Gdy pojawiają się dzieci, rodzice mocno odczuwają ograniczenie własnej swobody. Kino, teatr, spotkania z przyjaciółmi – żegnaj, spontaniczności. Wszystkie wyjścia trzeba starannie zaplanować. A wkrótce potem okazuje się, że nam się po prostu nie chce. Bo jesteśmy przemęczeni, bo obciążenie związane z przygotowaniem juniora do wyjścia nas przytłacza. A jeśli mamy możliwość zostawienia dziecka pod opieką babci czy niańki, nachodzą nas wyrzuty sumienia, że po całym dniu spędzonym w pracy znów zostawiamy je samo. Na szczęście po kilku latach proces się odwraca i rodzice zyskują coraz więcej czasu dla siebie.

Z perspektywy dziesięciu lat mogę stwierdzić, że właśnie wyrzuty sumienia najbardziej ograniczały nas w planowaniu popołudniowych i wieczornych rozrywek bez dzieci. Bo jak tu wyjść z domu, gdy dzieci rzucały się nam w ramiona, tuliły się i nie odstępowały nas na krok. Musieliśmy (choć nie zawsze się chciało, nie zawsze były siły) bawić się z nimi, grać w różne gry, czytać, wychodzić na spacery, na place zabaw i wymyślać wszelkie aktywności. Byle wspólnie, byle razem.

Było to jednocześnie cudowne i bardzo męczące. Ile razy popychając huśtawkę na placu zabaw myślałem, że wolałbym np. wskoczyć na rower i przejechać 20 kilometrów. Ile razy stawiając babki z piasku wzdychałem bezgłośnie do leżaka, który kusił nieopodal. Ile razy czytając dziecku po raz setny tę samą książeczkę tęskniłem za kinową salą, gdzie mógłbym całkowicie zatopić się w filmie bez niespodziewanego „Tata…”.

Chcąc nie chcąc, na kilka lat porzuciliśmy z żoną nasze osobiste hobby, pasje i zachcianki. Ja wkrótce po narodzinach naszego pierwszego dziecka przestałem chodzić na jogę, żona z żalem zarzuciła wypady do filharmonii i do teatru. Czytaliśmy mniej, oglądaliśmy mniej, bywaliśmy mniej. Nie dlatego – powtórzę – że się nie dało, ale dlatego, że wypad bez dzieci okupiony był wyrzutami sumienia. Naprawdę źle się słucha muzyki na koncercie ze świadomością, że nasze dzieci zasypiają bez rytuału wieczornych przytulanek, choć pod czułą opieką babci.

Taki stan trwał około dziesięciu lat. W pewnym momencie spostrzegliśmy, że dzieci dają nam coraz więcej swobody. Nie w bezpośredniej rozmowie. To nie tak, że pewnego dnia stanęły przed nami i chóralnie oświadczyły: „Matko, ojcze, dojrzeliśmy na tyle, że od dziś możecie swobodnie realizować wasze pasje”. Po prostu w pewnym momencie poczuliśmy, że nasze wieczorne wyjścia z domu nie budzą w dzieciach żadnych negatywnych reakcji. Co więcej, Staś i Zosia cieszą się na myśl o tym, że zostaną same w domu. Nasze dzieci mają obecnie 10 i 12 lat i dzięki temu, że zawsze staraliśmy się rozwijać w nich samodzielność, potrafią same o siebie zadbać. Zrobią sobie kolację, umyją się i pójdą spać, gdy poczują się zmęczone. Fizyczna strona obsługi naszych dzieci właściwie już się zakończyła.

A co z emocjami? Nasze dzieci wkroczyły w wiek nastoletni. Wiek w którym na pierwszy plan wybija się niezależność. Na co dzień przejawia się to coraz dłuższymi godzinami, które spędzają sami w swoich pokojach, coraz dłuższymi wypadami w gronie własnych przyjaciół, coraz mniejszą potrzebą przebywani w towarzystwie nas, rodziców. Bywają dni, że po wspólnym śniadaniu rozstajemy się i spotykamy dopiero na kolację. Dzieci były w szkole, potem biegały po dworze lub spędzały czas z przyjaciółmi, a do domu zapędził je dopiero nasz telefon.

Obserwujemy z żoną, że ta pogłębiająca się niezależność sprawia im mnóstwo radości. Nam – mówiąc otwarcie – również. Bo dzięki niej mogliśmy wrócić do życia, którym cieszyliśmy się przed narodzinami dzieci. Powróciły wyjścia do kina, teatru i na koncerty. Możemy w spokoju poczytać książki, pojeździć na rowerze, spotkać się ze znajomymi.

Oczywiście nadal mnóstwo czasu spędzamy z dziećmi na wspólnych aktywnościach. Jeśli chcą, zabieramy je na koncerty, na spotkania ze znajomymi czy na wspólne seanse do kina. Nadal jesteśmy na ich zawołanie, gdy tylko potrzebują kontaktu. Tyle, że potrzebują go zdecydowanie mniej, niż dawniej. A tym samym powróciła przestrzeń na nasze osobiste pasje i rozrywki.

Napisałem ten felieton przede wszystkim z myślą o tych rodzicach, których dzieci wciąż są jeszcze małe i potrzebują ich nieustannej obecności. Kiedy pojawi się moment, w którym poczujecie się przytłoczeni utratą niezależności (a ja takich momentów zaznałem naprawdę wiele), niech pocieszy was fakt, że za jakiś czas wasze dzieci dojrzeją i pozwolą wam na coraz więcej swobody. A tymczasem cieszcie się każdą chwilą spędzoną z waszymi maluchami. Moje starsze dziecko ma już 12 lat. Jeszcze trochę i na horyzoncie pojawi się… dorosłość. Czas mija naprawdę bardzo szybko.

 

 

 

Foto: Pixabay

Gdy junior dorasta, rodzice odzyskują niezależność i swobodę
5 (100%) 2 głosów