W prawdziwej kopalni – wycieczka do Guido i Sztolni Królowa Luiza

Klatka windy jest ciasna: mieści się w niej osiem osób, które w chwili wsiadania i wysiadania muszą się ścieśnić jeszcze bardziej, bo metalowe drzwi otwierają się do środka. Wysokie osoby obijają głowy o jej sufit, to pierwsza, ale nie ostatnia chwila, gdy dziękuję za kask na głowie. Winda zjeżdża dwa metry w dół, by do kolejnej klatki wsiadła następna ósemka, potem jeszcze raz i kolejne osiem osób. A potem już bez zatrzymywania trzy wagoniki mkną w dół 4 metry na sekundę. Dzieci popiskują z emocji.

Sto siedemdziesiąt metrów niżej wysiadamy. Nasz przewodnik opowiada, że w prawdziwych kopalniach windy jadą nawet trzy razy szybciej, bo inaczej jazda na kilometr w dół a nawet jeszcze niżej ciągnęła by się w nieskończoność. A potem górnik musi jeszcze dotrzeć do przodka. Jak ma szczęście, podwiezie go kolejka, jeśli nie – maszeruje. Kilometr, dwa, czasami więcej. Niektórzy górnicy są sprytni i wskakują na taśmę transportera, choć to kategorycznie zabronione. Jeśli taka taśma się zerwie to – jak mówi przewodnik – górnik do końca życia będzie jeździł na bilet ulgowy: bez nogi albo i obu…

A gdy górnik dotrze już do przodka, zaczyna jedną z najtrudniejszych i najbardziej niebezpiecznych prac na świecie: wydobycie węgla. Gdy pracuje kombajn, hałas jest taki, że uszy wręcz przeszywa fizyczny ból. Pył węglowy wciska się do płuc i tak bardzo ogranicza widoczność, że górnik nie dostrzeże własnej, wyciągniętej dłoni. Bywa, że musi pracować zgięty w kabłąk, bo strop jest zaledwie metr nad spągiem. Do tego dochodzi ciągłe zagrożenie awarią maszyn pracujących w ekstremalnych warunkach. Gdy np. zerwie się gruby na ramię łańcuch od kombajnu, to trzaśnie jak z bicza i przetnie człowieka na pół. A gdy eksploduje metan, siła wybuchu rzuca trzydziestotonowym kombajnem, jak dziecięcą zabawką. Człowiek nie ma żadnych szans. A przecież jest jeszcze górotwór napierający na wydrążone chodniki z siłą milionów ton, wszak to kilometr pod ziemią.

Korytarze kopalni Guido, którymi krążymy, są znacznie płycej – 170 i 320 metrów pod powierzchnią, ale czy to naprawdę różnica? Poczucie klaustrofobii może nas dopaść w każdej chwili. Zwłaszcza, gdy strop zaczyna się obniżać i musimy zgiąć się w pół. Docieramy do kolejnych komór i urządzeń. Przewodnik uruchamia kombajny – ten z dwiema najeżonymi kulami na końcu długiego ramienia służy do drążenia chodników, następny ma dwie zębate tarcze i jeździ wzdłuż ściany węgla. Nasza ma niecałe sto metrów, w innych kopalniach bywają długie i na pół kilometra. A pod kombajnem specjalny przenośnik zgrzebłowy zbiera węgiel i transportuje go dalej – do taśmociągu, do wagoników, do windy, na górę.

Nasz przewodnik tłumaczy, że obecnie górnik ma nieporównywalnie lżej niż kiedyś, gdy nie było maszyn. W dawnych czasach wszystko robiło się ręcznie: ręcznie kuło się ścianę, ręcznie wrzucało wyrąbany węgiel do taczek i wagoników. Wagoniki ciągnęły konie, ta jedna czynność spoczywała na barkach tych dzielnych, biednych zwierząt. W kopalni było tak ciemno, że konie szybko ślepły. Pod ziemią miały też stajnie, po pracy zostawały więc na dole. Do końca życia…

Ludzie wracali do domów, ale wcale nie mieli lżej od koni. Szychta trwałą dwanaście godzin. Właściciel kopalni płacił od urobku, więc gdy górnik kuł skałę, to za darmo. A na kuciu skały w poszukiwaniu kolejnego złoża spędzał większość czasu. A potem rąbał węgiel zgięty w pół w nikłym świetle kaganka, w upale do 40 stopni, w duchocie i węglowym pyle. Stale nasłuchując, jak trzeszczą drewniane belki, bo jak „mówią” tylko trochę, to nie szkodzi, ale jak zaczynają trzeszczeć za bardzo, to rzucaj, chłopie, pyrlik i zwiewaj, bo zaraz się zawali! Pyrlik i żelazko to rodzaje młotów, widać je w górniczym herbie.

Ale górnicy i tak nie mieli najgorzej. Najbardziej niebezpieczną pracę wykonywał pokutnik, którego owijali w mokre skóry, dawali pochodnię i kazali wypalać metan. Jeśli miał szczęście, to zgromadzony pod sufitem metan spalał się powoli. Jeśli miał szczęście… Na tę pracę godzili się wyłącznie więźniowie skazani na śmierć – jeśli mieli szczęście, mogli liczyć na ułaskawienie.

O tym, że praca górnika jest ciężka, mówiono nam wielokrotnie: w szkole, w telewizji, w prasowych reportażach. Słuchaliśmy, oglądaliśmy, czytaliśmy, ale co to naprawdę znaczy, nikt z nas nie miał bladego pojęcia. Pracę górnika można poczuć tylko „na grubie”. Trzeba zjechać te setki metrów w dół w ciasnej, metalowej klatce i przemierzyć coraz ciaśniejsze chodnik i w błocie i węglowym pyle. Trzeba poobijać się o twarde, kanciaste części maszyn i belki i usłyszeć przeraźliwy hałas kombajnów i transporterów. Trzeba zgiąć plecy, umorusać się, uciorać, a potem wyjechać na powierzchnię, napełnić płuca czystym powietrzem, zmrużyć oczy od blasku i poczuć na nowo, co to znaczy przestrzeń.

Wszystko to można poczuć odwiedzając dwie zabrzańskie zabytkowe kopalnie: Guido i Królową Luizę. Obie różnią się nieco od siebie.

Guido jest rozleglejsza i głębiej położona. Na dół jedziemy windą, potem wędrujemy długimi korytarzami w towarzystwie przewodnika. Ekspozycja skupia się bardziej na historii wydobycia węgla oraz na kulcie św. Barbary, choć są i współczesne akcenty. Wędrówka trwa co najmniej trzy godziny, gdy połączymy zwiedzanie poziomów 170 i 320m, choć można to rozdzielić. Ale można również zjechać na poziom 350 i tam dosłownie wcielić się w górnika. Dostaniemy górnicze stroje robocze, narzędzia i będziemy fedrować węgiel. Ta propozycja przeznaczona jest zdecydowanie dla starszych juniorów i dla dorosłych.

Sztolnia Królowa Luiza położona jest tuż pod powierzchnią, nie głębiej niż 20m w dół, dlatego nie pojedziemy tu windą, ale po prostu zejdziemy na własnych nogach. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku sztolnia była częścią górniczej szkoły. Adepci górnictwa uczyli się tu funkcjonowania kopalni i obsługi maszyn, dlatego wszystkie eksponaty są usytuowane w niewielkiej odległości od siebie. Wycieczka trwa około półtorej godziny i zdecydowanie mogą w niej wziąć udział młodsi juniorzy. Ekspozycja skupia się na współczesnych metodach wydobycia węgla. Ponadto organizowane są tutaj specjalne lekcje i warsztaty dla klas szkolnych i zorganizowanych wycieczek.

Naszej rodzinie udało się zwiedzić obie kopalnie jednego dnia, z czego jesteśmy ogromnie zadowoleni, ponieważ oba obiekty uzupełniają się i dają kompletny obraz historii i współczesności polskiego górnictwa. Jeśli ktoś przyjedzie do Zabrza z daleka, warto zarezerwować cały dzień na ich zwiedzanie. Ale oczywiście gorąco rekomenduję wycieczkę do jednej z tych kopalni, satysfakcja i dzieci i dorosłych będzie gwarantowana.

UWAGI PRAKTYCZNE:

W kopalni jest brudno, co należy uwzględnić w odpowiednim ubiorze. Solidne buty również są konieczne – będziemy wędrować w błocie, pyle i po nierównym terenie. Kaski dostaniemy na miejscu, można je łatwo dopasować do rozmiaru głowy.

W Guido panuje temperatura ok. 10 – 15 st. C (latem nieco cieplej, zimą chłodniej). W Królowej Luizie jest odrobinę chłodniej. W obu są miejsca, gdzie panują silne przeciągi, warto więc zabezpieczyć się przed podmuchami zimnego powietrza.

Zwiedzanie Guido jest stosunkowo długie (ok. 3h) i może być męczące, dlatego warto zabrać ze sobą suchy prowiant i coś do picia. Dopiero na końcu wycieczki możemy odwiedzić podziemny bar. Po drodze nie ma również toalet, więc nie radzę pić na zapas. Sztolnię Królowa Luiza zwiedzimy w ok. półtorej godziny, więc tu spokojnie obejdziemy się bez większych zapasów, choć rozsądny rodzić zawsze ma w zanadrzu coś na uzupełnienie sił słabnącego juniora.

Niektóre korytarze są naprawdę niskie i przemierzamy je zgięci w pół. Osoby cierpiące na schorzenia kręgosłupa i z innych powodów niesprawne ruchowo mogą mieć kłopoty. O wszystkich problemach ze zdrowiem należy bezwzględnie poinformować przewodnika.

Nawet nieczynna kopalnia może być niebezpieczna, dlatego naprawdę warto przestrzegać zasad bezpieczeństwa, o których opowie nam przewodnik.

Kopalnia Guido

3 Maja 93, 41-800 Zabrze

Sztolnia Królowa Luiza

Park 12C

Ul. Sienkiewicza 43, 41-800 Zabrze

This slideshow requires JavaScript.

Wojciech Musiał – współzałożyciel Juniorowa, z wykształcenia nauczyciel języka angielskiego, ale niepraktykujący. Dziennikarz radiowy, obecnie pracuje w Radiu Kraków, wcześniej w RMF Classic i w Złotych Przebojach. Ojciec Stasia i Zosi, mąż Anetki. Lubi jazz, jogę i święty spokój. Nie lubi braku poczucia humoru, hałasu i zapachu, który powstaje z połączenia wystygłej herbaty z ogryzkiem od jabłka.

Zdjęcia: archiwum autora

Możesz ocenić ten artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *