autor: Borys Bińkowski – doktor geografii, edukator, tutor, nauczyciel*

W życiu rodzinnym i w szkołach często wprowadzamy zasady i regulacje, które mają za zadanie ułatwić życie wszystkim. W rzeczywistości ułatwiają życie głównie dorosłym – i to tylko pozornie. Wszystko staje się łatwiejsze do zrozumienia, gdy zdamy sobie sprawę z różnicy pomiędzy etyką a moralnością.

Moralność a etyka

Niemiecki filozof Michael Schmidt-Samomon zaproponował ciekawe rozróżnienie pomiędzy moralnością a etyką, z którym całkowicie się zgadzam. Według niego moralność jest definiowana przez zbiór zasad, które są podporządkowane jednej wspólnej idei. Zasady mogą zmieniać się w czasie, ale w danym momencie są stałe. Na nich bardzo często oparte jest prawo, konstytucja, ale też nieformalne zwyczaje. Moralność zwykle opiera się na koncepcji zła i dobra – nieprzestrzeganie zasad jest złem, dobre jest podążanie z ich duchem. 

Etyka z kolei jest wtedy, gdy myślimy o konsekwencjach. Jeżeli ktoś swoim działaniem robi krzywdę sobie lub komuś innemu, postępuje niewłaściwie. Nie funkcjonuje tu koncepcja dobra i zła, ale korzyści i szkody. Bycie etycznym wydaje się trudniejsze niż bycie moralnym, bo każde zachowanie należy badać z punktu widzenia czynienia komuś krzywdy. Zachęcam jednak do podjęcia tego wysiłku, może wejść on w nawyk i ułatwić życie zgodne z własnymi potrzebami, choć z pewnością nie ułatwi życia w społeczeństwie przyzwyczajonym do wypełniania norm moralności. 

Zasady w relacjach dzieci i dorosłych

Moralność jest dla dorosłego wygodna do zastosowania. Wprowadzamy zasadę, której się następnie trzymamy, albo odwołujemy się do narzuconej zasady zewnętrznej. Na ścianach korytarzy i sal różnych szkół, znajdziemy wiele list wypełnionych zasadami. W placówkach bardziej restrykcyjnych są one narzucane przez dyrektora, w bardziej nowoczesnych – są wynikiem pertraktacji z dziećmi. W każdym przypadku zwykle są spisem tego co dziecko powinno robić, żeby nauczycielom pracowało się łatwiej lub żeby dyrekcja była usatysfakcjonowana ciszą, czystością, porządkiem. 

Choć pracowałem w szkołach demokratycznych/ wolnych/ alternatywnych, wielokrotnie obserwowałem kuriozalny proces manipulowania dziećmi na spotkaniach społeczności po to aby przeforsować tą czy inną zasadę. To dlatego na spisach zasad funkcjonują głównie te, które ograniczają wolność nie dorosłych, lecz dzieci: nie jemy w salach, nie biegamy po korytarzu, sprzątamy po zajęciach, zmieniamy buty przy wejściu. Często zresztą zasady są wybiórczo stosowane – jedne skrupulatnie rozliczane, inne nie, a te ogólne – ignorowane przez dorosłych (przecież nie biegali po błocie, mają czyste buty). Zaś kurczowe trzymanie się zasad może powodować kuriozalne sytuacje (dorosły nie może pójść do toalety, bo dzieci nie mogą zostać same w salach). 

Takie podejście często ignoruje potrzeby dzieci. Okazuje się, że jeśli weźmiemy je na serio pod uwagę, zarówno dzieci, jak i ich potrzeby, to zasady przestają być potrzebne. Zakaz biegania po korytarzu jest kuriozalny, bo to tak jakby rybom zakazać pływać. Ale inne zasady, które odnoszą się do spraw porządkowych, mogą być zupełnie inaczej załatwione w relacji. Nauczyciel mógłby przecież powiedzieć „przygotowałem dla was świetne zajęcia, ale jak będę musiał kolejny raz sprzątać po was całą salę, to mi się odechciewa. Dlatego chcę, żebyście mi pomogli sprzątać po zajęciach”. Może to zaskakiwać, ale zwykle jest bardziej skuteczne, niż odwoływanie się do zasad, szczególnie jeśli są one narzucone z góry. Nauczyciel jest autentyczny – dba o swoje granice, mówi o swoich potrzebach i uczuciach, odwołuje się naturalnych mechanizmów empatycznych. Odwołuje się do etyki, nie moralności. 

Podobnie na zasady patrzy Alfie Khon (Wychowanie bez nagród i kar). Pisze, że dzieci brane pod uwagę, których potrzeby uwzględnia się w podejmowaniu decyzji, mają mniejszą skłonność do sprzeciwiania się. „Sprzeciw jest bardziej prawdopodobny u dzieci, które czują się bezwolne i zmuszone do manifestowania swojej autonomii w przesadny sposób”. 

Destrukcyjne zasady

Problemy związane z odwoływaniem się do zasad w uzyskaniu pewnego zachowania, znane są zapewne wszystkim rodzicom. Prawdopodobnie każdy, niezależnie od tego czy preferuje wychowanie „wolnościowe” czy „autorytarne”, zetknął się z pokusą narzucenia pewnego zestawu zakazów i nakazów. Najczęściej są one podyktowane troską o dziecko (idziesz spać najpóźniej o dziewiątej; zakaz ekranów po ósmej; żadnych gier przed odrobieniem lekcji) lub poczuciem sprawiedliwości podziału obowiązków domowych (wyrzucasz śmieci, opróżniasz zmywarkę, sprzątasz pokój). Są one sensowne i praktyczne. Nie można im zarzucić, że wykorzystują dzieci czy łamią ich prawa. Wręcz przeciwnie – są wyrazem troski i dążenia do ich rozwoju. A jednak sama forma wprowadzenia zasad prowadzi na manowce. 

Wszyscy rodzice, których dziecko nie jest uległe (grzeczne – sic!), czyli 99% z nas, spotkali się z „wyjątkami” od zasad. No bo kiedy zachoruje brat i tata posprząta jego część zmywarki to jest niesprawiedliwe. Innym razem siostra za długo gra na komputerze – niesprawiedliwe. A może babcia przyjechała i zasiedzieliście się zbyt długo wieczorem – kolejne odstępstwo od zasady. Wkrótce, stosując metodę zasady – musimy stwarzać setki wyjątków. Dzieciaki się w tym gubią. Najpierw uczymy ich, że zasada jest święta, że trzeba jej przestrzegać, a potem wprowadzamy zamieszanie, gdy robimy od nich wyjątki. 

Jeszcze gorzej zaczyna się dziać, gdy wymagamy ich sztywnego przestrzegania. Wtedy rodzice stają się strażnikami przestrzegania prawa, wiecznie napominającymi i strofującymi „masz iść do łóżka i już”, albo „trzymaj sztućce jak należy”, czy „nie wolno ci pić soku z kieliszka od wina”. Jeżeli czujesz, że twoje relacje z dzieckiem ograniczają się głównie do pospieszania i napominania, to jesteś zapewne na tej drodze. 

Czy zasady są niezbędne?

Jak tego uniknąć? Warto sobie na początek uświadomić, że w relacjach międzyludzkich jest bardzo mało przestrzeni wymagających wprowadzania formalnych zestawów zakazów i nakazów. Ludzie są zwierzętami społecznymi i posiadają mechanizm empatii do wczuwania się w stany emocjonalne innych i domyślania się ich myśli. Dzięki temu starają się współdziałać dla obopólnych korzyści. Współczesna psychologia potwierdza, że większość naszych zachowań można określić jako altruistyczne. Przynoszą one satysfakcję i chemiczną nagrodę w postaci np. serotoniny, podczas gdy zachowania czysto egoistyczne sprawiają przykrość nie tylko osobom pokrzywdzonym. Gdy te relacje, nastawione na wzajemną korzyść, zastąpimy zasadami, zaczniemy upośledzać nasz naturalny mechanizm empatii i przestaniemy dostrzegać potrzeby, emocje i myśli drugiej osoby i nas samych. 

Oczywiście są sytuacje, gdy relacja pomiędzy rodzicem i nastolatkiem, nauczycielem i uczniem, albo też bratem i siostrą jest tak zła, że nie chcą one wzajemnie sprawiać sobie przyjemności. Dążą raczej do konfliktu, nawet jeśli żadnemu z nich nie przynosi on korzyści. Ale w takich sytuacjach i zasady nie pomogą. W emocjach człowiek nie myśli sobie przecież „mam ochotę mu powiedzieć, że jest debilem, ale przecież szef wpisał w regulaminie pracy zakaz przeklinania”. Tym bardziej dzieci nie będą myśleć „przyłożyłbym ci, ale przecież jest zakaz bicia”. Jeżeli dzieci rezygnują z uderzenia kogoś, a pracownicy z przekleństwa, to nie dlatego, że tak jest napisane w zasadach, ale dlatego że mają poszanowanie dla drugiego człowieka i podświadomie obawiają się konsekwencji społecznych swoich czynów. W neurobiologii opisuje się to zjawisko jako nadzorowanie obwodu nagrody (popędów) przez obwód kontroli. 

Co zamiast zasad?

Jeśli zatem nie zasadami, to jak możemy sprawić, aby dziecko zachowało się tak jak chcemy? Na początek zachęcam do zrezygnowania z przekonania, że dziecko ma się stosować do wszystkich naszych pomysłów. Przecież nie jest tak, że jesteśmy nieomylni, czasem, przytłoczeni natłokiem pracy, nie jesteśmy też otwarci na perspektywę dziecka, nie zauważamy, że nie jest to dobry czas na odrabianie lekcji czy pomoc w domu. Przestańmy myśleć o sobie, że zawsze wiemy, kiedy dziecko powinno coś zrobić. 

Po drugie, zachęcam stosowania języka osobistego, w którym wyrazimy swoje emocje i potrzeby. Możemy przecież powiedzieć „jestem zmęczony zmywaniem tych naczyń, chcę, żebyś mi pomógł i wyrzucił śmieci”, albo „skocz proszę po papier i długopisy”. W takiej sytuacji dziecko ma szansę nie tylko usłyszeć naszą prośbę (czasem i żądanie), ale też przeanalizować z czego ona wynika – wczuć się w naszą sytuację, wyobrazić ją sobie. Ma też możliwość wycofania się z niej. Może przecież powiedzieć „strasznie mi się dziś nie chce wychodzić na dwór, może zamiast tego ja dokończę naczynia, a ty pójdziesz ze śmieciami?”. Takie pozostanie w dialogu zostawia przestrzeń do ciągłego zrozumienia się, podczas gdy odwoływanie się do zasad jest ostatecznością. 

Po trzecie, zachęcam do szczerości i poświęcenia czasu na tłumaczenie. Jeśli twoje oczekiwanie, że dziecko coś zrobi, albo zaprzestanie robić, wynika z twoich potrzeb czy frustracji – powiedz mu o tym. Jak długo czuje się ono bezpieczne w waszej relacji, tak długo znajdziecie w nim zrozumienie. Nie zawsze będzie to prowadziło do oczekiwanej zmiany, ale zwykle intencje dzieci aby pomóc dorosłemu są czyste. Jeżeli zatem boli cię głowa od hałasu na przerwie w szkole – powiedz o tym dzieciom, one zwykle cię zrozumieją. Możesz się później frustrować, bo oczywiście zapomną o tym po chwili, ale chyba lepiej się frustrować krótką pamięcią dzieci niż „jawnym sprzeciwem wobec przestrzegania zasad”. 

Często rozmawiam z nauczycielami, którzy żalą się, że wchodzą w rolę żandarma, który nie może się zaprzyjaźnić z uczniami, bo wciąż zwraca im na coś uwagę. W ten sposób realizuje najczęściej polecenia dyrekcji lub zasady regulaminu, często się z nimi nie zgadzając, co tylko pogłębia jego stres.

Czy zasady mogą być pomocne?

Czy zasady mogą być zatem pożyteczne? Myślę, że proces dochodzenia do zasad może być pożyteczny, o ile oczywiście nie jest zmanipulowany przez dorosłych opiekunów. Taki pozytywny przykład znam z demokratycznej szkoły Bullerbyn. Zwykle zasady wynikają tam z przegadania w kręgu osób zainteresowanych pewnym problemu, który pojawia się w społeczności szkolnej. Może on być wywołany przez dzieci (chcemy grać na komputerze po południu), może wynikać z trosk rodziców czy nauczycieli (zbyt dużo czasu przy smartphonie). Za każdym razem jest on dyskutowany tak, że każdy ma możliwość się odezwać, a nauczyciele, zamiast narzucać swoje zdanie, dbają głównie o to, żeby wszyscy mogli się wypowiedzieć. Kompromis wydaje się zwykle realny i rzadko ktoś sprzeciwia się ustaleniom. Zasada, która z tego powstaje jest raczej wytyczną, wzajemnym zobowiązaniem, czy pewnym ustaleniem porządkowym (czasu i miejsca) i funkcjonuje tylko do momentu, gdy nie zostanie zmieniona. W Bullerbyn zasady są raczej wskazówkami. Jeśli tylko zmieniają się grupowe potrzeby, zmieniają się również zasady. Powinny być one przecież tylko narzędziami do tego, żebyśmy czuli się dobrze – są dla nas – nie my dla nich. 

Zasady niszczą etykę 

Wychowanie oparte na zasadach przynosi pewien nieoczekiwany, niepożądany efekt. Dzieci przyzwyczajają się do refleksyjnej bierności. Przestają się zastanawiać, czy ich działanie jest etycznie uzasadnione czy nie, czy robią komuś krzywdę czy wspierają go. Koncentrują się raczej na odpowiedzi na pytanie – czy postąpiły zgodnie z zasadami. Społeczeństwo oparte na zasadach (często zwane moralnym) będzie społeczeństwem wypełniającym polecenia, łatwym do zmanipulowania, uciekającym od wolności, jak pisał Fromm. 

Jestem zwolennikiem indywidualnych systemów etycznych – takich które dzieci same wytworzą dla siebie. Wtedy będą ich przestrzegać nawet jeśli nikt nie będzie tego pilnował. Moralność i zasady narzucone według zewnętrznych standardów są bezrefleksyjne i znikają, gdy znika nadzorca. 

Budowanie społeczności wokół zasad (a nie zasad wokół społeczności) przynosi niekorzystne skutki i może spowodować rozpad wspólnoty i atomizację jednostek. Pamiętajmy o tym za każdym razem, gdy czujemy, że stajemy się nadzorcami przestrzegania zasad. 

 

* autor: Borys Bińkowski – doktor geografii, pasjonat nauk wszelkich, edukator, tutor, nauczyciel, zwolennik racjonalnego patrzenia na rzeczywistość. Specjalizuje się w naukach przyrodniczych i historii. W działaniach edukacyjnych stawia na interdyscyplinarność i metody projektowe. Aktywnie uczy się nowych metod pracy z dziećmi. Działa naukowo w przestrzeni na pograniczu psychologii, edukacji i neuronauk. Włącza najnowszą wiedzę naukową w proces edukacyjny. Jego pasją jest bieganie po krzakach z kompasem w ręku. Lubi też muzykowanie, w czasie którego nie rozstaje się z gitarą.

Borys Bińkowski prowadzi projekt badawczy pt. „Szkoła od Nowa”, którego celem będzie publikacja pod tym samym tytułem. Projekt i publikacja ma za zadanie zebranie współczesnej wiedzy na temat edukacji i rozwoju dziecka oraz doświadczeń osób pracujących w szkołach alternatywnych wobec edukacji publicznej. W jego wyniku, po raz pierwszy w Polsce, kompleksowo zaproponowane zostaną rozwiązania ułatwiające stworzenie własnej szkoły alternatywnej.