Gdy miałem 13 lat nauczyłem się w szkole, że mózg kształtuje się we wczesnym dzieciństwie, później nie rozwijają się nowe neurony. Metody naukowej nakazującej mi wątpić w tego typu twierdzenia, krytycznie analizować źródła i przeprowadzać własne procesy logiczne, nauczyłem się samodzielnie nie wcześniej niż w wieku 25 lat. Dziś pogląd o „sztywności” mózgu, wtedy wypełniający podręczniki biologii na całym świecie, został zastąpiony „neuropalstycznością”. Metoda naukowa, mająca już ponad 200 lat, zapewne pozostanie ze mną do końca życia, w którym, jak sądzę, parę teorii naukowych zostanie zastąpionych nowymi, podobnie jak treści podręczników i programów nauczania. Mam jednak nadzieję, że nie tylko programy nauczania się zmienią, ale samo podejście do edukacji. Mam nadzieję, że dzieciom przestanie się mówić czego i kiedy należy się uczyć, ufając w ich wrodzoną ciekawość poznawczą i naturalne talenty, a programy nauczania i podręczniki przestaną istnieć. 

W książce „Wszystkie dzieci są zdolne” autorzy Gerald Hüther i Uli Hauser zakreślają temat przewodni w następujący sposób: „Zastanówmy się, co to właściwie jest talent? Skąd się bierze? Czy jest czymś wrodzonym? Jak rozpoznać w danym dziecku ten niepowtarzalny potencjał? I co się stanie z tą szczególną zdolnością, jeśli nikt jej nie odkryje, nikt nie pomoże w jej rozwijaniu?”. 

Czy talent jest dany każdemu? 

W książce nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule niejako w postaci tezy. Nie dowiemy się czy każdy mózg jest przystosowany do tego, aby wspiąć się na wyżyny „talentu”. Autorzy koncentrują się na innych zagadnieniach (opisanych niżej). Sugerują jedynie, że oprócz genów, które są powszechnie uważane za źródło zdolności, duże znaczenie ma środowisko i że każdy z nas ma potencjał do rozwijania różnorodnych talentów. Teza taka jest coraz powszechniej akceptowana w środowisku naukowym, wszakże powszechnie mówi się teraz o neuroplastyczności mózgu.  

Autorzy sugerują, że czynnik genetyczny jest istotny, bo decyduje o konstrukcji mózgu (np. osoby ze spektrum autyzmu zwykle mają trudności z nawiązywaniem kontaktów społecznych). Zdają się jednak sugerować, że geny nie decydują o rozwoju zdolności w konkretnej przestrzeni. Innymi słowy, osoba posiadająca mózg uwarunkowany genetycznie do dobrego radzenia sobie z myśleniem analitycznym, może mieć problemy w pracy wymagającej współpracy, ale nie sprawi to, że będzie genialnym biologiem zamiast analitykiem giełdowym. Nasze talenty nie są zdeterminowane wyłącznie genami.

Kiedy się rozwijamy? 

Autorzy więcej miejsca poświęcają zagadnieniu zawartemu w podtytule: „Jak marnujemy wrodzone talenty?”. Podejdę do tego pozytywnie i zapytam: „kiedy się rozwijamy?”. Co jest najważniejszym czynnikiem naszego pozytywnego rozwoju? Wg Hüthera i Hausera jest nim otoczenie społeczne. Stawiają tezę, że aby dziecko mogło właściwie rozwijać swoje naturalne talenty, musi być otoczone atmosferą miłości i akceptacji. „W celu rozbudzenia ufności i rozwinięcia odpowiedniego obchodzenia się z emocjami dziecko musi czuć, że jest ważne”. Twierdzenie to jak mantra wraca w każdym rozdziale. 

Ta potrzeba bliskości jest zapisana w dość pierwotnych strukturach mózgu i jest właściwa wszystkim ludziom.

Badania wskazują nawet, że brak poczucia bezpieczeństwa ma silniejszy wpływ na rozwój fizyczny niż niedożywienie.

Niskie poczucie własnej wartości, wynikające ze złej relacji lub braku relacji prowadzi czasem do samobójstw. Osoby otoczone miłością i akceptacją są dużo silniejsze psychicznie. 

Emocjonalna więź jest bardzo istotna w procesie uczenia się. Dzieci przebywające wśród osób akceptujących je, są bardziej gotowe do podążania za własną ciekawością. Te, które są ciągle poprawiane, korygowane, instruowane, tracą emocjonalną więź z opiekunem i poczucie własnej wartości, jednocześnie tracąc wewnętrzną motywację do odkrywania świata. „Gdyby dzieci wyrastały w przekonaniu o własnej wyjątkowości i mogły doświadczać bezwarunkowej miłości, dzieciństwo nie byłoby jednym wielkim „konkursem najlepszych”. Wszystkie byłyby z siebie zadowolone, z radością rozwijałyby własne talenty, uczyłyby się tego, co je naprawdę interesuje”. Otwartość dzieci na nowe doświadczenia i gotowość do wypróbowywania nowych dróg są tym większe, im pewniej się czują i im silniejsza jest w nich wiara we własne siły. 

Poczucie własnej wartości budowane jest w dużej mierze przez mechanizm empatii, czyli nieświadomego rozpoznawania stanów emocjonalnych drugiej osoby. Często mówimy, że czujemy się dobrze w czyimś towarzystwie. Wtedy właśnie działają nieświadome procesy empatii. Nie są one zależne od naszej woli, trudno się ich nauczyć. Nie wystarczy zmienić pozory swojego zachowania żeby odbudować relację, nie wystarczy udawać, że zależy ci na drugiej osobie. Prawdziwa zmiana możliwa jest tylko przy faktycznej zmianie nastawienia. 

Ta naturalna potrzeba akceptacji, której doświadczamy na skutek empatii, nie jest zaspokajana w rodzinach stosujących autorytarne metody wychowawcze. Dzieci często reagują na nie uporem, protestami, krzykami, sprzeciwem. „W efekcie dochodzi do eskalacji nieporozumień, a dziecko ma jeszcze mniej powodów, by pragnąć bliskości rodziców. Dzieci wyrastające w takich rodzinach zachowują wprawdzie swoją stanowczość, ale tracą […] potrzebę bliskości i więzi z drugim człowiekiem”. W sytuacjach stresowych maleją umiejętności kreatywnego rozwiązywania problemów. Uciekamy się do utartych i wypróbowanych wzorców, które są najczęściej wykorzystywane i wyuczone we wczesnym dzieciństwie – najczęściej zachowań agresywnych (krzyk, agresja fizyczna) lub autoagresywnych (opór, odcięcie się od bodźców, ucieczka). 

Zabawa poznawcza

Atmosfera emocjonalnego bezpieczeństwa (lub po prostu miłości) wydaje się być kluczowa dla właściwego rozwoju. Warto też pogodzić się z faktem, że dziecko ma własne życie i z każdym kolejnym rokiem próbuje być coraz bardziej samodzielne. Nie warto dzieciom mówić co jest właściwe, ani urządzać ścieżki kariery. Warto z kolei pozwolić im się bawić tak jak to one uznają za stosowne. 

„Niemowlęta powtarzają nowo poznaną czynność dopóty, dopóki jej nie opanują. Próbują swych sił wciąż od nowa, wierząc przy tym bardzo, że kiedyś im się to uda”. Autorzy opisują to na przykładzie zabawy pogniecioną papierową kulką, która dla malucha wydaje się fascynująca. Można z nią robić różne rzeczy rozwijające wszystkie zmysły. Można ją gnieść, dotykając i słuchając, można turlać, ćwicząc motorykę i koordynację ruchową, można wkładać do ust. Wszystko to tworzy reprezentacje przedmiotu w mózgu. Mimo tego, już od samego początku proces poznawczy jest zakłócany przez opiekunów, którzy uzmysławiają dziecku, że kulka jest tylko śmieciem. Dorośli ustalają program nauki dla dzieci. Ignorują ich naturalną ciekawość i różnorodność. 

Uznaje się, że wszystkie dzieci powinny na danym etapie edukacyjnym uczyć się określonych rzeczy i umiejętności. Te dzieci, które nie podporządkowują się temu schematowi uznaje się za „trudne”, a jeśli walczą o swoją podmiotowość to również „bezczelne” czy „uparte”. Te które dają się podporządkować etykietuje się sformułowaniem „dobrze funkcjonujące”. Tymczasem, jak piszą autorzy: „Dzieci stale spełniające oczekiwania innych wyrastają na dopasowane, nieudolne jednostki”. 

Do rozwijania talentów niezbędna jest również intelektualna stymulacja budowana poprzez podążanie za swoją ciekawością. Dzieciom potrzeba rozwiązywania zadań, które jednocześnie nie są zbyt trudne (zniechęcające), ale też nie zbyt łatwe (nudne).

Próby nakłonienia dzieci do określonych zachowań za pomocą kar i nagród to nie wychowanie, lecz tresura”.

Ustalenie kiedy i czego dziecko powinno się uczyć, nie doprowadzi do powstania talentu. Człowieka nie można zaprogramować od bycia kreatywnym. Dzieci uczą się szybko rzeczy, które sprawiają im przyjemność. Zabawy, gry i inne czynności, które nie kojarzą się z nauką, są kluczowe w rozwoju. Jednocześnie szkoła i rodzice przykładają szczególną uwagę do tych czynności, które są dla dzieci trudne, jak na przykład ortografia czy kaligrafia, dyskredytując te dużo ważniejsze, jak swobodna zabawa, której dzieci są pozbawiane. 

Do rozwoju potrzeba nie tylko rodziców – ważny jest rozwój w większej grupie składającej się z różnorodnych osób w różnym wieku, podobnie jak to miało miejsce w społeczeństwach pierwotnych. Ważna jest kulturowa otoczka – możliwość podglądania ludzi wykonujących różnorodne czynności i możliwość włączania się w nie. Dzieci mające dostęp do nauki, sztuki, kuchni, podwórka samodzielnie wybierają swoje specjalizacje – jedne zostaną naukowcami, inne kucharzami bądź stolarzami. A jeszcze inne staną się prawnikami tylko po to, aby pomagać tym, których nie stać na prawnika. 

Obecny system edukacji się nie sprawdza

Drugą, być może najważniejszą płaszczyzną książki jest krytyka systemu edukacyjnego. Krytyka ta odnosi się do modelu niemieckiego, jednak czytelnik odnajdzie wiele podobieństw do systemu polskiego. Autorzy wielokrotnie sugerują, że przyjęty model edukacyjny jest nie tylko mało skuteczny, ale, że wręcz robi dzieciom krzywdę, ucząc umiejętności, które będą im przeszkadzać w życiu społecznym i zawodowym, oraz wiedzy, która nie będzie im przydatna. 

Autorzy prezentują nam rys historyczny: „Metody wychowania z reguły zależały od tego, co rodzice, wychowawcy i nauczyciele uważali za słuszne i rzadko uwzględniały dobro samego dziecka – jego potrzeby, nadzieje, marzenia. Dzieci miały być posłuszne i uległe”. „Dorośli członkowie wszystkich ludzkich społeczności z pokolenia na pokolenie wciąż  od nowa wmawiali sobie, że jedynie słuszne są ich koncepcje wychowawcze i edukacyjne”. Obraz ten niewiele zmienił się do dziś. W ministerstwach ustala się curiculum, które powinny spełnić dzieci w danym roku. Ustala się podstawy programowe, drukuje podręczniki – wszystkie z takim samym zakresem wiedzy do wyuczenia. W efekcie szkoły koncentrują się na wspieraniu dzieci w przedmiotach, w których idzie im gorzej, po to aby wyrównać poziom, zamiast stawiać na te, do których czują pasję i w których rozwijają swoje naturalne predyspozycje. 

Autorzy stawiają otwarte pytanie o to, czy uzdolnienia można formalnie ocenić. Jaką ocenę dać osobie, która jest znakomita w działaniach spoza szkolnego programu na dany rok? Jak ocenić umiejętność współpracy, analitycznego myślenia czy empatii? 

Stawiają tezę, że uczniowie dobrze radzący sobie z wymogami systemu szkolnego, wyrastają na takich, którzy umieją skrupulatnie wypełniać polecenia, często pną się po szczeblach kariery, ale nie mają umiejętności rozwiązywania złożonych problemów, podejmowania samodzielnych decyzji, minimalizowania ryzyka, radzenia sobie w obliczu porażki. Nie wiedzą czym jest praca zespołowa i nie potrafią inspirować swoich współpracowników. Nie umieją improwizować, nie są zdolni do emocjonalnej oceny sytuacji. A ponad wszystko nie potrafią rozpoznać w sobie pasji i podążać za nią. Nie podejmują ryzyka i „z wysokiej jakości specjalistów przeobrażają się w wypełniające obowiązki automaty”.

W efekcie „obecny system edukacji nie tylko ogranicza szanse rozwoju „mniej uzdolnionych”, lecz także nie radzi sobie z tymi „bardziej pojętnymi”. „Czy dziecko potrafiące wyjątkowo sprawnie wspinać się na drzewa nie jest tak samo wysoce utalentowane jak uczeń szkoły podstawowej rozwiązujący na przykład zadania z algebry, na których dorośli matematycy łamią sobie zęby?” Jak porównać te dwa talenty? Dlaczego jeden jest nagradzany, a inny gaszony? 

Geniusze bez szkoły

Na wyobraźnię czytelnika dobrze oddziałują przykłady ludzi, którzy stali się geniuszami w swoich dziedzinach. Osiągnęli oni sukcesy, bo ich opiekunowie nie przejmowali się szkołą. Kim zostałby Einstein, gdyby jego rodzice pozbawili swego nieśmiałego synka marzeń i zabronili mu budowania całymi godzinami domków z kart i gdyby jego nauczyciele nie akceptowali tego, że Albert potrafił bez końca rozmyślać nad postawionym pytaniem i niczego nie umiał nauczyć się na pamięć?”. „Sam Einstein tak mówił o swoich dokonaniach: <to nie jakiś wyjątkowy talent, to po prostu moja namiętna ciekawość świata>”. 

„Thomas Alva Edison był zawsze najgorszym uczniem w klasie, nauczyciele Marcela Prousta uważali jego wypracowania za beznadziejne, Pablo Picasso nigdy nie mógł zapamiętać kolejności liter w alfabecie, Giacomo Puccini bez przerwy oblewał egzaminy”. „Norweski kompozytor Edwart Grieg o czasach szkolnych nie wyrażał się zbyt pochlebnie: <szkoła rozwinęła we mnie wszystko, co złe; dobre cechy pozostawiła nietknięte>”. „Jeśli w biografii każdej z tych wyjątkowych postaci zaczniemy szukać momentu, w którym rozpoznano ich niezwykły potencjał i talenty przywódcze, dojdziemy do bardzo zaskakujących wniosków. Okazuje się, że żadna z tych osób nie osiągnęła nadzwyczajnych wyników ani w przedszkolu, ani w szkole, ani na studiach – jeśli w ogóle na takowe uczęszczali”. 

Podziwiane przez nas nadzwyczajne zdolności tych ludzi ujawniały się zawsze wtedy, gdy robili oni rzeczy, które sami uważali za ważne, a nie to, czego od nich oczekiwano. W dzieciństwie robili różnorodne rzeczy, ale wymagania systemu nie miały znaczenia dla ich pasji. Zaskakiwali przy tym rodziców, wychowawców i nauczycieli wytrwałością, kompetencjami i efektami swoich działań. Zwyczajnie robili to, co ich interesowało. Jednak upór i silny charakter to cechy, których w szkole nie ocenia się pozytywnie. 

Zmiana

Autorzy książki stawiają tezę, że model edukacyjny czeka nieuchronna zmiana. Uważają, że będzie on mocniej odpowiadał naturalnym potrzebom dzieci. Wniosek taki wyciągają z dwóch obserwacji – po pierwsze dzieci są coraz bardziej zależne od rodziców, po drugie świat wokół nas coraz bardziej dynamicznie się zmienia. Warto życzyć autorom racji, wydaje się jednak, że proces ten nie jest oczywisty. Istnieje wszak bardzo wiele przesłanek blokujących zmianę paradygmatu procesu edukacyjnego. Wspomnieć wypada choćby o roli państwa w kształtowaniu programu nauczania czy coraz wyższych oczekiwań rodziców wobec tego, kim ich dziecko ma się stać, a co za tym idzie presji wywieranej na szkołę w zakresie tego czego uczy i jaki powinien być efekt jej funkcjonowania. 

Szkoła powinna stać się miejscem, gdzie dzieci w dobrej relacji z dorosłymi kształtują swoje zdolności, rozwijają kompetencje społeczne, uczą się z pasją dziedzin, w których czują się dobrze, bez założeń wstępnych i minimum programowego. Szkoła powinna być miejscem, w którym bardziej ufa się w kompetencje nauczycieli niż wymogi ministerstwa, miejscem dynamicznym, gdzie metody pracy zmieniają się tak szybko jak rzeczywistość wokół nas. Niestety sama świadomość tego, jak wyglądać powinna szkoła, nie wystarczy do jej zmiany. 

„Wszystkie dzieci są zdolne”

Muszę się przyznać, że jako osoba patrząca na rzeczywistość przez pryzmat nauki, miałem z tą książką duży zgryz. Jest ona stworzona przed dwie osobowości o innych stylach pracy i widać to w czasie lektury. Gerald Hüther jest naukowcem specjalizującym się w neurobiologii, Uli Hauser jest dziennikarzem, specjalizującym się w edukacji. Przytoczone przez autorów tezy wydają się trafne. Dzielą się oni swoją wiedzą i doświadczeniem, ich obserwacje są bardzo cenne i rzadko stoją w sprzeczności ze współczesną wiedzą naukową. Jednak trudno w książce odróżnić opinie oparte na osobistym światopoglądzie od tez popartych rzetelnym procesem logicznego dowodzenia. Fakty naukowe mieszają się z przekonaniami opartymi głównie na subiektywnych obserwacjach. Język naukowy miesza się z publicystycznym. Trudno orzec, którym fragmentom zawierzyć ufając w rzetelność, wiedzę i doświadczenie autorów, do czego zaś podchodzić krytycznie czy wręcz metaforycznie. Warto też zwrócić uwagę, że choć książka nosi tytuł „Wszystkie dzieci są zdolne”, to brakuje w niej argumentów jednoznacznie potwierdzających tezę wyrażoną w tytule.

Czytelnik tego tekstu może sobie zadać pytanie „Czy warto ją przeczytać?”. Myślę, że tak, ale nie dlatego, że znajdziemy w niej wygodne odpowiedzi, ale dlatego, że doprowadzi ona nas do jeszcze większej liczby niewygodnych pytań.

 

Wszystkie dzieci są zdolne

Autorzy: Gerald Hüther, Uli Hauser

Tłumaczenie: Andrzej Lipiński

Wydawnictwo Dobra Literatura

 

 

 

 

autor: Borys Bińkowski – doktor geografii, pasjonat nauk wszelkich, edukator, nauczyciel, zwolennik racjonalnego patrzenia na rzeczywistość. Specjalizuje się w naukach przyrodniczych i historii. W działaniach edukacyjnych stawia na interdyscyplinarność i metody projektowe. Aktywnie uczy się nowych metod pracy z dziećmi. Działa naukowo w przestrzeni na pograniczu psychologii, edukacji i neuronauk. Jego pasją jest bieganie po krzakach z kompasem w ręku. Lubi też muzykowanie, w czasie którego nie rozstaje się z gitarą.

 

 

 

Foto: Pixabay

Czy marnujemy wrodzone talenty dzieci?
5 (100%) 2 głosów