Mój syn jest w grupie tych kilkudziesięciu tysięcy dzieci, o których mówi się „rocznik eksperymentalny”. A bardziej dosłownie: „rocznik spisany na straty”. Trudno mi się z tym pogodzić i to bardzo boli, ale wszystko, co obserwuję to potwierdza.

O tym, jak wygląda życie siódmoklasistów opowiada Anna Dąbrowska – mama czternastolatka, która w swojej walce o trochę normalnego życia dla swojego syna i jego rówieśników dotarła do Rzecznika Praw Dziecka.

Nikt nic nie wie, wszyscy się boją

Kiedy obecni siódmoklasiści będą kończyć szkołę podstawową równocześnie do szkół średnich pójdzie ostatni rocznik gimnazjów – obecne drugie klasy gimnazjalne. Dwa roczniki będą rywalizować o miejsca w szkołach, a tych miejsc nie będzie dwa razy więcej niż zwykle.

Anna Dąbrowska: Staram się szukać informacji, czytać, pytać, ale tak naprawdę nikt dobrze nie wie, co stanie się z dziećmi z rocznika mojego syna. Mówi się, że będzie im znacznie trudniej dostać się do dobrej szkoły średniej, bo będzie dwa razy więcej kandydatów niż zwykle. Nikt w tej chwili nie wie dokładnie, jak będzie wyglądał ich końcowy egzamin. Podobno dla tego jednego rocznika zawieszony będzie egzamin z przedmiotów przyrodniczych, bo zbyt wielu uczniów mogłoby go nie zdać, albo zdać słabo, a to by źle wyglądało w statystykach. Ale to nie jest potwierdzona informacja, podobnie jak wszystko inne, co wiem na temat przyszłej edukacji mojego syna. Ani rodzice, ani nauczyciele nie dostają żadnych konkretnych potwierdzonych informacji. Nauczyciele w naszej szkole nadal nie wiedzą, jak będzie wyglądał egzamin, do którego właśnie przygotowują swoich uczniów. Mówi się, że jest kuriozalny, pełen nieścisłości i absurdalnie trudny. Ale to pogłoski. Więc tak naprawdę nauczyciele nie wiedzą, jak i do czego mają przygotowywać uczniów, a muszą to robić.

To tak, jakby przygotowywać się do podróży, nie wiedząc, dokąd się jedzie. Na wszelki wypadek trzeba zabrać wszystko i być gotowym tak na tropiki, jak i tęgi mróz. Nic nie wiadomo, więc na wszelki wypadek trzeba jak najwięcej zrealizować. Bo nikt nie wie, jakie będą wymagania na egzaminie. Bo nikt nie wie, jakie dzisiejsze działania mogą pomóc dzieciom w dostaniu się do szkół średnich za rok. Promowane przez MEN szkoły zawodowe mogą stać się dla wielu uczniów koniecznością, albo jedyną szansą na jakąkolwiek naukę ponadpodstawową. Nie dlatego, że edukacja zawodowa jest przepustką do dobrego zawodu, lecz dlatego, że uczniowie nie będą mieli wyboru.

Sami uczniowie również nie wiedzą, co ich czeka. Nauczyciele często straszą uczniów i rodziców wizją niezwykle trudnego egzaminu i podsycają atmosferę niepewności. „Będzie strasznie, będzie źle, dostaną się tylko najlepsi” – mówią. W tak ogromnym stresie nastolatkowie muszą zmierzyć się z ogromem materiału do opanowania – w dwa lata zrobić to, co przedtem było rozłożone na trzyletnie gimnazjum. Trudno tu mówić o prawdziwej nauce i rozumieniu czegokolwiek – na to nie ma czasu. Trzeba po prostu zakuwać, zaliczać i się bać.

Nie ma czasu na życie

Anna Dąbrowska: Po dwóch miesiącach siódmej klasy zorientowałam się, że z moim synem jest kiepsko. Ogromna liczba prac domowych, większa liczba godzin lekcyjnych – obciążenia są znacznie większe niż w poprzednich klasach, różnica jest dramatyczna. 35 godzin lekcyjnych tygodniowo, w niektórych tygodniach dochodzą godziny doradztwa zawodowego i przygotowania do życia w rodzinie, wtedy lekcji jest 37. To niemal tyle co pełny etat dorosłego człowieka. Jeśli uczeń nie wyrobi się z czymś na lekcji, albo dostanie kiepski stopień ze sprawdzianu, musi to poprawić, uzupełnić – na dodatkowej godzinie. Do tego trzeba dodać czas, który dzieci spędzają w domu nad podręcznikami. To są kolejne 3 godziny dziennie.

Dzień pracy mojego syna wygląda tak: od rana szkoła, przychodzi do domu około piętnastej, zjada obiad, biegnie na autobus, żeby dojechać na trening sportowy Wraca około 19:30, je kolację i siada do lekcji. Często znajduję go – moje niespełna czternastoletnie dziecko – śpiące z głową na biurku. Kiedy go budzę, niemal z płaczem powtarza, że nie zdążył, nie dał rady – czegoś zrobić, nauczyć się, przeczytać. Mój syn pracuje ponad siły, siedzi nad książkami do północy, a potem jeszcze zrywa się o szóstej rano, żeby coś dokończyć i gna do szkoły na osiem czy dziewięć godzin. Dorosłemu trudno byłoby wytrzymać taki kierat, a co dopiero trzynastolatkowi, który jest jeszcze dzieckiem, a w dodatku wchodzi w okres dojrzewania, który jest wyjątkowo trudny i obciążający fizycznie i psychicznie.

Nie ma czasu na pasje

Piłka nożna to pasja syna pani Anny. Trenuje od 8 lat i nie jest to takie sobie kopanie piłki, lecz coś, co traktuje bardzo poważnie. Treningi, regularne badania, odpowiednia dieta, wysoka samodyscyplina i ogromne zaangażowanie. Prawdziwa pasja. Na treningi dojeżdża do sąsiedniego miasta cztery razy w tygodniu. Poświęca na nie około dwóch i pół godziny dziennie.

Anna Dąbrowska: Mój syn jest dość dobrym uczniem. Nie wybitnym, ale też nie słabym. Kiedyś usłyszałam od nauczycielki, że powinien zrezygnować z treningów i skupić się na nauce. Szkoła oczekuje ode mnie, że zabronię mojemu dziecku tego, co jest dla niego bardzo ważne! Bo piłka to nie jest tylko jego hobby, mój syn wiąże z nią swoją przyszłość. Poza tym treningi bardzo dużo mu dają. To dzięki piłce, a nie w szkole, rozwija takie cechy jak obowiązkowość, systematyczność, dyscyplinę. Coraz częściej jednak musi wybierać pomiędzy treningiem, a odrobieniem wszystkich zadanych lekcji. Ma po trzy sprawdziany i kilka kartkówek w tygodniu. Plus prace domowe. Dla mnie to jest straszne, że musi rezygnować z tego, co naprawdę kocha, żeby spełnić szkolne wymagania. To straszne, że dziecko musi podejmować takie decyzje. 

Dzieci oprócz tego, że są uczniami, są przecież ludźmi. Kiedy cały ich czas wypełnia nauka, to reszta życia jest upośledzona. Relacje społeczne, pasje, rozwój tych kompetencji, których szkoła nie rozwija – jest wiele rzeczy, których nie da się wkuć z książkowych definicji. Kiedy te dzieci mają się nauczyć samodzielności? Kiedy mają pomóc w domu, odwiedzić babcię, wychodzić na spacer z psem, pójść na zakupy? Gdzie czas na grupy rówieśnicze, gdzie czas na poznawanie świata, na budowanie przyjaźni, wyjście ze znajomymi do kina? nasze dzieci nie mają czasu na to wszystko, co my uważaliśmy za normalny element naszego dzieciństwa i co dziś wspominamy jako to, co nas ukształtowało. To relacje z ludźmi, a nie lekcje chemii czy biologii, pamiętamy najmocniej.

Nie ma czasu na relacje

Anna Dąbrowska: Mój syn zawsze lubił przyjść do mnie, pogadać, pobyć razem. Ostatnio zauważyłam, że wieczorami coraz rzadziej wychodzi ze swojego pokoju. Nie ma już czasu, żebyśmy pogadali. Pomyślałam, że pewnie siedzi w internecie, jak to nastolatek. Ale nie, sprawdzałam – on się uczy. Nauka wpływa też na relacje z młodszym bratem. Mam to szczęście, że moi synowie bardzo się lubią i do tej pory chętnie spędzali ze sobą czas. Mój nastolatek jako starszy brat jest po prostu wspaniały. Teraz widzę jednak, że coraz częściej odmawia młodszemu wspólnej zabawy i wyprasza go ze swojego pokoju, bo musi się uczyć.

Siódmoklasiści nie mają czasu na swoje pasje. Nie mają czasu na pogadanie z rodzicami, na pielęgnowanie relacj z najbliższymi. Nie mają czasu na spotkania z przyjaciółmi, ani na domowe obowiązki, na życie rodzinne, na uczestniczenie w kulturze. Zaprzęgamy nastolatki w kierat nauki wynikający z systemowego chaosu, a zachwilę będziemy się dziwić, że „ta dzisiejsza młodzież” niczym się nie interesuje, że relacje rodzinne słabną, że młodzi kontaktują się ze sobą tylko przez internet.

Mama walczy

Anna Dąbrowska: Najpierw rozmawiałam z wychowawczynią. Napisałam list do dyrekcji szkoły z prośbą o pomoc. List zaczynał się tak: „W związku z obecną sytuacją, w jakiej znaleźli się uczniowie klas siódmych, zdecydowałam się napisać do Pani, jako do dyrektora naszej szkoły w nadziei, że być może wspólnymi siłami zdołamy pomóc naszym dzieciom w tej ciężkiej drodze, jaka bez ich oraz naszej kompletnej wiedzy, stała się ich udziałem”. Pod pismem podpisali się też inni rodzice z naszej klasy. Napisałam też do Rzecznika Praw Dziecka.

W szkole powołano zespół, który miał zbadać problem zgłoszony przez panią Annę. Przeanalizowano sytuację tylko w jednej klasie siódmej, choć w szkole jest ich cztery. Wniosek z pracy zespołu – uczniowie wcale nie są nadmiernie obciążeni. Do prac zespołu nie zostali zaproszeni ani rodzice, ani uczniowie, nauczyciele więc mogli zbadać sprawę tylko z własnej perspektywy.

Rzecznik Praw Dziecka na list pani Anny odpowiedział błyskawicznie. Zapewnił, że „będzie monitorował sytuację szkolną uczniów w dobie obecnej reformy oświaty oraz wstawiał się za prawem dzieci do nauki w warunkach przyjaznych, bezpiecznych i higienicznych (również intelektualnie), aby zapewnić im zdrowy rozwój psychiczny, fizyczny, emocjonalny i społeczny.” Biuro RPD może też i jest gotowe podjąć interwencję w indywidualnej sprawie zgłoszonej przez panią Annę.

Nie zdecydowałam się na takie „indywidualne śledztwo”. Bo nie chodzi mi o to, żeby mój syn był jakoś specjalnie traktowany, tylko o to, że to jest szerszy problem, który trzeba rozwiązać systemowo.

Rzecznik Praw Dziecka dostrzega problem i stara się go rozwiązać w miarę swoich możliwości. Nasuwa się jednak pytanie, czy dysponuje skutecznymi narzędziami wpływu na sytuację siódmoklasistów w Polsce?

Rocznik spisany na straty

Widziałam plan lekcji siódmych klas w dwóch szkołach, które akurat niedawno odwiedziłam.  Codziennie 8 lekcji, rzadko 7, mniej – nigdy. Do tego prace domowe.

Niektórzy rodzice mówią, że już się dzieci przyzwyczaiły, że już nie ma problemu. Ja też widzę, że coś się zmieniło w moim dziecku. Czegoś się nauczył. Czego? Odpuszczania. Olewania. Lekceważenia tego, czego nie daje rady zrobić. Znienawidził nauczycieli i szkołę. 

Czy o taki efekt wychowawczy nam chodzi?

Siódmoklasiści pracują ponad siły, a ich przyszłość jest niepewna. Nikt nie ma pomysłu na to, jak skutecznie im pomóc. Nauczyciele starają się „robić swoje”. Przeczekujemy, aż problem sam się rozwiąże. Skoro dotyczy „tylko” jednego rocznika, to zniknie, gdy rocznik ten zakończy edukację? Na to liczymy?

Dzieci powinny mieć w nas dorosłych opiekunów, sprzymierzeńców, dbających o ich dobro i bezpieczeństwo, tymczasem nastolatkowie muszą osobiście ponieść koszty reformy edukacji, której twórcy albo „przeoczyli” problem siódmych klas, albo świadomie spisali ten rocznik na straty.

IMG_2533c

Autorka: Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, dziennikarka, blogerka, mama Tymona i Marysi, żona Krzysztofa. Studiowała filozofię i dziennikarstwo. Pisze dla Gazety Wyborczej, wcześniej – dla miesięcznika „GaGa”, kwartalnika „Twój Junior”. Uwielbia książki, panoramę z Wielkiej Rawki w Bieszczadach, podróżowanie z mężem i dziećmi oraz spotkania z przyjaciółmi.

c

foto: Kennedy Library (flickr CC BY-NC 2.0), r. nial bradshaw (flickr CC BY 2.0), Pixabay

 

 

Siódmoklasiści – rocznik spisany na straty?
4.1 (81.54%) 26 głosów