Dzieci morze i jacht – wypływamy w trzymiesięczny rejs

Po godzinie siedemnastej lądujemy w Cairns, północno wschodniej części Australii. W tropiku słońce zachodzi szybko i już o dziewiętnastej jest ciemno, więc pozostało nam niewiele czasu, żeby przed zmrokiem dostać się na jacht, który cumuje przy palach na drugiej stronie rozlewiska.

Z australijskiego lotniska jednak nigdy nie jest łatwo nam się wyrwać. Obowiązujące przepisy kwarantanny są bardzo restrykcyjne, musimy więc zgłosić lekarstwa oraz spory zapas liofilizowanej żywności, co wiąże się ze szczegółową kontrolą naszych bagaży. Kluczowe są dwie zasady. Nie wolno wwozić żadnej świeżej żywności, a każdą inną należy zadeklarować i pokazać. Mam wrażenie, że zawartość naszych bagaży różni się od innych przybyłych. Wszystkie pięć walizek mamy wypełnione do granic możliwości, każda dobija limitu trzydziestu kilogramów. Są w nich prześcieradła, poduszki, maszyna do pieczenia chleba, kamizelki asekuracyjne, pianki, kołowrotki, jedzenie, dużo książek, pompowana deska SUP (Stand Up Paddle) i wiele dziwnej elektroniki. Każdy element bagażu został szczegółowo przemyślany i zaplanowany.

Przybywamy do mariny

Taksówką jedziemy do mariny – przystani portowej. Owiewa nas parne i wilgotne powietrze, oszałamiająco pachnące zielenią. Dzieci przypominają sobie coraz więcej szczegółów z poprzednich wypraw. Dziewięcioletnią Stasię i ośmioletniego Jack’a czeka już szósty taki rejs u wybrzeży Australii, a pięcioletni Toboma po raz czwarty przyleciał na Antypody. W marinie czeka na nas szesnastoletni syn przyjaciół. Manu ma już swój jacht, który kupił za wypracowane pieniądze i który samodzielnie wykańcza. Zostawiając panów i dzieci pędzę jeszcze do sklepu kupić wodę, chleb i kilka owoców. Manu pożyczył od rodziców drugą motorówkę – bączek, więc udaje nam się zmieścić ze sto pięćdziesięcioma kilogramami bagażu. W jednej motorówce płynie Mariusz z Jack’iem, a w drugiej prowadzonej przez nastoletniego Australijczyka ja z Tobusiem i Stasią. Kiedy mijamy główki portu, jest już zupełnie ciemno.

Jeszcze wczoraj dzieci były w szkole w zimowej Polsce, a teraz smagane wiatrem, zapięte w kamizelki asekuracyjne, z latarkami na czołach, przemieszczają się nocą w krainie krokodyli. Mijamy wiele jachtów zakotwiczonych naprzeciw miasta i po dziesięciu minutach docieramy do Talavery. To nasz jedenastometrowy jacht, którym od prawie dwudziestu lat penetrujemy wody Południowego Pacyfiku. Poprzednim razem pływaliśmy przez pół roku, teraz przed nami trzymiesięczny rejs. Talavera wygląda tak, jak zostawiliśmy ją dwa lata temu. Manu przetarł kurze przed naszym przybyciem, ale wszędzie czuć wilgoć. Właśnie dlatego w torbach mamy zapakowane prześcieradła, poduszki i poszewki na kanapowe obicia, żeby już od pierwszej nocy zamieszkać w przyjaznym wnętrzu. Dzieci nie mogą nacieszyć się z rozpoczynającej przygody i dzielnie pomagają mi w rozpakowaniu bagaży.

Niestety, pomimo sprawnego silnika nie możemy odpłynąć, bo śruba napędowa o coś zahacza. Rano Mariusz nurkuje i okazuje się, że spadła nakrętka i dlatego śruba jest luźna. Jesteśmy uziemieni… na wodzie. Nie mamy jak kupić nakrętki i jedzenia, które szybko się kończy. Kolejnego ranka pomoc proponuje mężczyzna z jachtu cumującego w pobliżu. Przywozi nam jedzenie i płynie do kolejnych łodzi zebrać nakrętki – może któraś będzie pasowała. Mariusz nurkuje ponownie i zabezpiecza śrubę. W końcu po dwóch nocach od przylotu dopływamy jachtem do mariny.

Cairns

Cairns to typowo turystyczne miejsce. Miasto koncentruje swoje atrakcje wokół portu, skąd każdego dnia wypływa kilkanaście jednostek na pobliskie rafy koralowe. W odległości około pięćdziesięciu kilometrów znajdują się dwie wyspy z ośrodkami turystycznymi i wiele raf, niektóre z malutkimi piaszczystymi łachami. Turyści mają do wyboru szeroką ofertę: od całodziennych po kilkudniowe wypady na rafę, od snorkelingu, czyli nurkowania z ABC, po nurkowanie z butlami, od podróży szybkim promem dwukadłubowym, po rejs żaglowym jachtem. Niektóre oferują nawet trzy miejsca nurkowe w ciągu jednego dnia!

Lubimy oglądać ten poranny zamęt w marinie. Turyści meldują się na jednostkach z wykupionymi wcześniej biletami. Załogi uzupełniają prowiant, wodę i paliwo, a potem słychać wiwatujące okrzyki z pokładów przekraczających główki portu.

My natomiast przez ponad tydzień koncentrujemy się na przyziemnych zadaniach. Mycie, szorowanie, pranie, naprawy i zakupy, które polegają na znoszeniu kilku razy dziennie kolejnych porcji prowiantu i układaniu ich w jachtowych schowkach zwanych bakistami.

To również spokojny czas aklimatyzacji, czyli przestawienia się na życie „do góry nogami”. Druga półkula, dziewięć godzin różnicy czasu, czterdzieści stopni różnicy w temperaturze powietrza, ogromna wilgotność i inne smaki. Najpierw umysł, a potem nasze zmysły i organy ciała muszą przetrawić te informacje. W końcu jesteśmy gotowi, by rozpocząć przygodę na rafie.

Wypływamy na trzymiesięczną włóczęgę

Od tej chwili nie mamy konkretnych planów, a na decyzje główny wpływ ma pogoda, czyli przede wszystkim siła i kierunek wiatru. Naszą bazą jest Wyspa Fitzroy i w jej kierunku zaczynamy rejs. Po pięciu godzinach żeglugi rzucamy kotwicę w zacisznej zatoczce. Dinghy, czyli niewielka motorówka, jest od teraz dla nas jak samochód. Przez trzy miesiące to nią przemieszczamy się między jachtem a wyspami i rafami. Gdy pogoda nam pozwala, to żeglujemy na wysuniętą bardziej w morze rafę koralową lub na niewielkie piaszczyste wysepki. Nasza ulubiona to Vlasoff Cay. Podczas odpływu jest wielkości boiska do tenisa, a kiedy jest przypływ, to skrawek lądu kurczy się do wielkości szkolnej klasy. Nie ma na niej żadnego drzewa, żadnej roślinki. To sam piasek na środku morza, który nazywamy naszą prywatną piaskownicą.

Codziennie staramy się nurkować. Nie z butlami, a z tak zwanym ABC: maską rurką i płetwami. Woda ma tu temperaturę trzydziestu stopni Celsjusza, ale nigdy nie zanurzamy się w niej tylko w strojach kąpielowych. Kombinezon z lycry zasłaniający całe ciało to niezbędny element ubrania. Chroni bowiem przed meduzami, które w tych wodach mają śmiertelnie parzące macki.

Pod wodą spotykamy wiele morskich stworzeń: ogromne płaszczki, kolorowe ryby, rozgwiazdy, żółwie, ogórki morskie, a także rekiny. Te ostatnie przypływają najczęściej, gdy Mariusz upoluje coś na obiad harpunem. Krążą wokół, mając nadzieję na zwędzenie nam łupu. Najczęściej widujemy typowo rafowe rekiny: z czarną lub białą plamą i szarego, ale czasem spotykamy tygrysiego lub młota. Cała trójka dzieci dobrze pływa i nurkuje, ale to chłopcy są najbardziej zafascynowani podwodnym światem.

Wielka Rafa Koralowa

Wielka Rafa Koralowa to największa żywa struktura na ziemi. Rozciąga się na przestrzeni ponad 2300 kilometrów wzdłuż północno wschodniego wybrzeża Australii i ponoć widoczna jest gołym okiem nawet z kosmosu. Zamieszkuję ją tysiące przeróżnych form organizmów żywych. Większość z zaciekawieniem obserwujemy, ale część zapewnia nam zdrowe posiłki. Poza rybami jadamy kalmary, kraby, homary i ośmiornice. Poza tym, co upolujemy, mamy zapas świeżych warzyw i owoców na jachcie, jak również suchą żywność. Niewielka lodówka nie pozwala na zabranie dużej ilości świeżych produktów, a do miasta na zakupy staramy się wracać nie częściej niż co trzy – cztery tygodnie. Wymaga to dobrego gospodarowania zapasami, a także umiejętnego planowania zarówno zakupów, jak i później codziennych posiłków.

Życie codzienne na jachcie

To nie jedyne różnice z domowym życiem. Powierzchnia wewnątrz naszego jachtu to około dwudziestu metrów kwadratowych części mieszkalnej. Na takiej przestrzeni jemy, gotujemy, śpimy, bawimy się, pracujemy i uczymy. Życie na jachcie uczy porządku i odpowiedzialności. Tu nie ma miejsca na niefrasobliwość. Klocek lub inna zabawka, która podczas przechyłu sturlałaby się pod otwartą właśnie klapę silnika, który umiejscowiony jest pod głównym stołem, mogłaby spowodować awarię, a w konsekwencji utratę bezpieczeństwa.

Jednak to nie z tego powodu na pokładzie mamy tylko pojedyncze zabawki. Okazuje się, że bez dostępu do telefonu, telewizora i gier kreatywność dzieci znacznie wzrasta. Na pokładzie pojawiają się huśtawki na linach, jest studio tatuażu, szachy nazywane się najfajniejszą grą, a odrysowywanie rekinów z książki o rybach najciekawszym zajęciem nawet dla chłopców, którzy w domu nie lubią rysować. W ruch idą elastyczne bandaże, które zapewniają zabawę w oddział szpitalny. Kocie pazury, czyli przekładanie linki w różnych konfiguracjach między dłońmi dwóch osób to kolejna gra, o której w domu nikt nie pamięta.

Nie możemy też zapominać o nauce. Systematyczność to podstawa, dlatego codziennie po śniadaniu realizujemy szkołę. Najczęściej zajmuje nam to godzinę. Ze Stasią przerabiamy trzecią, z Jack’iem drugą klasę, a z Tobusiem zerówkę. Nie zawsze nam się chce, ale dzięki regularności, pozostałą część dnia mamy wolną. Życie na jachcie z dziećmi to doskonała okazja do bliskości, która w codziennym domowym życiu często nam umyka. To dzielenie pasji, ale też lęków i ekstremalnych emocji. A później, kiedy po kilku miesiącach stopy wracają na nieruchome podłoże, kiedy każdy zasypia w wygodnym łóżku, naczynia można myć słodką wodą i stolik nie buja się podczas odrabiania lekcji, życie wydaje się łatwiejsze i ciekawsze, a świat niczym nieograniczony.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Monika Bronicka – podróżniczka i żeglarka. Reprezentantka Polski na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney 2000 i Atenach 2004. Mama trójki dzieci. Rzeczoznawca majątkowy i właścicielka szkółki żeglarskiej. Autorka książki dla dzieci „Przygoda na rafie” oraz bloga www.przygodanarafie.com

 

 

W poprzednim odcinku:

Dzieci, morze i jacht

 

Dzieci morze i jacht – wypływamy w trzymiesięczny rejs
Możesz ocenić ten artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *