Niezależnie od tego, kiedy nastąpi powrót do szkoły i stacjonarnej nauki (czy w maju, jak ostatnio deklaruje premier, czy we wrześniu, czy jeszcze kiedy indziej), nie będzie to koniec trudności, a raczej wejście w etap kolejnych wyzwań. Do szkół wrócą uczniowie, których kondycja psychiczna i fizyczna jest mocno nadszarpnięta. Wrócą do nich nauczyciele, którzy są przemęczeni i pełni lęku. Będą też rodzice, którzy liczą na koniec kłopotów i nieco wytchnienia, gdy tymczasem ich dzieci będą potrzebowały w tym okresie szczególnego wsparcia. 

Nie będzie powrotu do normalności sprzed pandemii. Nie będzie powrotu do tego, co znamy. Wrócimy owszem do budynków szkolnych, ale to jedyny element, który będzie mniej więcej taki, jak przed pandemią. Szkolna społeczność, która wypełni sale i korytarze, będzie już zupełnie inną społecznością. 

Uczniowie spędzili w izolacji ponad rok (z przerwą na wakacje i kawałek minionego września). Dla czwartoklasisty to więcej niż 10% jego dotychczasowego życia. Jeśli porównać to proporcjonalnie do życia trzydziestoletniego dorosłego, to tak, jakby ten dorosły spędził w lockdownie ponad 3 lata. Wyobrażacie sobie siedzieć w domu, dzień w dzień głównie w towarzystwie twarzy komputera przez trzy lata?!

Do szkół wrócą uczniowie pokruszeni emocjonalnie. Wielu z nich w depresji, niektórzy na lekach i w terapii, inni jeszcze nie zdiagnozowani. Wrócą uczniowie, którzy przez wielomiesięczną izolację nabawili się fobii społecznych, albo po prostu „społecznie zdziczeli”, tacy, którzy będą mieli problemy w odbudowie relacji z grupą i najchętniej na zawsze schowaliby się w domu za ekranem komputera. I tacy, którzy bardzo tęsknili za rówieśnikami i cierpieli z powodu samotności, ale mają w sobie ogrom napięcia, lęku i niepewności związanych z ponownym kontaktem z kolegami i koleżankami.

Wrócą do szkoły uczniowie z różnych domów – takich, gdzie w trakcie pandemii doświadczali wiele miłości i wsparcia i takich, gdzie tego wsparcia brakowało. Wrócą też ci, którzy miesiącami zanurzeni byli w klimacie rodzinnych zmartwień, frustracji, agresji, czasem też traum. Wrócą uczniowie, którzy doświadczali przemocy i ci, którzy stracili kogoś bliskiego, albo bali się o życie członków swojej rodziny.

Ci wszyscy uczniowie, z bagażem lęków i napięć, będą potrzebowali wsparcia, zrozumienia, umiejętnych interwencji i pomocy dorosłych w tym nowym etapie reintegracji w szkolnej społeczności. Będą też potrzebowali na nią czasu.

Tomasz Bilicki, terapeuta, pedagog, interwent kryzysowy – w wywiadzie dla Wysokich Obcasów powiedział: „Szacuję, że od 5 do 10 proc. ludzi może mieć realne kłopoty z powrotem. W takim sensie, że albo nie wyjdą z domu, albo przyjdą do szkoły i z niej zaraz wyjdą, albo w tej szkole będą wykazywali silne reakcje stresowe. Ta grupa będzie potrzebowała pomocy profesjonalnej. To niby niedużo. Ale jeśli to będzie 30, 50, 70 osób w każdej szkole, kto im pomoże? (…) Pozostałym też może być trudno, ale się przełamią i wdrożą. Myślę, że normalizacja tej sytuacji potrwa mniej więcej kilka miesięcy, bo tyle trwa zdrowe przepracowywanie kryzysu. Przy czym przez normalizację rozumiem nie powrót do tego, co było, tylko adaptację do nowej sytuacji. Bo chodzenie do szkoły stanie się nową sytuacją. W tej grupie będą tacy, co potrzebują na adaptację trzech minut, inni trzech tygodni, a jeszcze inni trzech miesięcy.” Ten wywiad warto przeczytać w całości. Właściwie powinien być lekturą obowiązkową dla wszystkich dorosłych, którzy mają do czynienia z dziećmi w wieku szkolnym.

Fundacja Innopolis, której Tomasz Bilicki jest prezesem, przygotowała zestaw podpowiedzi dla rodziców, nauczycieli i dzieci – sięgnijcie do nich już teraz.

Do szkół wrócą też nauczyciele – wielu z nich wyczerpanych edukacją zdalną i hybrydową, ciągłą niepewnością, ogromem wymagań, chaosem. Wrócą nauczyciele, którzy nie zdołali komfortowo odnaleźć się w cyfrowym świecie i miesiącami przeżywali frustracje tym spowodowane. Oraz ci, którzy odnaleźli się całkiem nieźle, ale tak bardzo starali się robić dobre e-lekcje i zrealizować cały materiał, że pracowali często po kilkanaście godzin na dobę i teraz są już u kresu sił. Wrócą nauczyciele, którzy doświadczyli straty kogoś bliskiego, lęku o życie i zdrowie swoje i swoich najbliższych. Wrócą nauczyciele, którzy miesiącami doświadczali niepewności, frustracji i złości – bo decyzje o edukacji były podejmowane na ostatnią chwilę, bo był chaos komunikacyjny, bo uczniowie nie chcieli włączać kamerek, bo ściągali na zdalnych sprawdzianach… Bo nad niczym nie było kontroli. I z tymi pokładami wewnętrznych napięć, czasami tłumionej agresji, lęków, frustracji nauczyciele staną oko w oko z uczniami, potrzebującymi zrozumienia, empatii i wsparcia. Ilu z nich będzie mogło dać to wsparcie młodym ludziom? A ilu chwyci się tego, co w miarę pewne, konkretne, określone i nad czym można mieć jakąś kontrolę: realizacji programu i nagdaniania materiału?

Wielu uczniów wcale nie ma ochoty wracać do szkoły. Wielu boi się, że po powrocie nastąpi karuzela sprawdzianów, klasówek, rozliczania z tego, co zrobili, a czego nie zrobili „na zdalnym”, sprawdzania zeszytów, prac domowych. Boją się, że w imię nadrabiania zaległości doświadczą w szkole tylko oceniania, presji, wymagań, straszenia. 

Też się tego obawiam.

Są jeszcze rodzice. Oni też w wrócą do szkoły. Ze swoimi oczekiwaniami, nadziejami i emocjami. Rodzice, którzy stracili pracę i ci, którzy musieli zamknąć swoje działalności. Ci, którzy zbankrutowali i ci, którzy przejedli wszystkie oszczędności. Wrócą rodzice w żałobie po stracie bliskich i ci, którzy doświadczyli choroby i lęku o swoje życie. Wrócą rodzice, którzy nie radzili sobie z wspieraniem swoich dzieci w nauce i wielu takich, którzy pragnęli powrotu dzieci do szkoły, żeby mogli sami odetchnąć. Wrócą też rodzice, którzy podczas zdalnej edukacji dostrzegli, że szkoła unieszczęśliwia ich dzieci, którzy czują złość, mają pretensje, chcą zmiany.

Dyrektorów szkół czeka ogromne wyzwanie poskładania tej szkolnej społeczności. Zadbania o potrzeby ludzi – nauczycieli i uczniów – w sytuacji presji na nadrabianie materiału. Zintegrowania na nowo zespołu, zmierzenia się z kryzysami, jakie się w nim pojawią, ustalenia priorytetów, zorganizowania pracy szkoły tak, żeby to wszystko działało. A przecież i oni przyniosą do szkoły cały swój bagaż emocjonalny uzbierany podczas pandemii. 

To wygląda jak krajobraz po bitwie. Bo w istocie nim jest. Dlatego pierwsze tygodnie, może nawet miesiące po powrocie do szkoły powinny być czasem opatrywania ran, regeneracji sił, uważnego sprawdzania, w jakiej jesteśmy kondycji – każdy z osobna i wszyscy razem, jako klasa, szkoła, społeczność. To powinien być czas składania w całość grup, odbudowywania relacji i porozumienia, poznawania się na nowo, bo w istocie jesteśmy nie ci sami, co dawniej. To powinien być czas rozmów i nazywania tego, czego doświadczyliśmy, tego, co czujemy, tego, czego potrzebujemy. 

Niestety media społecznościowe pękają od wpisów o już zapowiadanych sprawdzianach, kartkówkach, klasówkach w hurtowych ilościach. Hasło „nadrabianie zaległości” odmieniane jest przez wszystkie przypadki i okraszone komentarzami na temat lenistwa małolatów, którym się po prostu uczyć nie chce. Niektórzy nauczyciele już zapowiadają: „jak wrócicie do szkoły to was dojadę”. I nie jest to odosobniona zapowiedź. Bo czym innym, niż zapowiedzią „dojechania” uczniów jest zapełnianie elektronicznych dzienników planowanymi kartkówkami, klasówkami, sprawdzianami…

Na szczęście są również głosy dające nadzieję, jak ten: „Gdy wrócimy do szkoły, chciałbym byśmy usiedli w kręgu. Byśmy porozmawiali o tym, co przeżyliśmy, o naszych nadziejach i obawach. W kręgu, by zobaczyć swoje twarze. W kręgu, by każdy był tak samo ważny. W kręgu, by każdy był wysłuchany” (Leszek Olpiński)

Szkoła po pandemii musi być inna niż przed nią – pisałam o tym już rok temu, w kwietniu 2020, choć wtedy jeszcze nie było tak wyraźnie widać, jak ogromne piętno odciśnie pandemia na psychice dzieci i młodzieży, nas wszystkich, na całej tkance społecznej. Teraz to już nie tylko prognozy ekspertów, lecz fakty, bieżące dane – statystyki prób samobójczych u dzieci i długość oczekiwania na konsultację psychiatryczną, liczby pokazujące ile dzieci „zniknęło” z systemu edukacji i liczby recept na leki przeciwdepresyjne przepisywane dzieciom i nastolatkom. 

Szkoła po pandemii musi być inna. Musi się zacząć od stopniowego odbudowywania kondycji psychicznej i fizycznej dzieci. Nauczycieli i rodziców też. To jest priorytet. Nadrabianie zaległości programowych nie może być ważniejsze i nie możemy się nim zasłaniać. Odpowiedzialnością dorosłych jest zadbanie o dobrostan i rozwój dzieci i żadna podstawa programowa z tej odpowiedzialności nas nie zwalnia. 

Nie mówmy o straconych rocznikach czy straconym pokoleniu, bo tu jeszcze nie ma miejsca na biadolenie. Mamy do czynienia z kryzysem i nasze zadanie to jak najlepiej sobie z nim poradzić. I właśnie minimalizować straty. Każdy rodzic i każdy nauczyciel ma na to swój wpływ. Jeśli oblejemy ten egzamin z naszej dojrzałości, koszty poniesiemy wszyscy, całe społeczeństwo.

autorka: Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, blogerka, dziennikarka, prezeska Fundacji Rozwoju przez Cale Życie, mama Marysi i Tymona. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Tropi nowinki i nowoczesne pomysły edukacyjne, angażuje się w różnorodne działania na rzecz lepszej edukacji. Miłośniczka książek, również tych dla dzieci i młodzieży. Najlepiej odpoczywa odwiedzając ciekawe miejsca i doświadczając świata wspólnie z mężem i dziećmi.