Nie naucza swoich uczniów, lecz towarzyszy im w procesie nauki. Mówi, że wcale nie trzeba uczyć wszystkich tego samego w tym samym czasie i w taki sam sposób. Nie podkreśla błędów w klasówkach – wyróżnia mocne strony uczniów, a nad błędami po prostu pracują, bo błąd jest naturalnym etapem nauki. Anna Szulc – nauczycielka matematyki w I Liceum Ogólnokształcącym w Zduńskiej Woli – opisuje dla Juniorowa swoje podejście do edukacji, do uczniów i do siebie jako nauczyciela.

Nauczyciel, który naucza, czy nauczyciel, który towarzyszy w procesie uczenia się

Proces nauczania uczniów był podstawą pruskiego modelu szkoły, w której jedynym źródłem wiedzy był nauczyciel i książka. Tak było, kiedy powstawała instytucja szkoły, kiedy postęp gospodarczy stwarzał konieczność edukowania społeczeństwa, by ludzie, którzy nigdy tego wcześniej nie robili, obsługiwali maszyny, urządzenia, by pracowali w biurach i urzędach. Chodziło też o bezpieczeństwo, dlatego takie ważne było to, by uważnie słuchać co mówi nauczyciel, odtwarzać wyuczone treści. Przez wiele dziesiątków lat utrwalono ten model edukacji. 

Przez ostatnie sto lat świat bardzo się zmienił, jednak warunki, w których uczą się uczniowie, pozostały właściwie niezmienione. Najczęściej tak, jak przed stu laty uczniowie siedzą w ławkach, słuchają tego, co mówi nauczyciel, mają zapamiętywać podane treści, z których są odpytywani, zdają testy, kartkówki, egzaminy.

Moi uczniowie nie są nauczani, moi uczniowie się uczą, a ja im w tym towarzyszę.

Nie ma potrzeby, by w czasach, kiedy praktycznie każdy telefon zawiera ogromną wiedzę, nauczać uczniów. Oni żyją i żyć będą w czasach cyfryzacji i w moim przekonaniu nauczyciel nie może tego nie brać pod uwagę. Tym bardziej nie może tych faktów kwestionować. Aby dostosować warsztat pracy do warunków XXI wieku, edukację opartą na „pruskim drylu” i metodach „ex cathedra” zastąpiłam edukacją empatyczną, opartą o zasady dobrej komunikacji i budowania dobrych relacji. To najważniejsza różnica pomiędzy tradycyjną edukacją, a tym, co ja oferuję swoim uczniom.

Personalizacja procesu nauczania

Każdy uczeń jest inny, inna jest każda klasa, nie ma uniwersalnych metod, dlatego dziś nie indywidualizuję procesu uczenia się uczniów, ale personalizuję. To oznacza, że staram się dostosować do możliwości i potrzeb każdego ucznia. Wymaga to staranności w doborze zarówno treści, jak i formy współpracy.

Nie ma potrzeby, ani też możliwości, by wszystkich uczniów nauczyć w tym samym czasie, tego samego. To jest tak, jakbyśmy posadzili w dziesięciu doniczkach dziesięć nasion z tego samego zbioru w tych samych warunkach i jednakowo je podlewali, pielęgnowali. Nigdy wszystkie jednocześnie nie będą rosły w takim samym stopniu, ale czy jeśli któraś roślina rozwinie się później, to znaczy, że gorzej? Tak jest z procesem uczenia się i dziwić tylko może, że jesteśmy skłonni uznawać te fakty wtedy, gdy dziecko jest małe, gdy się uczy mówić, chodzić, a gdy idzie do szkoły, to już nie. A tu przecież tak samo „uczy się” i nie ma potrzeby porównywać czy lepiej, czy gorzej, czy szybciej, czy wolniej od innych.

Personalizacja procesu uczenia daje mi bardzo dobre rozeznanie, co dla ucznia jest trudne, co sprawia, że potrzebuje on więcej czasu, by materiał przyswoić. Wiem też, czego uczeń potrzebuje i jakie są jego możliwości.

Ocena nie musi być powodem stresu

Ocena szkolna jest cyfrowym wyrażeniem osiągnięć ucznia, ale nie ma potrzeby, by była powodem do krytyki, do porównań. W sposobie oceniania, który stosuję, staram się „łapać” ucznia, na tym, co umie. To, czego nie umie, co sprawia mu trudności, staje się polem do współpracy, nie tylko z nauczycielem, ale też z koleżankami i kolegami w klasie.

Moi uczniowie piszą pracę w jednej grupie, ale mogą nie przyjąć oceny, którą otrzymali, mogą poprawiać prace pisemne. Uczniowie mogą również „zaliczać” wiedzę wykonując lapbooki, krzyżówki, pisząc piosenki czy wiersze, czy też pisząc pracę z samodzielnie zaproponowanych zadań. Zależy mi na tym, by nauka dla moich uczniów była przyjemnością, dawała im poczucie sprawstwa, a nie była powodem stresu, okazją do oszukiwania, albo co gorzej, powodem do znienawidzenia przedmiotu. 

Błąd to naturalny etap procesu uczenia się

Uczeń to człowiek, a kto z ludzi lubi, by mu wytykać błędy? Czy wskazywanie, podkreślanie błędu jest metodą służącą człowiekowi? Nauczono nas, że błąd jest tym, czego należy unikać, a nawet się wstydzić. Co gorsza, nauczono nas porównywać to, co osiągamy z osiągnięciami innych ludzi. Przez wiele lat też tak postępowałam, ale zaczęłam dostrzegać w błędzie szansę rozwoju, normalny etap procesu uczenia się. 

To, czego uczymy w szkole przenosimy w swoje życie dorosłe, staje się to metodą postępowania z innymi ludźmi. Efektem naszego skupiania się na błędach jest dzisiejszy świat, w którym błąd jest dla wielu ludzi okazją do dyskredytowania drugiego człowieka, a z drugiej strony powodem kompleksów i wstydu. Prowadzi to do zachowań destrukcyjnych, konfliktów, zachowań agresywnych, ale też lęków, depresji, nie wyłączając samookaleczeń, prób samobójczych.

Zadania domowe nie są niezbędne

Przed kilkoma laty zaczęłam wycofywać się z zadawania prac domowych. Jednym z powodów było to, że o ile wcześniej sposobem na posiadanie pracy domowej było odpisanie od koleżanki, czy kolegi, o tyle od kilku lat wystarczy wpisać w google zbiór i numer zadania, a potem przepisać rozwiązanie. Odkąd za brak pracy domowej w mojej klasie przestała grozić ocena niedostateczna, wprowadziłam tabelę, gdzie wpisywałam daty, kiedy uczniowie prac nie wykonywali. Brak wykonania pracy domowej zgłaszali coraz częściej i zdarzało się że z góry zakładali, że nie będą prac wykonywać i do końca pobytu w szkole wpisywałam kreskę. Oczywiście byłam pełna obaw o to, jak się to przełoży na efekty nauki. Okazało się jednak, że nie miało to wpływu na wyniki zarówno prac pisemnych, jak i matur. Zaczęłam również wprowadzać dowolność w doborze arkuszy i zadań przygotowujących do matury. Efekt jest taki, że uczniowie od początku lekcji, a nawet już na przerwie zaczynają pracować, by efektywnie wykorzystać czas, możliwość współpracy koleżeńskiej i z nauczycielem.

Od kilku lat moi uczniowie już nie mają obowiązku wykonywania prac domowych, ale sami przyznają, że wielokrotnie nie mogą się „oderwać” od wykonywania zadań, robią to z własnej woli i sprawia to im przyjemność. 

Jeśli mam wyrazić swoje zdanie na temat prac domowych, to przede wszystkim nie uważam, że dom ma być filią szkoły. Przecież my, dorośli nie godzimy się na to, by obowiązki służbowe przenosić do domu kosztem rodziny, kontaktów koleżeńskich, zainteresowań, czy też odpoczynku. Problemem tutaj jest, w moim przekonaniu, potrzeba wielu rodziców, którzy oczekują, czasem wręcz wymuszają zadawanie prac domowych swoim dzieciom. Natomiast dla dziecka, które interesuje się danym przedmiotem, praca domowa może być przyjemnością, możliwością rozwoju, wyborem i odpowiedzialnością za swoje wybory.

Misją szkoły nie jest realizacja podstawy programowej

W moim rozumieniu, uczenie się przedmiotu nie jest realizacją podstawy programowej. Każdy uczeń jest kimś innym, a szkoła nie powinna być miejscem formatowania uczniów „na wzór i podobieństwo”. Poza tym, znam bardzo wiele przypadków, kiedy uczniowie mający oceny dostateczne, doskonale sobie radzą w dalszej edukacji, czyli nie zrealizowanie podstawy programowej, tylko stworzenie warunków nauki, rozwoju, zdobywania kompetencji jest powodem i szansą sukcesu możliwości korzystania ze zdobytej wiedzy i przygotowaniem nie tylko do dalszej nauki, ale do życia w społeczeństwie.

Uczymy się od pierwszych chwil swojego życia i przez całe życie. Szkoła jest epizodem w edukacji człowieka.

Uważam, że rolą szkoły jest współtworzyć warunki rozwoju człowieka, a nie przyczyniać się do tego, że bardzo wiele dzieci po kilku początkowych latach nauki, traci chęć uczenia się, czasem nienawidzi szkoły, robi wszystko, by jej unikać. W moim przekonaniu, dzieje się tak dlatego, że szkoła bardzo często nadużywa swojej roli poprzez przedmiotowe traktowanie uczniów, skupia się na realizacji podstawy programowej, na wykonaniu jak największej liczby zadań i ćwiczeń, oczywiście najczęściej w dobrej wierze, w obawie przed utratą jakości i efektywności swojej pracy, ale też z przyzwyczajenia i przyzwolenia, „nas też tak traktowano i wyszliśmy na ludzi”. Tyle, że czasy są zupełnie inne.

Od czego zaczyna się zmiana w edukacji

Dopatrzyłam się tego, że pomiędzy uczniem i nauczycielem istnieje jakiś rodzaj niewidzialnej szyby, która oddziela człowieka-nauczyciela od człowieka-ucznia. Swój rozwój, zmianę warsztatu pracy rozpoczęłam od siebie, od zbicia właśnie tej szyby i zobaczenia młodego człowieka, pełnego lęków, niepewności, człowieka poniekąd zniewolonego. Dotarło wtedy do mnie to, że takie traktowanie ucznia jest również w pewnym sensie zniewoleniem mnie samej, poprzez branie na siebie odpowiedzialności za coś, za co odpowiadać nie zawsze mogłam, bo jak w tym powiedzeniu: „Konia do wodopoju można doprowadzić, ale czy się napije, zależy od niego”. 

Dopatrzyłam się również, że zmiany tej sytuacji można dokonać poprzez budowanie dobrych relacji, a drogą do tego jest umiejętność komunikacji. Bardzo pomogło mi bycie mamą trojga dzieci. 

Nauczyciel, rodzic to osoby, które mają być wsparciem dla dziecka, mentorami i autorytetami, młodzi ludzie tego potrzebują i umieją z tego korzystać. Takie postawy i zachowania nie tylko dają możliwość dobrej współpracy, satysfakcji dla każdej ze stron, ale też uczą zachowań budujących społeczeństwo ludzi odpowiedzialnych, dających możliwość rozwoju i życia w lepszym świecie.

Jakich zmiany potrzeba w szkołach?

Przez wiele lat szkoła stała się miejscem nieprzyjaznym dla ucznia, ale też dla nauczyciela i rodzica. Ponad głowami uczniów przetaczają się argumenty i racje dorosłych, a to nikomu nie służy i niczego nie załatwia. Jedyną skuteczną drogą naprawy polskiej szkoły, dostosowania edukacji do potrzeb XXI wieku jest edukacja nauczycieli, korzystanie z dobrych praktyk, współpraca i budowanie relacji uczeń-nauczyciel-rodzic. 

Dziś z perspektywy doświadczonego nauczyciela, ale też rodzica dorosłych dzieci mogę powiedzieć z całym przekonaniem, że młodemu człowiekowi potrzebne jest poczucie bezpieczeństwa, poczucie bycia zauważonym, ale też możliwość bycia odpowiedzialnym.

Współodpowiedzialność ucznia i nauczyciela za efekty procesu uczenia się jest nie tylko kształceniem w zakresie podejmowania decyzji, wywiązywania się z powierzonych zadań i odpowiedzialności za nie, ale jest bardzo dobrym sposobem budowania dobrych relacji uczeń-nauczyciel.

Jest bardzo wielu nauczycieli gotowych podjąć się trudu wprowadzenia zmian, ale jest również bardzo wiele przeszkód, by tego dokonać. Ze swojej strony staram się promować dobre przykłady, by korzystać z wiedzy, dzięki której szkoła może się zmienić. Niedawno już po raz drugi u nas w Zduńskiej Woli odbyła się konferencja EMPATYCZNA EDUKACJA => EMPATYCZNA POLSKA, w której wzięło udział około 900 osób, tj: nauczycieli, pedagogów, psychologów, rodziców i uczniów.  Mam nadzieję i życzę tego polskiemu uczniowi, polskiemu nauczycielowi i polskiemu rodzicowi, że by oddolny ruch, pozwolił na zmiany, które wprowadzą nową jakość do polskiej szkoły, ale też lepszą jakość życia polskiego społeczeństwa.

autorka: Anna Szulc – nauczycielka matematyki i wychowawca w I Liceum Ogólnokształcącym im. Kazimierza Wielkiego w Zduńskiej Woli, mediator społeczny, tutor, opiekun prac naukowych uczniów, laureatów konkursów matematycznych. Laureatka Ogólnopolskiego Konkursu im. Joanny Kubiak NAUCZYCIEL-MEDIATOR. W kontaktach z uczniami i ich rodzicami stosuje język empatycznej komunikacji (PBP), w procesie uczenia wykorzystuje wiedzę neurobiologii, włączyła się w ruch oddolnych działań „Budzącej się Szkoły” mających na celu ulepszenie polskiej edukacji. 

 

 

foto: Designed by Freepik

Dobra komunikacja i relacje zamiast „pruskiego drylu” i metod ex cathedra – czyli lekcje matematyki Anny Szulc
4.9 (98.18%) 11 głosów