Dzieci mają większą niż dorośli potrzebę ruchu. Posłuszne siedzenie w ławce w czasie lekcji jest dla nich torturą, w efekcie której efektywność lekcji spada – bo dzieci się wiercą, bo myślą o tym, że jest im niewygodnie, zamiast skupić się na przedmiocie. Zwiększoną potrzebę ruchu można, a nawet powinno się wykorzystać. Można opuścić szkolną salę i ruszyć się do parku, ale nawet dzięki krótkiej gimnastyce efektywność lekcji znacznie wzrośnie – mówi Dorota Kujawa-Weinke, nauczycielka języka polskiego, która w czasie swoich zajęć stosuje ruch.

 

Wojciech Musiał: Pamiętam z własnego dzieciństwa sceny, gdy siedzimy sztywno w ławkach, słuchamy, co mówi pani, notujemy, co nam dyktuje. Przez 45 minut lekcji siedzimy nieruchomo, lekcja dłuży się niemiłosiernie, ciało rozrywa energia. Jest nieznośnie. Ulgę przynosi dzwonek na przerwę. Wybiegamy z sali i… wpadamy prosto na dyżurującą nauczycielkę, która krzyczy na nas, że na korytarzu się nie biega. To niestety wciąż jest bardzo typowe zjawisko. Pani jednak uczy inaczej.

Dorota Kujawa-Weinke: Dla mnie inspiracją do zmian w sposobie nauczania były własne dzieci. Moje starsze dziecko ma stwierdzoną nadpobudliwość psychoruchową, w związku z czym nasłuchałam się uwag typu „wierci się i kręci”. Problem polega na tym, że jeśli syn skupi się na tym, żeby siedzieć nieruchomo, to nie skoncentruje się na słowach nauczyciela i w efekcie niczego z lekcji nie zapamięta. Podobnych dzieci jest mnóstwo.

Bo tak naprawdę o każdym dziecku można powiedzieć, że jest nadpobudliwe ruchowo. Dzieci po prostu lubią się ruszać, a siedzenie nieruchomo jest dla nich stanem nienaturalnym.

Polska edukacja w klasach 1-3 jeszcze dopuszcza elementy ruchu, są dostępne scenariusze zajęć, a część nauczycieli puszcza dzieci z ławek na dywan. Zauważyłam jednak, że na tym dywanie dzieci muszą siedzieć nieruchomo i słuchać poleceń. W starszych klasach gdy uczeń zostanie przypisany do ławki, to zostaje w niej do końca nauki. Podstawówka, szkoła średnia, studia – wszędzie musi siedzieć w ławce.

A dlaczego w ogóle dzieci powinny uczyć się w ruchu? Co daje ruch w czasie lekcji?

Potrzeba ruchu jest u dzieci większa niż u osób dorosłych. Ruch pozwala im zniwelować napięcie emocjonalne związane zarówno ze szkołą (sprawdziany itp.) jak i życiem pozaszkolnym. Zwykły spacer po klasie pozwoli znacznie to napięcie zredukować. Poza tym w dzisiejszych czasach dzieci spędzają za mało czasu poza domem. Przychodzą do domu i w nim siedzą, z wyjątkiem zaplanowanych zajęć dodatkowych. A przecież nasze pokolenie biegało po dworze niemal cały czas. Ja spędzam ze swoimi dziećmi czas w sposób aktywny i często robi mi się smutno, gdy w piękny kwietniowy dzień mijamy piaskownicę, która jest zupełnie pusta. Kiedyś nie do pomyślenia.

Obecnie dzieci są wszędzie wożone. Rezultat? Zwykła podróż tramwajem staje się dla nich przeżyciem i wyzwaniem. Ostatnio zaproponowałam moim uczniom lekcję w lesie, do którego jechaliśmy tramwajem. I okazało się, że podróż była równie atrakcyjna, co pobyt w lesie. Widziałam ich radość, gdy tramwaj kolebał się na rozjazdach i gdy zastanawiali się, na którym przystanku wysiąść. Po lekcji mieli napisać sprawozdanie. Większość z nich włączyła jazdę tramwajem jako integralną część lekcji. Przygoda życia dla trzynastolatków!

W tym kontekście czy nauczyciel powinien zmienić metodę nauczania na taką, która zawiera elementy ruchu, czy wystarczy, że po prostu przerwie zajęcia na krótką gimnastykę i wietrzenie sali?

Najważniejsze, żeby w ogóle ruszył dzieci z ławek. Często wystarczy krótka rozgrzewka przed lekcją, żeby zwiększyć efektywność uczniów. Tak rozpoczyna lekcje Wiesława Mitulska ze Słupi Wielkiej. To jest też odpowiedź na zarzut, że w 45-minutowej lekcji każda chwila jest na wagę złota. Krótka gimnastyka po prostu się opłaci, bo uczniowie będą lepiej pracowali. Najciekawiej się robi, gdy uczniowie dostają pełną swobodę poruszania się po sali. Gdy mogą chodzić, rozmawiać, wzajemnie się uczyć. To jest trudna decyzja dla nauczyciela, bo to całkowicie zmienia układ sił – z pana i władcy zmienia się w mentora, przyjaciela dzieci. Ale jeśli ktoś raz spróbuje, to na pewno nie wróci do starego modelu.

Gorzej, jeśli taką decyzję wymusi się siłą odgórnie.

Wtedy część osób się dostosuje od razu, część w procesie, a część będzie oporna do samego końca. Ale przynajmniej nauczyciele będą wiedzieli, że istnieje alternatywa.

Jak zatem wyglądają Pani lekcje?

Z moimi uczniami ruszam w teren już o ósmej rano, np. żeby ćwiczyć ortografię na chodnikach. Dzieci mogą czuć się zupełnie swobodnie: mogą stać, usiąść, położyć się. Mnie to nie interesuje w jakiej pozycji będą się uczyły, moim celem jest zrealizowanie tematu. A dzięki ruchowi dzieci wykazują większe zainteresowanie, lekcja odbywa się w przyjemnych warunkach. Nie w przegrzanej klasie, ale na dworze, gdzieś w cieniu lub na słońcu, jak komu pasuje.

Inni nauczyciele nie dziwią się pani metodom?

Bardzo często się dziwią. Mówią, że w piątej klasie można już sobie pozwolić na swobodę, bo dzieci mają rękę wyćwiczoną, ale w klasach 1-3 dzieci powinny ćwiczyć motorykę dłoni siedząc w ławkach. Poza tym obawiają się, że nie będą w stanie utrzymać dyscypliny. Odpowiadam, że warto zacząć od sformułowania zasad, a dopiero potem ruszyć w teren. Moi uczniowie sami sformułowali zasady, przedyskutowaliśmy je wspólnie i zadziałało.

Czy każdą lekcję da się tak zrealizować? Fizykę, chemię, historię?

Myślę, że na początek trzeba odczarować rolę nauczyciela. Jeśli rzeczywiście będziemy go postrzegali w sposób pruski, jako kogoś, kto peroruje i dyscyplinuje, to takie lekcje nie będą możliwe. Ale jeśli nauczyciel stanie się mentorem, przewodnikiem ucznia, to na pewno znajdzie sposób na przekazanie każdej wiedzy. Jeśli opuścimy salę lekcyjną, usiądziemy gdzieś w parku na trawie i poprosimy uczniów o chwilę uwagi, to nawet jeśli nie mamy pomysłu na zajęcia w ruchu, możemy przekazać im wiedzę podawczo, a oni i tak będą bardziej skupieni niż w szkolnej ławce. A jeśli czegoś nie zapamiętają, zawsze mogą podejść i poprosić o powtórkę. Dokładnie tak, jak na lekcji w klasie.

Nauczyciele z reguły mają swoją rutynę i niechętnie opuszczają strefę komfortu. Czasami z lenistwa, a czasem z obawy, czy nowa metoda się sprawdzi. W związku z tym czy metodę nauki w ruchu da się wprowadzić stopniowo, małymi krokami?

Od nich trzeba właśnie rozpocząć. Jeśli nauczyciel, który zawsze pracował w klasie, nagle weźmie dzieci do parku, szybko się zniechęci, bo uczniowie nie będą gotowi na takie postępowanie. Przed wprowadzeniem jakichś zmian najpierw rozmawiam z uczniami. Mówię im, że będę się uczyć razem z nimi, że chcę coś sprawdzić, poznać, przetestować. To pierwszy z małych kroków. Oczywiście nie zawsze mogę powiedzieć, że wszystko mi się udało, ale po to wprowadzam zmiany, żeby pewne rozwiązania sprawdzić i ewentualnie skorygować.

Czyli daje sobie pani przyzwolenie na popełnianie błędów. Na bycie niedoskonałą.

Bardzo żałuję, że w Polsce niepopularne jest nagrywanie lekcji i wspólne oglądanie ich z innymi nauczycielami. Brakuje nam nie tylko przyzwolenia na popełnianie błędów, ale też partnerskiego podejścia do siebie. Mamy wspólny mianownik, czyli uczniów, wspólny cel, czyli ich edukację, ale nie działamy wspólnie. Każdy działa sam, po swojemu. Brakuje wymiany myśli, dyskusji.

A gdzie szukać wiedzy fachowej w temacie edukacji w ruchu? Opracowań jest jak na lekarstwo.

To prawda, gdy sama tworzyłam własne zajęcia, szukałam w bibliotekach i w internecie i niczego nie znalazłam. Musiałam polegać na własnych doświadczeniach i intuicji. Można by tu jednak skorzystać z opracowań dotyczących neurodydaktyki czy poczytać ponadczasowego Jeana Piageta, który mówi o swobodzie i ruchu jako czynnikach wpływających na jakość uczenia.

A widzi pani efekty swojej pracy? Czy po wprowadzeniu nauczania w ruchu dostrzega pani zwiększoną efektywność nauczania?

To by wymagało przeprowadzenia badań edukacyjnych, ale one są bardzo drogie, a poza tym nikt nie ma pomysłu na metodologię. Natomiast na co dzień widzę zadowolenie uczniów, widzę, że chętnie uczą się języka polskiego, że z radością przychodzą na moje lekcje. To są wartości niewymierne, ale bardzo cieszą. Gdy uczeń z dysleksją mówi mi, że jego ulubionym przedmiotem jest język polski, przeżywam chwilę ogromnej satysfakcji.

Czyli najważniejsze, to mieć otwarty umysł na nowe pomysły.

I nie bać się popełniania błędów. Nikt nie jest nieomylny, a błędy to tak naprawdę nasi sprzymierzeńcy w procesie uczenia, bo one dają nam nieustanną możliwość doskonalenia.

 

Dorota Kujawa-Weinke – zżyta z łąką, polem i lasem nauczycielka języka polskiego, bibliotekarka i terapeutka w Szkole Podstawowej nr 21 w Elblagu. Nie brakuje jej nigdy pomysłów, ale wiecznie czasu. Jest współautorką projektu ogólnopolskiego „Matematycznie na języku polskim,” prowadzi zajęcia filozoficzne i dyskusyjny klub książki, działa na rzecz edukacji regionalnej, wykorzystuje na lekcjach ruch i edukację w zgodzie z naturą. Pisze do Sygnału, Librusa i do szuflady. Jest okejką w 3. edycji kursu „OK zeszyt” Centrum Edukacji Obywatelskiej i dzięki temu odkrywa ile radości sprawia jej praca z nauczycielami. Interesuje się także technologią komunikacyjno-informacyjną, za co otrzymała certyfikat Microsoft Innovative Educator Expert. Prowadzi szkolenia dla nauczycieli i bloga edukacyjnego inspirowniaedukacyjna.blogspot.pl. Lubi jazz, chodzenie, rozmowy, poznawanie i czytanie.

Foto: Wiesława Mitulska, Dorota Kujawa-Weinke