Kiedy myślę o smutku powraca do mnie pewna scena. Pracowałam wtedy w przedszkolu. Ten obraz jest nadal we mnie żywy, choć minęło już kilka lat. Przypomina mi o tym jak ważne jest to, abyśmy byli otwarci na dziecięce emocje.

Widzę chłopca stojącego przy oknie. Ma w sobie dużo napięcia. Patrzy w dal, a jego ciało jest skulone. Wygląda jakby w ogóle nie oddychał. Ma zaszklone oczy. Mam wrażenie jakby próbował coś utrzymać w środku.

– Smutno ci? – pytam.

Chłopiec potrząsa głową.

– Widzę łzy w twoich oczach. Możesz płakać jeśli potrzebujesz. To jest OK.

Jedna łza spływa po twarzy. Oddycha coraz szybciej, łyka powietrze. Szloch wychodzi z brzucha. Wygląda jakby ze sobą walczył. Wreszcie napięcie puszcza i lawina łez toczy się po rumianych policzkach. Chłopiec przytula się do mnie i daje się ponieść smutkowi. Trwa to kilka minut. 

Nie śpieszyłam z ratunkiem. Nie próbowałam odwrócić jego uwagi. Po prostu byłam tam, razem z nim i jego bólem. Tęsknił za mamą. Z jakiegoś powodu próbował zablokować wyrażanie swoich uczuć. 

Trudny smutek

Niestety ze smutkiem często nam nie pod drodze. Wielka szkoda. To ważna emocja, która pomaga nam uporać się ze stratą. Kiedy zrobimy dla niej miejsce, zaakceptujemy ją, kiedy pozwolimy sobie ją czuć – odejdzie, zmieni się, a w jej miejsce pojawią się nowe cele i nowe emocje. We wszystkim jest równowaga. Jest dzień i noc. Okresy ciepła i zimna. Tak samo w naszym życiu wewnętrznym – czasem czujemy radość, ekscytację, a czasem złość, smutek, żal. To całkowicie normalne. Dla mnie emocje są jak oddech. Zawsze są z nami, nawet wtedy, gdy nie chcemy ich dostrzegać.

Kiedy widzimy łzy chcemy szybko pomóc, zapobiec, ulżyć albo pozbyć się bólu i cierpienia. Najczęściej wybieramy dwa sposoby. Rzucamy się na poszukiwanie rozwiązania lub próbujemy zignorować sytuację licząc, że jakoś to się ułoży. Oba rozwiązania oddalają nas od tego, co w smutku jest niezbędne – od wsparcia i empatii. Przestajemy towarzyszyć, nasza uwaga z człowieka i relacji ucieka w działania. To tak jakby osoba stawała się dla nas niewidzialna, a na jej miejsce pojawiał się „jakiś kłopot”, którym trzeba się natychmiast zająć. Dlaczego tak się dzieje?

Obawiamy się smutku. Nie chcemy spotkać się z tym uczuciem. Ono nie dodaje energii, raczej ciągnie w dół i prowokuje do zwolnienia tempa. To bywa niewygodne ponieważ kiedy jesteśmy zajęci, biegniemy od sprawy do sprawy, nie mamy czasu na refleksję, która bywa niekomfortowa, trudna czy bolesna. O życiu, o stratach, niezrealizowanych marzeniach, utraconych przyjaźniach, o samotności, o zranieniach. To boli. Nie chcemy tego doświadczać. Obawiamy się, że cierpienie nas zniszczy, pochłonie, rozłoży na łopatki. Łatwiej zakładać zbroje i rzucać szybkie „U  mnie wszystko ok. Może mogłoby być lepiej, ale dam radę”. 

Sami wywieramy presję na siebie – byle dalej, byle szybciej, byle nie okazać słabości, bo bycie słabym może spowodować odrzucenie. Słabość jest czymś, czego się wstydzimy. Chcemy się wpasować, chcemy być akceptowani nawet za cenę autentyczności i własnego Ja. Pytanie tylko czy ten lęk przed odrzuceniem odnosi się do teraźniejszości czy może do przeszłości w której jako dzieci byliśmy karceni za smutek i bezradność, a nagradzani za radość i „grzeczność” (czyli zachowanie zgodne z hasłem „dzieci i ryby głosu nie mają”)?

Mamy złe skojarzenia ponieważ w dzieciństwie byliśmy zawstydzani, gdy okazywaliśmy smutek. „Chłopaki nie płaczą”, „Nie bądź mazgajem”, „Głowa do góry. Nie ma się co smucić” „Beksalala pojechała do szpitala” – takie komunikaty słyszało wielu z nas. Sprawiły one, że ze smutkiem wolimy nie mieć do czynienia. Utrwaliły się w naszych głowach na tyle mocno, że uznajemy smutek jednoznacznie za emocję negatywną i nie dopuszczamy do jej odczuwania u naszych dzieci. Czasem powtarzamy te same, zużyte powiedzonka, którymi sami byliśmy „częstowani” w dzieciństwie albo próbujemy od razu pocieszyć, dajemy rady, odwracamy uwagę, mówimy „przecież nic się nie stało”.  Zapominamy jak bolesne było, gdy nie czuliśmy się wysłuchani i zrozumiani, gdy inni ignorowali nasze uczucia. 

Takim zachowaniem przyczyniamy się do zerwania relacji naszego dziecka z jego światem wewnętrznym. Ono czuje smutek, a jednocześnie otrzymuje komunikat, że to, co czuje jest niewłaściwe, niepożądane. Dziecko ucieka więc od siebie i w pewnym sensie od nas. Nie może nam powierzyć tego co jest żywe i mieszka w jego psychice. Możliwe, że nie przyjdzie po wsparcie wtedy, gdy będzie tego bardzo potrzebowało. Będzie łkało wewnętrznie, a na zewnątrz pokaże to, co chcielibyśmy zobaczyć – radość, radzenie sobie, siłę. Tylko, że to oddala nas od kontaktu i prawdziwej, autentycznej relacji w której każdy może być sobą, a nie wykreowaną postacią wpasowującą się w wymagania środowiska. Jako rodzice nastolatków, nie będziemy mieli pojęcia, co przeżywa nasze dziecko, czy i kiedy potrzebuje pomocy, jeśli nauczymy je, że trudne emocje – np. smutek – są czymś, czego nie powinny odczuwać. Będą pokazywały nam taką twarz, jaką chcemy zobaczyć, prawdę o sobie chowając w środku.

Smutek czy depresja

Nasz lęk przed smutkiem może wynikać także stąd, że myli nam się on z załamaniem i depresją. U niektórych dorosłych płacz bliskiej osoby wywołuje panikę. Tak jakby oznaczał coś strasznego, najgorszego, jakby przewidywali, że smutek to oznaka czegoś poważniejszego. Dlatego próbują temu zapobiec, powstrzymać, zbagatelizować. Zamykają uszy, barykadują serca – nie mogą dopuścić do siebie, że ktoś bliski odczuwa cierpienie. Dla nich to zły znak. Możliwe, że stoją za tym przeszłe doświadczenia, przekonania, lęk. 

Musimy pamiętać, że nie każdy płacz, nie każdy smutek to depresja albo załamanie. Dzieci płaczą z różnych powodów. Nieudane relacje  z rówieśnikami, zgubienie ważnego przedmiotu, przemęczenie, odmowa. Wysoko Wrażliwe Dzieci wzruszają się szczególnie często. Potrzebują odreagować napięcie zebrane w ciągu dnia. Płacz pomaga zmyć to, co trudne. Pomaga oczyścić i wyregulować napięcie. 

Uczucie smutku trwa zwykle dość krótko. Utrzymuje się do kilku dni. Jeśli dziecko (albo osoba dorosła) oprócz obniżonego nastroju, traci zainteresowanie ważnymi dla niego sprawami oraz odczuwa tzw. anhedonię czyli niezdolność do czerpania przyjemności, ma problemy ze snem, koncentracją, widzi świat w czarnych barwach i trwa to nieprzerwanie przez dwa tygodnie wtedy możemy podejrzewać depresję. W takiej sytuacji potrzebne jest działanie i konsultacja z lekarzem psychiatrą.

Pęknięta zapora

Nie jest możliwa prawdziwa ucieczka od czucia. Możemy nadmiernie skupiać się na kontrolowaniu swoich reakcji, jednak zużywamy wtedy zasoby energii, które można by wykorzystać na prawdziwy śmiech i radość, prawdziwy kontakt. Tak jak w przypadku tego chłopca. Próbował utrzymać smutek w ryzach. Zużywał na to całą masę energii. Przez to był nieobecny. Wydobycie uczucia na zewnątrz umożliwiło mu powrót do równowagi. Po kilkunastu minutach wrócił do aktywności z rówieśnikami.

Płacz uwalnia od napięcia. Kiedy czujemy rozluźnienie w ciele łatwiej nam być w kontakcie z innymi ludźmi, bawić się, pracować, angażować w ważne dla nas cele. Wyrażanie smutku jest zdrowe i naturalne. Blokując go tworzymy tamę, uniemożliwiamy swobodny przepływ energii i ryzykujemy, że w pewnym momencie zapora pęknie, a wtedy wszystkie niewyrażone smutki wypłyną na powierzchnię. Lepiej na bieżąco dawać sobie przyzwolenie na odczuwanie i nazywanie emocji wtedy mamy okazję zrozumieć co się z nami dzieje. Kiedy jesteśmy świadomi naszych uczuć i reakcji możemy na nie adekwatnie odpowiadać np. prosić o pomoc lub wprowadzać zmiany w naszym życiu.

Kiedy dziecko jest smutne, kiedy płacze, nie trzeba robić wiele. Nie musimy „ratować” go od smutku. Bądźmy obok. Zapytajmy dziecko, czego potrzebuje. Może tylko uważnej obecności i ciepłego przytulenia, może rozmowy. Ważne, by smutkowi zrobić miejsce, by mógł zaistnieć, by został zaakceptowany, by dziecko nie musiało chować go w sobie, lecz by mogło bezpiecznie go przeżyć, poradzić sobie z tym co było ważne i ruszyć dalej w świat.

autorka: Joanna Pstrągowska – psycholog, pedagog specjalny, coach. Wspiera dzieci w rozwijaniu umiejętności społecznych, radzeniu sobie z lękiem i budowaniu pewności siebie. Rodzicom oraz nauczycielom pomaga w rozpoznawaniu mocnych stron oraz tworzeniu świadomych relacji z dziećmi. Jest współautorką pierwszych w Polsce treningów umiejętności społecznych opartych na zabawie „TUS Bricks&Play Terapia przez zabawę”. Autorka książki „Noro-1 Przygody Nieziemskiego Przyjaciela”. Prowadzi szkolenia, warsztaty, konsultacje indywidualne, zajęcia terapeutyczne. Więcej informacji na stronie www.dzieciecerelacje.pl

Zobacz rozmowę Juniorowa z Joanną Pstrągowską: