Rekrutacja do szkół średnich – podwójny rocznik, zdenerwowani rodzice, zestresowane nastolatki, nie śpią po nocach, żyją w napięciu, nieznośny stres, nie wiadomo, co z nimi będzie… Rekrutacyjna katastrofa budzi we mnie złość i wielki sprzeciw. Ale o tym wielu już pisało. Ja chcę o czymś innym. O czymś, co może umknąć w ferworze bitwy o najlepszą dostępną szkołę. Bo w tej całej sytuacji chodzi nie tylko o to, jaką szkołę wywalczymy dla naszego dziecka. Właśnie teraz uczymy nasze dzieci, jak radzić sobie z problemami.

Dzieci dostają nerwowego ścisku żołądka i nie śpią po nocach czekając na wyniki kolejnych etapów rekrutacji do szkół średnich. Winimy za to sytuację, bo jest trudna i stresująca. To prawda. Ale to od nas, rodziców, zależy, jak dzieci do niej podejdą. Czy będą w niej obgryzać paznokcie z nerwów, czy też z całą świadomością powagi sytuacji, zachowają jednak przekonanie, że jakkolwiek będzie, są wartościowymi ludźmi a z problemami sobie poradzimy. Tegoroczny rekrutacyjny labirynt jest dla nas egzaminem rodzicielskiej dojrzałości. Bo to my mamy przeprowadzić nasze dzieci przez całe to zamieszanie. I zrobić to tak, by po drodze nie straciły wiary w siebie i motywacji do dalszej nauki i rozwoju.

A co jeśli nasze dziecko nie dostanie się do wybranej szkoły? Co to znaczy dla nas? Jak opowiadamy tę sytuację naszym dzieciom? Czy jest to opowieść o katastrofie, straconych szansach, zmarnowanym wysiłku? A może mówimy głównie o naszej złości na rząd, o rozczarowaniu, poczuciu krzywdy i bezsilności? Złość jest tu całkiem na miejscu. Rozczarowanie też – nie tego przecież oczekujemy od rządzących, nie totalnego bałaganu, szczególnie w tak ważnym obszarze, jak edukacja. Ale co wynika z tej naszej złości? Co słyszą nasze dzieci? Że niewiele możemy zrobić? Że będziemy walczyć o jak najlepszą szkołę z tych, które są dostępne? Że mimo wszystko znajdziemy dobre rozwiązanie? Że dróg do celu może być wiele?

Rekrutacyjne zamieszanie to sytuacja trudna dla wielu z nas. Dzieci, obserwując nasze działania, właśnie teraz uczą się, jak radzić sobie z takimi problemami. Co robić, gdy zamiast wsparcia i bezpieczeństwa dostaje się totalny bajzel. Jaki przekaz im dajemy? Czego się od nas nauczą? Mogą się nauczyć martwienia się, rozpaczy, gniewu, narzekania, bezsilności, pogodzenia z losem. Mogą też zobaczyć, że kiedy państwo zawodzi, można wziąć sprawy we własne ręce. Mogą nauczyć się, jak sprawdzać wszystkie możliwe opcje, jak walczyć o swoje interesy, wykorzystując dostępne ścieżki urzędowych odwołań. Mogą nauczyć się nieustępliwości, skrupulatności w poszukiwaniu kolejnych rozwiązań. Możemy też nauczyć dzieci, że kiedy dostępne rozwiązania nas nie zadowalają, można probować stworzyć nowe, własne. Krytyczna sytuacja to moment, kiedy można zweryfikować własne przekonania i zadać sobie pytania, jakich na co dzień sobie nie zadajemy. I być może doprowadzą nas one do zaskakująco odkrywczych odpowiedzi.

Dlaczego chcemy tej, a nie innej szkoły? Co jest naprawdę ważne w szkole? Dlaczego ważne jest miejsce szkoły w rankingu? I czy naprawdę jest ważne? Co w „lepszej” szkole dzieje się takiego, że uważamy ją za lepszą? Odsetek zdających na studia – dlaczego tu jest wyższy, a gdzie indziej niższy? Czy na pewno świadczy o tym, jak dobrze szkoła uczy? Statystyka bywa kłamliwym narzędziem.

Do czego właściwie potrzebujemy szkoły? Żeby nasze dziecko miało dostęp do wiedzy? Przecież ma – internet jest bogatszym źródłem informacji niż wszystkie szkolne podręczniki. Do czego właściwie zmierzamy w dalszej perspektywie? Czy szkoła to jedyna możliwa opcja? Czy jest niezbędna dla naszych planów i realizacji marzeń? A edukacja domowa? Dlaczego od razu mówimy, że to niemożliwe? Co naprawdę wiemy o edukacji domowej? A szkoły niepubliczne – nie stać nas? Co możemy zrobić, by znaleźć na nie środki? A przeprowadzka do innego miasta, innej dzielnicy? Nie wchodzi w grę? Właściwie dlaczego?

Jeśli córka czy syn nie dostanie się do żadnej z wybranych szkół, co możemy zrobić? Zgodzić się na to, co dostaniemy? Znaleźć szkołę niepubliczną? Przyjąć jakiekolwiek rozwiązanie na kilka miesięcy, żeby dać sobie więcej czasu na zastanowienie? Założyć własną szkołę? Spróbować edukacji domowej? Przeprowadzić się do innego miasta? Innego kraju? Szkoła z internatem? Szkoła za granicą? …

Nie twierdzę, że wszystkie te rozwiązania są dla każdego dostępne, ani że wszystkie są dla każdego równie dobre. Ale sytuacja zmusza nas do rozważenia możliwości, których może nigdy byśmy nie wzięli pod uwagę. Chcę Was namówić do myślenia, które wykracza daleko poza opcję szkoły piętnastego wyboru. Kiedy przyszłość jest niepewna, możemy się bać, ale możemy też zacząć tworzyć własne scenariusze. Możemy poszerzyć nasze myślenie o nowe wątki, których do tej pory nie braliśmy pod uwagę. Nawet jeśli z nich nie skorzystamy, warto to zrobić i zbudować w sobie poczucie wpływu na sytuację, samodzielnie stworzyć sobie poczucie bezpieczeństwa i panowania nad sytuacją, bez oglądania się na – jak już wiemy bardzo zawodne – państwo.

Nasze dzieci wiele się teraz od nas nauczą. Świadomie, czy nie, właśnie bardzo mocno kształtujemy ich postawę wobec życia i jego często niełatwych wyzwań. Jaka ona będzie? Czy więcej w niej będzie lamentu i zamartwiania się, wkurzenia i walki, namysłu i kreatywności? Może wszystkiego po trochu? Rozmawiajcie z dziećmi, naradzajcie się wspólnie, dzielcie się nawzajem przemyśleniami i emocjami. Pamiętajcie tylko, że choć nasze dzieci to już całkiem mądre nastolatki, to my, rodzice, jesteśmy tutaj dorośli. To, co teraz naszym nastoletnim dzieciom powiemy i pokażemy, będzie miało wpływ na ich emocje, wiarę w siebie, postawę wobec życia i świata.

Antek – rocznik „eksperymentalny”

Rok temu w marcu, rozmawiałam z Anią, mamą Antka. Antek był wtedy w siódmej klasie. – Mój syn jest w grupie tych kilkudziesięciu tysięcy dzieci, o których mówi się „rocznik eksperymentalny”. A bardziej dosłownie: „rocznik spisany na straty”. Trudno mi się z tym pogodzić i to bardzo boli, ale wszystko, co obserwuję to potwierdza – mówiła wtedy Ania. (całą rozmowę przeczytasz TUTAJ)

W tym roku Antek skończył ósmą klasę i doświadczył dalszego ciągu „edukacyjnego eksperymentu” na sobie. Zapytałam Anię o rekrutację. Nasza rozmowa potoczyła się w dość niespodziewanym kierunku, który – mam nadzieję – będzie inspirujący i dla innych rodziców.

Antek wybrał 7 szkół w tym dziesięć klas, czyli ogólnie 10 wyborów. Antek to humanista, wiec były to klasy o profilu humanistycznym. Wybieraliśmy takie, gdzie jest angielski i hiszpański, ponieważ tych dwóch języków Antek się uczył w podstawówce. Trzecim kryterium była odległość od domu. Antek nie rezygnuje z intensywnych treningów piłkarskich wiec nie chcemy, żeby dojazdy zajmowały mu więcej niż godzinę. 

Antek dostał się do szkoły trzeciego wyboru. Postanowiłaś pisać odwołanie, bo do szkoły, którą stawialiście na pierwszym miejscu Antkowi zabrakło niewiele punktów. Dlaczego ta, do której się dostał nie jest zadowalająca?

Szkoła pierwszego wyboru jest trochę bliżej i ma lepszą bazę sportową. Odrobinę wyżej w rankingu – mówi Ania. – Ta, do której Antek się dostał ma gorszą bazę sportową, dużo starszą infrastrukturę budynku i jest parę miejsc niżej w rankingu. I dla nas o 15 minut dłuższy dojazd. Ale za to języki na super poziomie. 

Dlaczego ważne jest miejsce w rankingu?

Większy odsetek dostaje się na studia. Wyższy próg punktowy sugeruje wyższy poziom nauczania. Lepiej żeby Antek był trójkowy w lepszej szkole niż piątkowy w gorszej.

A co w „lepszej” szkole dzieje się takiego, że jej trójkowy uczeń wie i umie więcej niż piątkowy w „gorszej”?

Ależ ty trudne pytania zadajesz. Nie zastanawiałam się nad tym. Lepiej moim zdaniem równać do lepiej się uczących, niż do gorzej.

A bycie „trójkowym” nie zniechęca do nauki? Wiesz, skoro nie mam szans na pełny sukces, to znika frajda ze starań.

Myśle, że w krótkim okresie czasu może zniechęcić. Ale ja znam mojego syna, on jest sportowcem, długodystansowcem. Wie, że sukces nie jest zdobyty w chwilę, wie, że systematyczna praca daje oczekiwane rezultaty. On potrafi i woli wypracować wyniki, niż wszystko od razu dostawać na tacy. Nie zniechęca się szybko, tego nauczył go sport.

To on sobie poradzi w każdej szkole. I dostanie się na studia, jeśli tylko będzie tego chciał. I to będzie jego zasługa, a nie szkoły. Nie sądzisz?

Czysta prawda! Napisz to! Potencjał to nasze dzieci i nikt nie może im zaszkodzić, jeśli ich najbliżsi są po ich stronie.

No więc piszę, Aniu. Piszę z nadzieją, że ta nasza rozmowa pomoże innym rodzicom dostrzec, że szkoła o wysokim miejscu w rankingu nie decyduje o sukcesie, tak samo, jak szkoła o niskiej pozycji nie przesądza o porażce. Że szkoła to w ogóle nie jedyna droga. Że to, co najważniejsze tkwi w naszych dzieciach, to one mają w sobie potencjał. Nastolatki to już wystarczająco mądrzy ludzie, by wzięli odpowiedzialność za swój rozwój. Bardziej niż szkoły potrzebują do tego wsparcia rodziców.

A! I coś jeszcze. Szansę realnego wpływu na jakość edukacji będziemy mieli jesienią, przy wyborczych urnach. Nie zapomnijmy o tym.

 

Foto: created by jcomp – www.freepik.com

Rekrutacyjny labirynt – nie przegap tego, co najważniejsze
4.2 (84%) 5 głosów