Znacie te wszystkie „Mama, ja już nie mogę”, „Tata, a poniesiesz mnie na barana”? Większość dłuższych spacerów z juniorami kończy się w ten sam sposób: jęczeniem, że już nie mogą, że dalej nie idą, nieustannym „Daleko jeszcze?”. Całkiem banalna historia mojego niedawnego spaceru pokazała, że czasami wystarczy drobna iskierka natchnienia, żeby dziecięca droga krzyżowa zamieniła się w fantastyczną zabawę.

Cekcyn to niewielkie miasteczko leżące niecałe sześć kilometrów od naszej wakacyjnej kwatery. W nim jest wszystko, czego letnicy potrzebują do szczęścia, gdy zrobi się zbyt chłodno, żeby siedzieć przez cały dzień w jeziorze. Są różne sklepy, jest restauracja, kawiarnia, poczta, apteka oraz bar z lodami ze strzelającą posypką – zdaniem dzieci to główny cel naszego spaceru, choć rodzice uważają, że jest nim sama wędrówka.

Piaszczysta droga wiedzie częściowo przez las (mieszkamy w środku Borów Tucholskich), częściowo polami pośród dojrzałego już zboża oraz wzdłuż jeziora pięknie położonego pośród łagodnych wzgórz. Jest niezbyt gorąco, ale świeci słońce, okoliczności przyrody są piękne oraz niepowtarzalne.

Dla naszych dzieci dystans sześciu kilometrów jest pojęciem abstrakcyjnym, podobnie jak czas spaceru: niecałe półtorej godziny w jedną stronę. Gdy im to powiedzieliśmy, wzruszyły ramionami: Będą lody? No to chodźmy!

No to idziemy.

Towarzyszą nam dwa psy naszych gospodarzy, które przez pierwsze kilometry stanowią główną atrakcję spaceru. Dzieci prowadzą je na smyczach, puszczają wolno, wołają, popędzają, głaszczą po głowach i pokazują im kałuże, z których mogą wychłeptać najpyszniejszą (dla psa) wodę.

Droga do Cekcyna upłynęła szybko, a chwilowy kryzysik zażegnała porcja przekąsek włożona do plecaka przez zapobiegliwą mamę. Gorzej zrobiło się w drodze powrotnej. Dzieci, które pokonały już dobre osiem kilometrów i których żołądki wypełniały specjały z baru Chrobotek (zwłaszcza lody ze strzelającą posypką), wlokły się noga za nogą i stawały się coraz bardziej jękliwe.

Nie pomagały zapewnienia, że jesteśmy już blisko domu ani obietnice kolejnych frykasów czekających na kwaterze. Perspektywa wskoczenia do jeziora wywołała pewne ożywienie, ale nie przyspieszyła tempa ich marszu. „Tata, ja już nie mogę” – jęczały zgodnym chórem, jednocześnie kłócąc się wściekle o jakąś duperelkę. Rodzicom już zaczynała się udzielać atmosfera poddenerwowania. Co robić?

I wtedy przyszło olśnienie.

Wziąłem psią smycz i przypiąłem do plecaczka Zośki. „Piesku – idziemy na spacerek?” Zośce błysnęły oczy. „Tylko mi się nie wyrywaj, piesku, dobrze?” Zośka, przekorna jak każde dziecko, wyrwała do przodu. „Tata, ja też chcę!” – wykrzyknął Staś. Na szczęście psy były dwa, więc i dwie smycze.

Okazało się, że w dzieciach drzemie całe mnóstwo energii. Przez całą resztę drogi biegały, szarpały się na smyczach, aportowały patyki, szczekały i wyprowadzały się wzajemnie na spacerki udając, że jedno jest psem, drugie jego właścicielem. Do domu dotarły zziajane, zakurzone i bardzo szczęśliwe. Rodzice zwalili się na fotele z westchnieniem ulgi.

Po raz kolejny odkryliśmy, że dzieci, nawet najbardziej znudzone i zmęczone, mają jeszcze mnóstwo sił i całe morze kreatywności. Rolą rodziców jest tylko zainicjować zapłon, reszta podzieje się sama. Sęk w tym, że nigdy nie wiadomo, jak skrzesać tę pierwszą iskrę. Ale nikt nie powiedział, że być rodzicami to bułka z masłem…

 

 

foto: autor

Taaatooo, daleko jeszcze? – czyli jak zmotywować juniora do wysiłku
5 (100%) 4 głosów