To co robisz jest dla mnie ważne – dlaczego odrabiam lekcje z dziećmi

„Twoje lekcje – twoja sprawa: nie odrabiam z dzieckiem lekcji” napisała stanowczo Nishka na swoim blogu. Przeczytałam z uwagą cały tekst, w którym autorka argumentuje swój wybór i bardzo namawia innych, by poszli w jej ślady. Mam jednak inne zdanie na temat odrabiania lekcji.

Odrabiam lekcje z moim synem, a właściwie asystuję mu przy nich. Co to znaczy? Ano czasami siadamy razem przy stole i rozmawiamy, a rozmowa jest po to, żeby młody mózg wskoczył na tory myślenia, które doprowadzą go do rozwiązania zadania. Czasami, kiedy prosi „Mamo, pobądź przy mnie” po prostu siedzę obok i patrzę, jak spod pióra wysnuwają się kolejne koślawe jeszcze literki. Nie szkoda mi na to czasu. Te „asysty” często stwarzają okazję do rozmowy o czymś więcej, niż lekcje. Czasami, kiedy Junior czuje, że zadanie go przerasta, wymyślam jakąś zabawę, która może mu pomóc, proponuję przerwę, podpowiadam słowo, podrzucam szczegół. Kiedy indziej tylko jestem w zasięgu – zajęta codzienną krzątaniną gdzieś za jego plecami. Nigdy nie robię zadania za Juniora. Nawet w części. Pomaganie to nie wyręczanie. Swoje zadania Junior robi tak, jak potrafi i po swojemu. Nie poprawiam błędów ani nie sugeruję, żeby zrobił inaczej.

Nie uważam, że uczenie dzieci to wyłącznie rola nauczyciela. Dzieci uczą się przez cały czas i od wszystkich dorosłych – czy tego chcemy, czy nie. Możemy oczywiście nie odpowiadać na dziecięce pytania i odsyłać do nauczycieli – to kwestia wyboru. Ja jestem przekonana, że warto, by rodzice w domu podpowiadali źródła, w których Junior może znaleźć potrzebne informacje, dyskutowali na tematy, które przynosi ze szkoły, odpowiadali na pytania, dzielili się swoją wiedzą. Jeśli Junior nie może zwrócić się do mamy lub taty z pytaniem o Mieszka I czy ortografię, skąd ma wiedzieć, że może przyjść do rodziców z wątpliwościami np. natury etycznej, czy dotyczącymi wyboru szkoły, albo z problemami sercowymi.

Samodzielność czy samotność

Nishka po2194119780_8053e0e748_bzostawia swoim córkom sprawy szkolne, bo uważa, że to dla nich najlepsze. Chce w ten sposób nauczyć je ważnych rzeczy – odpowiedzialności za swoje życie, samodzielności, ponoszenia konsekwencji. Zastanawiam się jednak, czy podczas tej lekcji samodzielności dzieci nie poczują się równie samotne, co samodzielne. Pozostawienie 7-8 latków samych ze szkolnymi zadaniami może być świetnym ćwiczeniem odpowiedzialności, ale może też zostać odebrane przez dzieci jako brak zainteresowania ich sprawami. A to głęboko smutne uczucie, kiedy wydaje się nam, że to, co dla nas ważne naszych bliskich mało obchodzi.

Ukryte komunikaty

Moja pomoc w odrabianiu lekcji polega na byciu obok i włączaniu się w sytuacjach kryzysowych. Nishka uważa, że w ten sposób wysyłamy dzieciom komunikat „Beze mnie sobie nie poradzisz”. Ja uważam, że taką postawą pokazuję dziecku „Twoje sprawy są dla mnie ważne, możesz na mnie liczyć w potrzebie”. Nie sądzę, żeby taka pomoc prowadziła do braku samodzielności w dorosłym życiu. Raczej uczy dziecko czegoś równie ważnego, jak samodzielność – zwracania się o pomoc. Moje pokolenie ma z tym ogromny kłopot. Wielu z nas nie tylko nie potrafi poprosić o pomoc, ale nie umie też jej przyjąć. Jesteśmy bardzo samodzielni. Tak bardzo, że często wyważamy drzwi, które ktoś wcześniej już otworzył na oścież.

Co na to naukowcy

„Według Ericka Eriksona, twórcy teorii rozwoju psychospołecznego, nauka samodzielności jest bardzo istotną nauką, dającą poczucie samokontroli, autonomii, możliwości decydowania o sobie, wiary we własne siły, poczucia sprawstwa i panowania nad własnym życiem.” – pisze Nishka. To wszystko prawda, ale wymaga jednego uzupełnienia – według równie naukowych teorii motywacji, rozwojowe i stymulujące są wyzwania na miarę naszych możliwości. To, co nas przerasta jest demotywujące i powoduje, że poddajemy się zamiast choćby spróbować znaleźć rozwiązanie. Dzieci, które są gotowe na samodzielność w odrabianiu lekcji, będą się w tej samodzielności rozwijały, te, które jeszcze do niej nie dorosły – wycofają się.

Wszystko w swoim czasie

9061762036_bb5ec49331_kTo trochę jak z jazdą na rowerze – zanim Junior śmignie sam na dwóch kółkach, potrzebuje kogoś, kto mu poasystuje przy pierwszych niewprawnych próbach, kto doda mu wiary w siebie, może coś podpowie, przytrzyma za siodełko. Kiedy biegniemy za młodym rowerzystą podtrzymując go za siodełko, nie myślimy przecież, że będziemy tak biegać za nim do końca życia. Dlaczego więc mielibyśmy obawiać się o samodzielność naszych dzieci w odrabianiu lekcji?

Myślę, że każde dziecko zdobywa różne umiejętności, w tym samodzielność, stopniowo i w tempie właściwym dla siebie. Kiedy będzie gotowe i poczuje się pewniej, samo zechce swoje lekcje odrabiać bez towarzystwa rodzica. Tymczasem zamierzam odrabiać lekcje z moimi dziećmi i nie uważam tego za nadopiekuńczość, lecz za gotowość uczestniczenia w ich świecie w takim stopniu, w jakim one tego potrzebują. Nie niepokoję się, że będą maminsynkami – widzę, jak z każdym dniem potrzebują mojego wsparcia coraz mniej. A Junior coraz częściej pochylony nad zeszytem mówi „Mamo nie patrz, pokażę ci, jak skończę”. Więc idę zająć się sobą.

W jednym się z Nishką zgadzam – nie rozliczam Juniora z ocen, czy osiągnięć. Ale to już temat na inny tekst.

tekst: Elżbieta Manthey

fot. ransomtech, Bart, Lotus Carroll
To co robisz jest dla mnie ważne – dlaczego odrabiam lekcje z dziećmi
5 (100%) 1 głosów

8 komentarzy

  • Magnolia

    Witam ,
    A ja uważam, że Nishka ma absolutną rację i każde dziecko można nauczyć odpowiedzialności. Mam koleżankę, która w domu rządzi „silną ręką”. Jej dzieci o 20.00 idą spać. Ona oczywiście je przytula, całuje itd, ale godzina ósma oznacza sen i koniec. Próbowałam robić to co ona, działało – po jakiś 2 tygodniach- dopóki mój maż nie doszedł do wniosku, że dręczę dzieci, bo płaczą. Teraz mamy problem do 22.00 lub 23.00. Z lekcjami nie odpuszczę. Nie tłumaczę dziecku niczego, bo to NIE JA jestem od tłumaczenia tylko nauczyciel. Na argument „nie rozumiem” mam taki „to idź jutro do szkoły i zapytają Panią”. Dzisiaj na świetlicy poprosiłam Panie, aby wyjaśniły mojemu dziecku coś czego nie umiała. Gdybym chciała uczyć moje dziecko to zostałabym nauczycielką nauczania domowego, a nie pracowała zupełnie gdzie indziej. Moje dzieci nie będą miały piątek, a pewnie i z czwórkami będzie kiepsko, ponieważ robią wszystko same, dużo wolniej, mniej starannie i ogólnie gorzej od swoich rówieśników. Takie, moje podejście rodzi pewne komplikacje, np. przy konkursach. Moja córka nagminnie je przegrywa, ponieważ jej rysunek wygląda jak rysunek ośmiolatki, a nie praca utalentowanej studentki ASP. Zawsze ją w takich chwilach pocieszam, bo głupio powiedzieć dziecku, że przegrało przez czyjeś oszustwo. Mam nadzieję, że wytrwam w swoim postanowieniu i że ona też to zrozumie i przetrwa, chociaż „winter is coming” i ciężko będzie współpracować z nauczycielami, którzy oczekują, że rodzice coś za nich zrobią.

    • Elżbieta Manthey

      Wsparcie, obecność, zainteresowanie, uczestnictwo nie oznacza przejmowania roli nauczyciela. W moim rozumieniu jest to element bycia rodzicem. Ponieważ szkolne sprawy, w tym prace domowe, wypełniają większość czasu i myśli dzieci, jako rodzic chcę i jestem gotowa w tym uczestniczyć aż do momentu, kiedy moje dziecko powie: „Teraz już sam to zrobię”. I mówi. Ale to nie jest jedyna i uniwersalna recepta dla wszystkich, a jedynie mój wybór, którym dzielę się w tym tekście.

  • Również czytałam wpis Nishki i stwierdziłam na koniec, że z moimi chłopakami to nie wyjdzie. Dlatego, że gdy im zostawiam lekcje na głowie, to oni nie mają żadnych lekcji, potem sypią się pały, a ja otwieram oczy ze zdziwienia. Okazało się również, że gdy zajęłam się moim czwartoklasistą, a średniego – pierwszoklasistę – zostawiłam z lekcjami samego, pojawiły się niedociągnięcia w pisaniu liter, w pisaniu słów, a teraz widzę również, że z matematyki Także trzeba mu pomóc. Chciałabym, żeby moi chłopcy mieli poczucie obowiązku i sami czuli, że muszą się nauczyć, że muszą odrobić lekcje, że trzeba przygotować projekt czy nauczyć się wiersza na pamięć. Teraz jest tak trochę po środku. Staram się nie wyręczać ich, ale muszę dopilnować, choć zajrzeć lub czasem coś podpowiedzieć. Myślę, że patologią jest permanentne odrabianie lekcji z dzieckiem, tak, że nie potrafi ono samodzielnie nic zrobić i zawsze potrzebne mu jest potwierdzenie, że zadanie jest dobrze zrobione. Nishka ma córki – to jest też inna sytuacja. Dziewczynki często są bardziej samodzielne, obowiązkowe i dokładne. Stąd pewnie jej stanowisko i dobre rady. Niestety w przypadku niektórych dzieci zupełnie się nie sprawdzają.

  • Ewelina

    Popieram Twój wpis. Miałam okazję czytać tamten wpis. Mam takie same wrażenia jak Ty i w każdym calu myślę tak jak Ty. Moi rodzice nie zasiadali ze mną do lekcji, mówiąc, że nie mają na to czasu i moje lekcje to moja sprawa. Odebrałam to dokładnie tak jak piszesz. Owszem stałam się samodzielna, ale zawsze miałam poczucie, że jestem w tym sama, a moje problemy dla rodziców są nieważne, a tym samym i ja nie jestem dla nich ważna. Podobnie jak Ty jestem zwolenniczką tego, że dzieci powinny uczyć się wszystkiego w swoim tempie i nie powinno się niczego przyspieszać.

  • q-ku

    a samodzielność? No w zasadzie niepotrzebna, bo dzieci zostaną do 35 lat życia z mamą

    • Ela

      Pomoc i wsparcie nie wyklucza samodzielności. Raczej do niej prowadzi, tylko… inną drogą niż pozostawianie dzieci samym sobie.

  • Ja stoję po tej stronie co Ty. A z tyłu głowy kołacze mi myśl, że Nishce łato pisać, bo ma… córki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *