacer po osiedlu, wypatrując domów z wyeksponowanymi dyniami – bo to znak, że tu można liczyć na cukierki.

– Jak dobrze, że przyszliście! Mój synek już dwie godziny czeka, żeby kogoś wystraszyć swoją maską! – ucieszył się pewnego razu jeden z sąsiadów i obsypał nasze dzieci górą słodyczy.

Halloween to nie nowa religia, ani inwazja obcego święta. To u nas przede wszystkim zabawa. Nie nazywam tego dnia świętem, tak jak nie mówię, że świętem jest Sylwester. To dzień zabawy, okazja do pobycia niepoważnym. W niczym nie przeszkadza, żeby nazajutrz pójść na cmentarz, zamyślić się, wspomnieć tych, którzy już odeszli.

31 października drążymy dynie, 1 listopada wyjmuję zakurzone albumy fotografii i oglądam z dziećmi podobizny przodków. Przywołuję wspomnienia o tych, którzy już nie żyją i dzielę się nimi z dziećmi. Opowiadam im o mojej babci, którą pamiętam, jako niezwykłą kobietę, która nigdy nie oceniała innych i ceniła każdy dzień życia. O dziadku, z którym przez okno wpatrywałam się w deszcz, śpiewał mi piosenkę, a duży pies leżał u jego stóp. O drugim dziadku, który spędzał ze mną całe godziny rysując, słuchając muzyki, bawiąc się w sklep. Pozwalał mi układać swoje cenne znaczki w klaserze. Wyjmuję z biblioteczki pożółkły maszynopis – to rodzinne opowieści, które dziadek zbierał przez lata.

Kultura nie jest skostniałą konstrukcją, lecz żywym organizmem. Zmienia się, ewoluuje, pożycza obyczaje i dzieli się swoimi, przetwarza je, nadaje im nowe sensy. Halloween przyszło do nas, jak kiedyś przybyła choinka na Boże Narodzenie. Tradycje, które dziś wydają nam się “nasze”, polskie, chrześcijańskie, często wywodzą się z kultur innych narodów lub z obyczajów pogańskich.

Moje zadanie, to pokazać dzieciom znaczenie tego co i jak świętujemy. Nauczyć je odnajdowania sensu i nadawania znaczeń, budowania własnej tożsamości nie ze strachu, lecz z refleksji i świadomości siebie i innego. Pokazać im, że nie trzeba szukać wroga, by wiedzieć, kim się jest.

Zło nie czai się we wnętrzu dyni. Jedynym miejscem, gdzie może się zagnieździć, jest ludzki umysł pozbawiony empatii, zamknięty na to, co “inne”, zatruwany lękiem i nienawiścią.

autorka: Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, blogerka, popularyzatorka wiedzy o edukacji i rozwoju dzieci i młodzieży, prezeska Fundacji Rozwoju przez Całe Życie, mama dwójki nastolatków. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Popularyzuje nowoczesne pomysły edukacyjne, angażuje się w działania na rzecz lepszej edukacji. Miłośniczka książek, również tych dla dzieci i młodzieży. Najlepiej odpoczywa odwiedzając ciekawe miejsca i doświadczając świata wspólnie z mężem i dziećmi.