Relacje między nauczycielami i rodzicami to bardzo często trudny związek. I jak to w trudnym i niesatysfakcjonującym związku – staramy się jakoś sobie radzić. Tyle że nasze strategie – tak jednej, jak i drugiej strony – zazwyczaj pogłębiają konflikt, zamiast zmierzać ku konstruktywnym rozwiązaniom. A to – podobnie jak w związkach w kryzysie – mocno odbija się na dzieciach. Wpływa nie tylko na ich tu i teraz, ale determinuje ich przyszłość.

Tocząc ze sobą walkę, szkalując się nawzajem w mediach społecznościowych, wykrzykując wzajemne pretensje, przerzucając się odpowiedzialnością i obwiniając jedni drugich o całe zło sprawiamy, że atmosfera w edukacyjnej przestrzeni jest toksyczna. A przecież wspólnie wychowujemy dzieci! 

Niech wam się nie wydaje, że rodzicielsko-nauczycielskie wojny toczą się ponad głowami dzieci, że one są poza tym. Ich ten konflikt dotyczy najbardziej i to one są najbardziej narażone na jego destrukcyjne działanie. Tak, jakby żyły w rodzinie, w której rodzice albo nieustannie się kłócą, albo ze sobą nie rozmawiają, wrogo na siebie popatrując i pomrukując pod nosem o beznadziejności i głupocie tego drugiego. Dzieci doskonale czują, że jest źle, ale nie mają jeszcze wypracowanych mechanizmów, które mogłyby je ochronić, ani takich, które pozwoliłyby im zrozumieć, co się dzieje. Kiedy najważniejsi dorośli w życiu dzieci nie dogadują się ze sobą, znika poczucie bezpieczeństwa, trudno jest dziecku zrozumieć świat i ludzi, dręczy je konflikt lojalności, nierzadko też „dostają rykoszetem”. 

Rodzice atakują, wyrażają wprost swoje pretensje, próbują zmusić nauczycieli do komunikacji i działań, które uważają za potrzebne dzieciom. W domowym zaciszu leczą wrzody żołądka – efekt stresu i frustracji, które przeżywają na samą myśl o szkole. Nauczyciele szczerze nie znoszą tych „roszczeniowych rodziców”. Scysje odchorowują nie mniej niż oni. Z coraz większą niechęcią odnoszą się do ich dzieci, które nie mają innego wyjścia, jak przyjąć na siebie skutki nauczycielsko-rodzicielskiego konfliktu. W tej walce to dziecko przegrywa.

Albo inaczej: nawet gdy postępowanie nauczyciela budzi wątpliwości rodziców, stosują oni metodę racjonalizacji i zamiatania pod dywan – „skoro ja przeżyłem taką szkołę i wyszedłem na ludzi, to i moje dziecko przeżyje”, albo „nic nie mogę zrobić, bo jeśli zainterweniuję, zemści się to na dziecku”. Rodzice przekonują więc dziecko, by się podporządkowało, przetrwało, jakoś wytrzymało. W ten sposób zamiast troszczyć się o dziecko, opuszczają je w trudnościach tym samym pokazując, że jego problemy nie są warte ich reakcji. Dziecko przegrywa.

Albo jeszcze inaczej: sfrustrowany nauczyciel w obliczu coraz bardziej przytłaczającego systemu oraz ciągłych pretensji lub bierności rodziców, traci chęć do „bycia fajnym nauczycielem”, czuje się niedoceniony – tyle z siebie daje a rodzice tego nie widzą, wtrącają się, jakby uważali, że nauczyciel nic nie umie, albo nie chcą w żaden sposób się zaangażować. Zniechęcenie sprawia, że traci serce do dzieci i staje się, jak reszta pokoju nauczycielskiego, urzędnikiem na stanowisku nauczyciela. Dzieci tracą ważnego przewodnika, a rodzice mają – tym razem już uzasadnione – pretensje.

Oraz szersza perspektywa: Zmiany w systemie edukacji uderzają w nauczycieli, zamiast poprawiać to, co wymaga poprawy, demolują edukację cofając ją do stanu z lat siedemdziesiątych. Kiedy nauczyciele strajkują, poparcie rodziców jest niewielkie i szybko gaśnie. Rząd dobija i i upokarza nauczycieli – rodzice się przyglądają, a są i tacy, którzy mają pretensje o strajk, bo muszą zorganizować opiekę dla swoich dzieci, a przecież pracują, nie mają nikogo do pomocy, a szef krzywo patrzy na korzystanie z „opieki na żądanie”. Nauczyciele są rozżaleni brakiem wsparcia i wrogością rodziców. Poddają się. Destrukcja edukacji postępuje już bez przeszkód. Dzieci przegrywają.

Oraz: Kiedy życie codzienne demoluje pandemia i rodziców przygniatają problemy – choroba w rodzinie, utrata pracy, niestabilna sytuacja ekonomiczna, problemy ze zorganizowaniem nauki dzieci w domu – nauczyciele nawet tego nie zauważają. Skupiają się na własnych trudnościach, które też są niemałe. Rodzice są rozżaleni tą obojętnością, przerzucaniem na nich obowiązku nauczania dzieci. „Nie jesteśmy w stanie tego robić!” krzyczą. Oczekują pomocy i zaangażowania nauczycieli. Nie dostają jej. Wielu nauczycieli stara się jak może, pracują całymi dniami, by dźwignąć zdalne nauczanie. Ale w wielu przypadkach ten wysiłek nie trafia w potrzeby uczniów ani rodziców. Zamknięci w swoich bańkach, bez otwartej komunikacji wszyscy się staramy i wszyscy czujemy się pokrzywdzeni i niedocenieni. 

Analogia do małżeństwa w kryzysie nachalnie powraca.

Co byście powiedzieli parze, która żyje w tak głębokim koflikcie, nieufności, wzajemnych nieustannych pretensjach, czasem wręcz wrogości? Partnerom, z których każdy ma poczucie, że „tak się stara”, tylko to drugie w swej głupocie i zajadłości tego nie docenia? Co byście powiedzieli parze, która ze sobą nie rozmawia i prowadzi wojnę podjazdową na obrzucanie się gównem w social mediach? „Musicie się dogadać, bo dzieci cierpią”, a może „lepiej się rozwiedźcie, tak będzie lepiej dla dzieci, bo życie w takiej atmosferze jest nie do zniesienia”? Nie do zniesienia są ciągłe pretensje i stres związany z brakiem zaufania, awantury albo ciche dni przeciągające się w tygodnie i miesiące. Szkodzą i dorosłym zaangażowanym w destrukcyjną relację, i dzieciom. Gdy najbliżsi dorośli walczą albo nie komunikują się ze sobą, a każdy wychowuje dziecko po swojemu, młody człowiek ma mętlik w głowie, dręczy go konflikt lojalności a podstawowa potrzeba poczucia bezpieczeństwa nie jest zaspokajana w najmniejszym nawet stopniu.

Niektórzy faktycznie się rozwodzą – nauczyciele odchodzą z zawodu, rodzice przenoszą swoje dzieci do innych szkół lub decydują się na edukację domową. Czy to jest rozwiązanie problemu? Czasami. Jednak takie decyzje podejmuje niewielki procent. Większość zostaje. I przez 12 lat „jakoś wytrzymuje”. Nie wytrzymują tylko dzieci.

Para w kryzysie, żeby uratować związek potrzebuje nad nim „popracować”. Terapia małżeńska polega na tym, że każdy z partnerów zostaje wysłuchany, potrzeby każdego nazwane, emocje odgadane, aż w końcu wspólnie szukają sposobów na porozumienie, konstruktywną komunikację, wzajemny szacunek i zaspokojenie potrzeb. Terapeuta nie mówi, co mają zrobić, jedynie stwarza bezpieczne środowisko i pomaga nawiązać i rozwijać dialog. To rozmowa ma moc leczącą, odbudowującą. Ale nie jest to łatwy proces.

Relacjom rodzicielsko-nauczycielskim potrzeba dialogu. Nie przekrzykiwania się, lecz rozmowy – takiej z mówieniem i słuchaniem, z empatią i założeniem, że naprzeciw nas stoi człowiek, który podobnie jak my jest bezsilny lub przestraszony, sfrustrowany lub zrozpaczony i podobnie jak my stara się jak może dobrze żyć, radzić sobie i dać dzieciom to, co ma najlepszego. Takiej rozmowy nie załatwią kolejne rozporządzenia, ani regulaminy. Ona jest możliwa tylko na poziomie spotkania człowieka z człowiekiem. Nie musimy, ani nie możemy więc czekać na odpowiednie zmiany w systemie – trzeba zacząć dialog od zaraz.

Czy rodzicielsko-nauczycielskie porozumienie na szeroką skalę może się udać? Wielu w to wątpi. Mnie samej też coraz trudniej w nie wierzyć, gdy słyszę i czytam wypowiedzi rodziców o nauczycielach, nauczycieli o rodzicach oraz jednych i drugich o dzieciach. Być może jest szansa, że zjednoczymy się przeciwko wspólnemu „wrogowi”. To mechanizm, który wielokrotnie w historii się sprawdzał. Umiemy być solidarni, kiedy ktoś lub coś nam mocno dokuczy. Ale chyba jeszcze nie dokuczono nam wystarczająco boleśnie. 

Być może rządzący podejmują tak wiele działań służących antagonizowaniu różnych grup społecznych właśnie dlatego, by uniemożliwić tę solidarność w obliczu katastrofy. A my dajemy się wpuszczać w te manipulacje i „dobijamy i poniżamy” się nawzajem. Pomiędzy nauczycielami a rodzicami narastają wzajemne pretensje, wrogość, niechęć, pogarda. Przekonani, że bronimy własnych racji, tak naprawdę realizujemy machiawelliczną strategię władzy. 

Dorota Trynks pisze na Facebooku „myślę, że jako nauczycielki i nauczyciele przespaliśmy coś ważnego. Rozumiem frustrację i rozczarowanie wynikające z braku poparcia społecznego dla strajku w 2019r. Sądzę jednak, że po starciu z armią zapłakanych kuzynek nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków. (…) Uważam, że przespaliśmy te 3 lata. Gdybyśmy zamiast oburzać się na obojętność rodziców szczerze zaczęli z nimi rozmawiać w naszych klasach wychowawczych, zamiast  nazywać ich roszczeniowymi nauczyli się zarządzać różnorodnością, zapraszali ich do zaangażowania w ramach Rad Rodziców, tworzyli Rady Szkół i sieci współpracy między nimi, gdybyśmy konsekwentnie budowali model szkoły oparty na partycypacji, to mielibyśmy dzisiaj w szkołach demokratyczne struktury,  które byłyby w stanie bronić całą społeczność przed utratą autonomii i ingerencją oficerów politycznych”.

Od siebie dodam: przespaliśmy ten czas i my, rodzice.

Czy uda nam się to nadrobić zanim zostaniemy nieodwracalnie skonfliktowani? Czy uda nam się stanąć po jednej stronie stawiając to, co nas łączy ponad tym, co dzieli? Perspektywę przyszłości naszych dzieci ponad doraźną niewygodą, problemami tu i teraz? To zależy od nas – w to wciąż wierzę. Od każdego z nas. Stawka jest wysoka i warta wysiłku. Jeśli nie zawalczymy solidarnie o dobrą edukację, nasze dzieci nie wyrosną na samodzielnie myślących, kreatywnych, odpowiedzialnych dorosłych. Staną się posłuszni i gotowi oddać życie – dosłownie lub w przenośni – za rozdęte ego tego, czy kolejnego wodza.

Bardzo prawdopodobne, że nasza rodzicielsko-nauczycielska solidarność nie przełoży się na naprawę systemu. Jeszcze nie. Pamiętajmy jednak, że edukacja dzieje się przede wszystkim w relacji człowieka z człowiekiem. To dlatego była możliwa w czasie wojny i okupacji. Edukacja to spotkanie, dialog, zaufanie. A te mogą się wydarzać niezależnie od tego, jaki mamy system, bo zależą od ludzi, od nas.

Zacznijmy więc być dla siebie nawzajem ludzcy. Nauczycielu, dostrzeż w rodzicach troskę i zaangażowanie, zobacz ich codzienne zmagania i to, że starają się najlepiej, jak potrafią. Rodzicu, zobacz w nauczycielach, że podobnie jak ty są pełni lęku, przemęczeni, zniechęceni i bezsilni. Wszyscy zmagamy się z podobnymi emocjami, okolicznościami i problemami. Rzeczywistość jest trudna dla nas wszystkich. Naprawdę mamy wiele wspólnego. Ten związek może się jeszcze udać, jeśli „bo ty nigdy”, „bo ty zawsze” zamienimy na chęć porozumienia.

Może za jakiś czas, wszyscy będziemy gotowi do strajku lub innych wspólnych działań w obronie naszych dzieci, edukacji, ich i naszej przyszłości. Tak jak dziś rodzice wraz z nauczycielami stają razem na Węgrzech. Oto fragmenty listu węgierskich rodziców w sprawie strajku nauczycieli 31 stycznia 2022 – niech będzie dla nas inspiracją i ostrzeżeniem. Wszak kroczymy tą samą drogą.

Jako rodzice oczekujemy, że nasze dzieci będą częścią wysokiej jakości edukacji publicznej, ale dzisiaj jesteśmy od tego bardzo daleko. Wśród trudów codziennego życia ważne jest, abyśmy pamiętali, że jako rodzice i wychowawcy jesteśmy od siebie zależni, a nasze cele są wspólne. Możemy nie być w pełni usatysfakcjonowani funkcjonowaniem szkół i przedszkoli, ale pamiętajmy, że problem stojący za niedociągnięciami na poziomie lokalnym ma charakter systemowy: haniebnie niskie pensje dla nauczycieli i błędna rządowa polityka edukacyjna ograniczająca autonomię. Jeśli chcemy być dobrymi rodzicami dla naszych dzieci, musimy upominać się o godne pensje i szacunek zawodowy dla nauczycieli!

Jeśli zawód nauczyciela nie ma ani godności materialnej, ani moralnej, pozostaną w nim osoby coraz mniej wykwalifikowane, zamiast tych najbardziej oddanych. Negatywne skutki złej jakości edukacji zwykle nie są natychmiastowe, ale długoterminowe, ale szkód wyrządzonych teraz naszym dzieciom nie będzie można już naprawić. Jako rodzice mamy obowiązek bronić interesów naszych dzieci. Kryzysowi w edukacji publicznej nie zaradzą sami edukatorzy bez wsparcia rodziców!

Nie zadowalajmy się propagandowymi wyjaśnieniami i szablonowymi osądami. Potrzebny jest konstruktywny dialog, bo to jedyny sposób na głębsze zrozumienie! 

Podejmijmy działania! Jeśli to możliwe, nie posyłaj dziecka do szkoły, jeśli nie ma zajęć z powodu strajku! W razie potrzeby pomagajcie sobie nawzajem w opiece nad dziećmi, na przykład rodzice osób z tej samej klasy mogą opiekować się nawzajem swoimi dziećmi. Wypowiadajmy się, pomóżmy nagłośnić systemowe problemy edukacji publicznej. Konieczne jest, abyśmy jako rodzice wstawili się w obronie naszych dzieci! Skontaktuj się z strajkującymi edukatorami, aby dowiedzieć się, jak możemy się spotkać i omówić lokalne demonstracje i wsparcie dla strajku.

Żródło: Szülői Hang Közösséget (Społeczność Głos Rodzicielski) – węgierska organizacja utworzona przez rodziców-wolontariuszy zainteresowanych kwestiami edukacyjnymi. Dąży do skoncentrowanej na dzieciach, profesjonalnej odnowy systemu edukacji, reprezentuje aspekty rodzicielskie w tematach związanych z edukacją publiczną. https://szuloihang.hu/m/szoszolo/sztrajk-jan31/

autorka:  Elżbieta Manthey – założycielka Juniorowa, współzałożycielka Fundacji Rozwoju przez Całe Życie, blogerka, dziennikarka, mama Marysi i Tymona. Propaguje wychowanie i edukację oparte na szacunku dla dzieci. Pasjonatka dobrej edukacji – popularyzuje nowoczesne pomysły edukacyjne, angażuje się w różnorodne działania na rzecz lepszej edukacji.

Foto: gpointstudio – pl.freepik.com