Kocham moje dzieci, ale jestem tak bardzo zmęczona. Czy to „tylko zmęczenie”, czy może coś więcej – wypalenie? I czy to ma jakieś znaczenie, jak to nazwiemy? Może po prostu jestem beznadziejną matką – inne sobie radzą, wrzucają piękne zdjęcia na insta i piszą pełne dumy posty na fejsie o tym, jakie sukcesy odniosły ich dzieci i jak cudownie jest być ich mamą. Ich macierzyństwo jest szczęśliwe i satysfakcjonujące, a moje? Moje to kurz, pot i łzy. Mam dość, ale przecież nie mogę się wypisać z bycia mamą. Co ze mnie za matka, że w ogóle tak myślę?!…

Taki stan – przemęczenia, przeciążenia, wyczerpania i długotrwałego stresu – zna wiele mam i coraz więcej ojców. Wypalenie rodzicielskie to problem powszechniejszy niż mogłoby się wydawać. Dotyczy zarówno wykończonych niewyspaniem rodziców niemowląt, jak również mam i ojców starszych dzieci i nastolatków. Może trwać latami i odbierać nam energię i poczucie szczęścia.

Wypaleni rodzice

W książce “Wypalenie macierzyńskie” (pierwsze wydanie w Polsce ukazało się pod tytułem „Wypalona mama. Co zrobić kiedy masz zwyczajnie dość”) Sheryl Ziegler tak opisuje mamy, które trafiły do jej gabinetu terapeutycznego:

Umówienie się na spotkanie w jakiejś własnej sprawie jest dla nich luksusem, gdyż mają zbyt wiele na głowie. Dzień w dzień, zanim same wyjdą do pracy czy mogą zająć się codziennymi obowiązkami, muszą ubrać, nakarmić i przygotować do wyjścia swoje dzieci. Popołudnia upływają im w gorączkowym pośpiechu – na pomaganiu dzieciom w lekcjach, wożeniu ich na zajęcia pozalekcyjne, podawaniu im kolacji i układaniu ich do snu. Dopiero później mamy mogą dokończyć swoją pracę i skonane padają na łóżko. Te, które mają męża, ledwie znajdują czas i siły, żeby choć przez chwilę normalnie z nim porozmawiać (zamiast wykrzykiwać polecenia). Dobrze wiem, że zanim takie mamy zdecydują się na wizytę u psychoterapeuty, są już naprawdę zdesperowane. Mają poczucie, że spróbowały wszystkiego i nic nie pomogło – ich rodzina się rozpada lub ich dziecko ma poważne problemy.

Skąd się bierze wypalenie?

Wypalenie rodzicielskie to nie jest chwila słabości, ani nawet gorszy tydzień. To proces stopniowego wyczerpywania zasobów. A zaczyna się wcle nie od złego samopoczucia. Wypalają się ci, którzy się zapalają. Początek to wielkie zaangażowanie, skrzydła u ramion, pełnia szczęścia pomimo zmęczenia. Kiedy przychodzi na świat dziecko, jesteśmy zdolni do nadludzkich czynów. Dosłownie nadludzkich, bo miesiącami trwające niewyspanie, którego doświadczają rodzice małych dzieci, mogłoby zostać uznane za torturę lub łamanie praw człowieka, gdyby miało miejsce w innych okolicznościach. A my porzucamy własną higienę snu, by służyć dziecku. I choć narzekamy, to jednak nocne wstawanie, utulanie, karmienie na wpół śpiąco jest dla nas oczywistością – taka nasza rodzicielska rola. 

I nic w tym złego, ani dziwnego. Faktycznie, przy małym dziecku takie właśnie mamy zadanie. Problem polega na tym, że eksploatując swoje siły i zasoby w roli rodzica, często zapominamy o tym, by je odbudowywać. Zamiast wypoczywać, kiedy dziecko spokojnie drzemie, staramy się nadgonić inne obowiązki. Rezygnujemy „dla dziecka” z aktywności, które sprawiają nam przyjemność i służą wyłącznie nam. I do tego jeszcze jesteśmy takimi nowoczesnymi rodzicami, co to wszystko dadzą radę sami.

To wszystko: ogromne zaangażowanie, zaniedbanie siebie i nieprzyjmowanie pomocy – to składniki wypalenia. 

Wypalenie to proces, który trwa w czasie. Może objawić się w końcu załamaniem, kryzysem emocjonalnym lub fizycznym (nawet chorobą), częściej jednak będzie polegało na trwającym miesiącami lub latami stanie napięcia, nieustannej frustracji, niebycia szczęśliwym, zmęczenia, rozdrażnienia. Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem.

Czy jestem wypalona?

W książce „Wypalenie macierzyńskie” Sheryl Ziegler wymienia kilkanaście symptomów wypalenia – skupia się na wypalonych mamach, bo to z kobietami pracuje w swoim gabinecie, ale wypalenie dotyczy także ojców, jeśli to na nich spoczywa większość obowiązków i zajęć związanych z dziećmi:

  • masz trudności z zasypianiem lub często budzisz się w nocy,
  • przez cały dzień brakuje ci energii,
  • żałujesz swoich rodzicielskich decyzji i wyborów,
  • zbyt często sięgasz po niezdrowe jedzenie lub całymi dniami nie jadasz normalnych posiłków, bo nie masz na to czasu,
  • coraz częściej marzysz o tym, żeby wieczorem napić się wina,
  • codziennie zażywasz leki przeciwbólowe, ponieważ pęka ci głowa, boli cię kręgosłup lub kark ci sztywnieje,
  • chorujesz razem z dziećmi, tylko dłużej i poważniej,
  • tracisz zainteresowanie seksem,
  • nie odbierasz telefonów od przyjaciół, a jedynie wysyłasz esemesy, bo nie masz siły na rozmowę,
  • nie pamiętasz, kiedy ostatnio zrobiłaś coś tylko dla siebie,
  • często masz zły humor lub krzyczysz na dzieci,
  • zapominasz o spotkaniach, ustalasz sobie i dzieciom zbyt napięty harmonogram,
  • od czasu do czasu płaczesz w samotności, gdyż czujesz się przytłoczona przez życie,
  • jesteś notorycznie zmęczona.

Do tego jeszcze może dochodzić rozkojarzenie (przyszłam do kuchni, ale nie pamiętam po co), poczucie niewyspania nawet po przespanej nocy, poczucie życia w nieustannym pośpiechu, traktowanie męża jak kolejne dziecko, poczucie zniewolenia.

Mit matki-Polki – kultura nas nie wspiera

Mit matki-Polki to dodatkowe obciążenie i czynnik ryzyka wypalenia u mam. Wciąż mocno żywy w naszej kulturze, zakłada poświęcenie siebie dla dzieci i bohaterską codzienną walkę z przeciwnościami choćby nie wiem co. Zresztą z książki „Wypalenie macierzyńskie” wynika, że to nie tylko mit matki-Polki, ale matki w ogóle, mit dotykający mamy także w USA, a pewnie i w innych częściach świata. Nie ma w nim miejsca na słabość, matka nie odpoczywa, nie skarży się. Matka karmi, nosi, ubiera, rozumie, ociera łzy, wiąże buciki, znosi humory, daje syrop na kaszel, robi zakupy. A nowoczesna matka jeszcze do tego robi karierę, a przynajmniej pracuje.

Kultura i zakorzenione w niej wzorce, choć stopniowo się zmieniają, wciąż nie za bardzo wspierają nas w macierzyństwie. Mit dzielnej, wspaniałej matki nie pozwalając nam na słabość, nie pozwala na bycie człowiekiem. Nie pozwala na zatroszczenie się o siebie, ani na korzystanie z pomocy. A to są dwie kluczowe sprawy, jeśli chcemy uniknąć wypalenia.

Ja też tu jestem

Nie jest trudno zatracić się w rodzicielstwie, zapomnieć w nim o sobie. Dzieci tak bardzo absorbują naszą uwagę, tak bardzo jej potrzebują. No i nie oszukujmy się – są fascynujące i uwielbiamy skupiać się właśnie na nich. Bycie rodzicem skoncentrowanym na dzieciach może być i często jest bardzo satysfakcjonujące. I niech ta satysfakcja z nami zostanie. Jednak obok niej powinno być jeszcze miejsce na bycie… sobą – kobietą, mężczyzną, człowiekiem, partnerką, przyjacielem, miłośnikiem muzyki, czytelniczką książek, fotografką-amatorką, kinomanem, kibicką koszykówki… Obok dbania o dzieci i rodzinę musi też być miejsce i czas na zadbanie o siebie – na regularne wizyty u ginekologa i dentysty, na zrobienie makijażu, przystrzyżenie brody, na regularne porządne posiłki, a nie dojadanie po dzieciach, na aktywność fizyczną, na własne przyjemności, na rozmowy z przyjaciółkami. Oraz na intymność i bliskość w związku. Na bycie parą, nie tylko rodzicami.

Dbanie o siebie, robienie różnych rzeczy DLA SIEBIE, i dla związku, przeznaczanie czasu dla siebie (nie pomiędzy, nie przy okazji) służy uzupełnianiu tych zasobów, z których nieustannie czerpiemy, by obdarować dzieci tym, czego one potrzebują. To, co robimy dla siebie gromadzi się w nas jak rodzaj energii, którą potem możemy przekuć w uważność, czułość, zaangażowanie, troskę, mądrość – we wszystko to, co chcemy i powinniśmy dać naszym dzieciom. 

Oczywiście i bez dbania o siebie to robimy. Jednak z czasem nasze osobiste zasoby wyczerpują się. Zaczyna brakować cierpliwości, zainteresowania, uważności. Za to coraz więcej jest zmęczenia, znużenia, zniecierpliwienia, bezsilności.

Wioska

No dobrze, tylko jak to wszystko zmieścić w czasie? Łatwo się mówi, każdy może się tak nawymądrzać, a rzeczywistość jest taka, że najpierw obowiązki, potem przyjemności, a obowiązków jest tyle, że na przyjemności już nie ma czasu. Jestem pewna, że tak pomyśleliście. I tu dochodzimy do drugiego ważnego czynnika zabezpieczającego nas przed wypaleniem. Do wioski.

Potrzeba całej wioski, żeby wychować dziecko. Nawet jeśli mieszkamy w mieście i mamy XXI wiek, wioska nadal jest potrzebna. Wioska, czyli społeczność. Współcześni rodzice są tak bardzo samodzielni i samowystarczalni! A przynajmniej próbują być. Wstydzimy się prosić o pomoc, nie chcemy zawracać innym głowy, naszą ambicją jest poradzić sobie. Matka jest silna, wytrwała, samodzielna, samowystarczalna. Tata jest silny, doskonały, niezniszczalny. Nie przyznajemy się do słabości, nawet przed sobą, a co dopiero przed mamą, ojcem, teściową, sąsiadką, koleżanką. Może przyznałybyśmy się trochę przed przyjaciółką czy przyjacielem, ale od miesięcy z nimi nie rozmawialiśmy, bo jesteśmy zajęci i zaabsorbowani naszą rodzicielską samodzielnością. Czasem zmęczona mama przyzna się do tego przed partnerem, ale potem dławi ją poczucie winy, bo on przecież też walczy tylko na innym froncie. Czasem chcąc powiedzieć o swojej słabości, zmęczeniu, wyczerpaniu wykrzykujemy tylko pretensje, bo skumulowana w nas frustracja domaga się ujścia.

Nie przynajemy się do słabości i nie prosimy o pomoc. Hamuje nas wstyd, że jeśli nie potrafimy sobie poradzić samodzielnie, to jesteśmy beznadziejnymi matkami i ojcami. A przecież to absurd! Słabość jest ludzka. Człowiek jest istotą społeczną i swój sukces gatunkowy zawdzięcza współpracy z innymi a nie samodzielności. 

Wychowanie dziecka jest ogromnym wyzwaniem i korzystanie z pomocy bliskich jest przejawem mądrości i rostropności, a nie beznadziejności. Dopuszczając pomoc i wsparcie ze strony bliskich nam ludzi dajemy sobie nie tylko szansę na odpoczynek, ale też na „uzupełnienie zasobów”, a w konsekwencji na lepsze radzenie sobie. Pomoc „wioski” może polegać na zajęciu się dzieckiem, czy zrobieniu zakupów po sąsiedzku. Pomocą, której może nam udzielić koleżanka, sąsiadka, czy rodzic z tej samej klasy jest też rozmowa, wspólne wyjście na aerobik lub bieganie, czy współudział w wożeniu dzieci do szkoły. To nie muszą być Wielkie Rzeczy. Ważne, żeby były, żeby w naszym życiu była zgoda na to, że ktoś coś dla nas robi. Ważne żeby w naszym życiu byli obecni inni ludzie.

Przy okazji – dopuszczając innych do naszego dziecka dajemy młodemu człowiekowi szansę na obcowanie z różnymi osobami i uczenie się od nich różnorodnych rzeczy oraz rozwijanie umiejętności społecznych w różnorodnym środowisku.

Kiedy książka Sheryl Ziegler ukazała się w Polsce po raz pierwszy, nagrałam o wypaleniu rozmowę z moim mężem Krzysztofem, który ten temat zna z perspektywy eksperta. Nagranie możecie zobaczyć tu:

Im wcześniej uświadomimy sobie, że jesteśmy na ścieżce wypalenia, tym łatwiej będzie z niej zejść, sięgnąć po pomoc, wpisać siebie na listę priorytetów i uniknąć poważnej pożogi. Nie wahajmy się sięgać po pomoc terapeuty, nawet jeśli wydaje nam się, że „jeszcze nie jest aż tak źle”. Bo w byciu mamą, tatą i w ogóle w życiu nie chodzi przecież o to, żeby nie było aż tak źle, tylko o to, żeby było dobrze. Nam, naszym bliskim, naszym dzieciom.

autorka:  Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, współzałożycielka Fundacji Rozwoju przez Całe Życie, blogerka, dziennikarka, mama Marysi i Tymona. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Pasjonatka dobrej edukacji – tropi nowinki i nowoczesne pomysły edukacyjne, angażuje się w różnorodne działania na rzecz lepszej edukacji. Miłośniczka książek, również tych dla dzieci i młodzieży. Najlepiej odpoczywa odwiedzając ciekawe miejsca i doświadczając świata wspólnie z mężem i dziećmi.

Rodzina zdjęcie utworzone przez senivpetro – pl.freepik.com