Dlaczego dzieci grzebią się rano przed wyjściem do szkoły, ciągle coś gubią, o czymś zapominają, są niezdyscyplinowane i nieogarnięte? A właściwie bardziej chcę zapytać, dlaczego nas to tak złości? („Jak można jeść śniadanie przez pół godziny?!”, „czy ja wygrałam w totka, żeby kupować ci wciąż nowy strój na w-f?”, „co masz takiego ważnego do powiedzenia, że nie możesz zaczekać do przerwy?!”). Może dlatego, że w nawale własnych obowiązków nie mamy rezerwy czasu i uwagi, by przyjąć niespodziewane potknięcia dzieci? A może dlatego, że nie bierzemy pod uwagę, że one mogą nastąpić?

Przecież mają się tylko uczyć

Wielu dorosłych mówi, że przecież dzieci mają się tylko uczyć, wszystko mają podsunięte pod nos. Ośmiolatek, czy trzynastolatek nie musi martwić się kredytem hipotecznym, zakupami, zrobieniem obiadu, za krótkim domowym budżetem. Ma się tylko uczyć. Spodziewamy się więc, że w tak komfortowej sytuacji, będzie działał wzorowo. Każdego dnia wstanie rano, sprawnie się ubierze, umyje, zje śniadanie, spakuje plecak i punktualnie dotrze do szkoły. Będzie skupiony na lekcjach, zanotuje co trzeba, zapamięta co trzeba, będzie uprzejmy dla nauczycieli i serdeczny dla kolegów. Zje szkolny obiad i podziękuje. Nie zapomni o zeszytach i książkach, a po powrocie do domu odrobi lekcje w skupieniu i z poczuciem obowiązku, kształtując swą systematyczność i odpowiedzialność. Wyniesie śmieci bez przypominania. O wyznaczonej porze umyje się, porządnie wyszczotkuje zęby i pójdzie spać.

Tymczasem rano młodsze szuka skarpetki, starsze przysypia nad śniadaniem, młodsze ma kołtun we włosach, bo wczoraj wieczorem nie rozczesało, starsze nie wie, gdzie zeszyt od polskiego. Ich nagłe potknięcia wytrącają nas z równowagi i irytują, rodzinny rytm zgrzyta, jakby w łożyska dostały się ziarnka piasku. Dlaczego nie przygotowały wszystkiego wczoraj? Dlaczego nie mogą po prostu sprawnie zjeść, ubrać się i wyjść? Czy to takie trudne? Dlaczego trzeba je ciągle poganiać, czy nie mogłyby same patrzeć na zegarek i zadbać o wyrobienie się na czas? W szkole a to czegoś zapomną, a to nie usłyszą, a to nie zanotują. Marudzą, że szkolne obiady niedobre. Gubią kapcie. Nie radzą sobie z zadaniami domowymi. To, co nam wydaje się proste, u nich stanowi problem. I ten bezradny wzrok, kiedy nastolatek mówi „mamo nie mam czystych skarpetek”.

Dziecko to człowiek

Oczekujemy, że dzieci będą bezawaryjne. Jak japońskie samochody. A one są ludźmi, jak my. Miewają gorsze dni, nie mogą zebrać myśli z powodu niewyspania, trudno im się skupić kiedy buzują w nich emocje, zawalają obowiązki, kiedy mają ich za dużo, czegoś zapominają, potrzebują odpoczynku. Bywa, że gorzej się czują, że mają jesienny blues, albo wiosenną słabość. Bywają przemęczone.

Zdarza się, że coś nam się nie udaje, zawalamy projekt w pracy, nie dotrzymujemy terminu, warczymy na małżonka „bez powodu” (zawsze jest jakiś powód, choć nie zawsze powinien skutkować warczeniem), z czymś nie zdążamy… Dzieciom zdarza się nie odrobić pracy domowej, zapomnieć zeszytu, źle napisać klasówkę, mieć focha „bez powodu”, z czymś nie zdążyć… Widzicie podobieństwa?

Dlaczego dzieci nie dają rady?

Kiedy szukamy przyczyn i wyjaśnień naszych dorosłych potknięć i porażek, mówimy o złym samopoczuciu, spadku energii, wpływie pogody, zbyt dużym stresie. Czasem po prostu nie dajemy rady, bo rzeczywistość i wszystko co w niej – ludzie, zadania, obowiązki – zaczyna nas przerastać, bo jest tego wszystkiego za dużo, albo jesteśmy chwilowo słabsi, w gorszej formie. Czasami wszystko idzie świetnie, czujemy wiatr w żaglach, a czasami zupełnie nie, raz mamy rozpęd i możemy góry przenosić, a innym razem nie – tak się życie plecie, że góry do przeniesienia nie zawsze potrafią zgrać się w czasie z naszą mocą i bywa, że pojawiają się przed nami wcale nie wtedy, kiedy jesteśmy w stanie je przenieść.

Nie ma dzieci, są ludzie.

Janusz Korczak

Z dziećmi jest dokładnie tak samo – tak jak dorośli, są ludźmi i nie zawsze mogą z taką samą energią mierzyć się z wyzwaniami. Dzieci mają tylko trochę inne góry do przenoszenia. Dla nas górą jest spłata kredytu, projekt w pracy, czy ustawienie rodzinnego grafiku zajęć. Dla dzieci górą bywa skupienie na lekcji, pamiętanie o zabraniu zeszytów i co zadane, klasówka z chemii, albo poranne szykowanie się do szkoły. Chwilowe złe samopoczucie, spadek formy, wpływ pogody, zbyt duży stres, za dużo na głowie, przemęczenie, niewyspanie, czymś się przejmowanie, jakiś smutek – to wszystko dotyczy dzieci tak samo jak dorosłych.

Życie stawia przed dziećmi wyzwania tak samo, jak przed dorosłymi. Wszyscy mamy góry, z którymi jakoś musimy sobie poradzić. Nie lekceważmy tych, które stają przed dziećmi tylko dlatego, że wydają nam się niższe. Kto kiedykolwiek wędrował po górach, ten wie, że na niewysoki szczyt może prowadzić ekstremalnie trudne podejście, a na znacznie wyższy można wejść całkiem komfortowo.

Wsparcie, zrozumienie, empatia

W gorszych momentach dzieci potrzebują naszego wsparcia i zrozumienia. Tak jak i my ich potrzebujemy, kiedy rzeczywistość stawia opór. Potrzebują też, żebyśmy nauczyli je, jak sobie radzić w takich sytuacjach. Kiedy zacisnąć zęby i pokonać słabość, a kiedy odpuścić i być dla siebie łagodnym. Takich umiejętności dzieci uczą się obserwując nas, ale też w relacji z nami. Jeśli ktoś teraz powie, że to wszystko to „bezstresowe wychowanie” i że „dzieci wchodzą nam na głowę”, odpowiem, że wsparcie i zrozumienie to nie to samo co pobłażanie i brak wymagań. To my dorośli powinniśmy umieć odróżnić jedno od drugiego.

Współczesny świat jest niezwykle wymagający wobec dorosłych i wobec dzieci. Pisze o tym w „Wypalonych dzieciach” niemiecki psychiatra Michael Schulte-Markwort. Presja osiągnięć, pogoń za sukcesem, brak miejsca na słabość w końcu wielu z nas doprowadzają do wypalenia. Z dziećmi jest podobnie. Czy możemy to zmienić? Możemy próbować. Bądźmy empatyczni dla dzieci i dla siebie samych. Rozmawiajmy o tym, co każdy dzień przynosi, co nam pomaga ogarniać rzeczywistość, a co nas osłabia. Dbajmy o siebie nawzajem.

 

Oczekujemy, że dzieci będą bezawaryjne, jak japońskie samochody
4.3 (86.67%) 6 głosów