Samodzielność to nie to, co myślisz – rozmowa z Agnieszką Stein

Jednym z głównych zadań rodzicielstwa jest nauczenie dzieci samodzielności. Żeby umiały sobie poradzić we wszelkich sytuacjach, kiedy już będą dorosłe. Tylko co to tak naprawdę znaczy samodzielność? Jak się wywiązać z tej rodzicielskiej misji? Jak nie przesadzić – nie stawiać dziecku wymagań ponad jego możliwości, nie porzucać, gdy potrzebuje pomocy, ale też nie popaść w nadopiekuńczość? O rodzicielskich dylematach wokół samodzielności dzieci z Agnieszką Stein – doświadczonym psychologiem dziecięcym, znaną autorką książek i artykułów – rozmawia Elżbieta Manthey.

c

Jak to zrobić, żeby nie przesadzać z nauką samodzielności, ale też nie ograniczać dzieci w ich naturalnym jej rozwijaniu i nie wychować dzieci na niezaradnych i niesamodzielnych dorosłych?

Dla mnie samodzielność to jest autonomia, możliwość wyboru, a nie radzenie sobie bez pomocy. To bardzo dobrze widać, kiedy dziecko potrzebuje autonomii, kiedy chce i jest gotowe samo coś zrobić. Wtedy warto mu zaufać i pozwolić działać. Nawet jeśli nie robi czegoś doskonale, nawet jeśli wiemy, że jego sposób nie przyniesie pożądanego skutku – pozwolić próbować. To nie jest łatwe – kiedy dziecko coś robi i my już widzimy, że mu się nie uda, to mamy bardzo silny odruch, żeby wkroczyć, pomóc, podpowiedzieć, wyręczyć, albo komentować.

„Daj, pokażę ci”, albo „to nie tak się robi”, „tak się nie uda”.

Drugi odruch, jaki mamy, to jeśli dziecko już prosi o pomoc, często dajemy jej za dużo. Zamiast pomóc tylko trochę, tyle ile dziecko naprawdę potrzebuje, żeby pokonać jakąś trudność, ruszyć z miejsca, a potem pozwolić mu działać dalej – my wkraczamy i robimy już wszystko do końca. Na przykład kiedy dziecko mówi, że nie umie zapiąć kurtki, to można mu pokazać, jak wsunąć jedną część suwaka w drugą, albo zasunąć tylko kawałek, resztę zostawiając dziecku.

A my jak się dorwiemy do tego suwaka, to zapinamy od razu cały, tak szybko, że dziecko nawet nie zdąży zobaczyć, jak to zrobiliśmy i do tego jeszcze z rozpędu zawiążemy szalik, postawimy kołnierz i podamy rękawiczki.

Kiedy dziecko sygnalizuje, że potrzebuje pomocy, dobrze jest najpierw dowiedzieć się, jakiej pomocy potrzebuje, co mu sprawia trudność i jak ta pomoc ma wyglądać. Bo może jemu wystarczy, że ktoś jest obok, albo że ktoś pokaże na sobie, jak coś zrobić. A czasem wystarczy chwila rozmowy o tym, co mu nie wychodzi i dziecko tłumacząc nam, z czym ma trudność może samo dojść do rozwiązania. Ale z drugiej strony są takie sytuacje, kiedy na przykład kilkuletnie dziecko prosi, żeby mu buty założyć i nam się wtedy w głowie uruchamia presja na samodzielność.

Że ono przecież powinno samo te buty już zakładać, a jeśli mu pomożemy, to wyrośnie z niego fajtłapa. Jak o te buty prosi trzylatek, to jeszcze mamy w sobie zgodę na to, żeby mu pomóc, mimo że on już potrafi zrobić to sam. Ale jeśli o to samo poprosi dziewięciolatek, to wywołuje atak rodzicielskiej paniki.

Nie spotkałam się z dziewięciolatkiem, który na serio prosiłby o pomoc w założeniu butów. Prędzej poprosi o zrobienie kanapki, czy przeczytanie czegoś na głos. Ale wtedy często rodzic myśli, że on już powinien to robić sam.

Tu się też włącza taka nasza tendencja, że jak dziecko już raz coś zrobi samodzielnie, to my więcej nie chcemy mu w tym pomagać. „Już to umiesz, raz ci się udało, to teraz rób to sam i ćwicz tę nową umiejętność”.

Jeśli idę do kuchni i mój partner prosi „Zrób mi herbatę”, to mu zrobię, ale jeśli o to samo poprosi dziesięcioletnie dziecko, to mu powiem „zrób sobie sam, przecież umiesz”. Bo dziecko musi samo.

I wpadamy w pułapkę, bo jeśli nie będziemy dzieciom pomagać, czy robić czegoś dla nich, choć mogłyby same, to nie nauczymy ich, żeby one pomagały innym, nie uczymy uczynności i życzliwości.

Myślę, że jest tu też taki kłopot, że rodzice potrzebują mieć instrukcję, jak powinni reagować w każdej sytuacji. Skupiamy się na tym, żeby ustalić jakieś zasady: jak dziecko prosi o zrobienie kanapki, to ja mu ją robię. Albo nie robię, bo już samo potrafi. I to ma być stała reguła. A mało jest takiego spojrzenia na to, co mamy aktualnie w sobie. Czy ja w tym momencie mam ochotę i gotowość tę kanapkę zrobić? Bo jeśli mam ochotę, to robię i nie mam wtedy poczucia, że dziecko coś na mnie wymusiło. A jeśli nie mam ochoty, albo jestem zajęta czymś innym, to nie robię. Albo mowię „kanapki ci nie zrobię, ale mogę ci wyjąć chleb”. Albo: robię kanapki sobie, więc jak chcesz taką samą, jak ja to ci zrobię, a jak chcesz inną, to zrób sbie sam, albo wyjmij składniki z lodówki. Albo: teraz nie chcę grzebać się w kuchni, ale za pół godziny będę robić kolację, więc możesz poczekać, albo teraz zrobić sobie sam.

To nie musi być wcale sytuacja zerojedynkowa: zawsze robię ci kanapki na każde zawołanie, albo nigdy ci nie robię, bo już umiesz sam.

To są różne sytuacje relacyjne i komunikacyjne, w których dogadujemy się z drugim człowiekiem. I myślę, że wiele takich sytuacji rozbija się o to, że my nie mamy odruchu sprawdzania z samym sobą, jak ja się czuję z tą prośbą o pomoc czy przysługę. Brakuje nam elastyczności i zgody na improwizację.

A ta kanapka wczoraj może być zupełnie czymś innym i w innym kontekście, niż kanapka dzisiaj.

I jeśli ja nie mam ochoty robić tej kanapki, to dlaczego. Może oglądam ciekawy film i chciałabym dokończyć. A może piszę coś ważnego i nie chcę przerywać. Czy może jest tak, że właściwie mogłabym tę kanapkę zrobić, nie ma żadnych przeszkód, ale uruchamia mi się w głowie to myślenie, że jak ja teraz zrobię mu tę kanapkę, kiedy on ma dziewięć lat, to co to będzie, jak będzie miał lat dwadzieścia.

Ja jestem dorosła i też nie zawsze robię sobie sama jedzenie, bo często robi je mój mąż.

A mi czasami robi moje dziecko. Są takie rzeczy, które on lubi robić i robi je dla mnie. A czasami przychodzą do nas goście i zdarza się, że ja jeszcze pracuję, to mój syn ich przyjmuje, częstuje herbatą, czy podaje coś do jedzenia. I nie mówi do nich „jesteście dorośli, zróbcie sobie sami”.

Ale to nie jest łatwe – złapać równowagę pomiędzy „zrób to sam, proszę”, a „chętnie ci pomogę”.

Myślę, że najtrudniej jest rodzicom pięcio-, sześciolatków. To jest taki czas, kiedy dzieci jeszcze dość często proszą o pomoc i wiele rzeczy jeszcze sprawia im trudność, natomiast rodzice już czują bardzo dużą presję, że dziecko powinno to robić samo. Dzieci w tym wieku bardzo wielu rzeczy się uczą, trochę już potrafią, a nam się wydaje, że skoro tak, to nie możemy im pomagać, bo one muszą ćwiczyć te umiejętności i tę samodzielność. Mamy też skłonność do utrudniania dzieciom życia. Jeśli dziecko się czegoś uczy, to my mu każemy robić to w określony sposób, często wcale nie najłatwiejszy. Jak ma zadane zapoznać się z jakąś książką, to nie może posłuchać audiobooka, a jak ma coś policzyć, to nie może na kalkulatorze. Bo uważa się, że to jest oszukiwanie i pójście na łatwiznę.

Bo jak jest łatwo, to to nie jest wartościowe?

Powszechne jest takie założenie, że nauka musi się wiązać z wysiłkiem. Żeby się czegoś nauczyć, trzeba się pomęczyć, bo tylko wtedy będą jakieś efekty. Dlatego, kiedy dziecko mowi, że czegoś nie chce, nie potrafi, nie może zrobić, że coś je męczy, to dorośli nie traktują poważnie takiego sygnału. Zamiast się temu uważnie przyjrzeć, sprawdzić, co się dzieje, często mówimy „Tak już jest, tak jest świat skonstruowany, tak trzeba”. Uważamy, że nie da się nauczyć czytać, pisać, liczyć bez trudu i wysiłku. Niestety nasze myślenie o dzieciach i o szkole jest takie, że nauka nie może być łatwa ani przyjemna, bo jeśli taka jest, to niczego nie uczy.

Bliżej więc nam do tego, żeby utrudniać dzieciom życie, bo to je lepiej nauczy. Tylko że wiele ułatwień jest dziś stałym elementem naszego dorosłego życia i korzystanie z nich też jest czymś, czego powinniśmy nauczyć dzieci.

Dorośli na każdym kroku używają ułatwień. Używamy GPSu, zamiast papierowej mapy, w pracy liczymy za pomocą komputerów, a nie pisemnie na kartce i nikt nie mówi, że to jest oszukiwanie.

Myślę, że to utrudnianie dzieciom nauki wynika z troski. I z przekonania o tym, że w ten sposób pomagamy dzieciom w rozwoju, bo sukces osiąga się poprzez trudności i wyrzeczenia, że pokonywanie i wytrzymywanie trudności jest jedną z najważniejszych życiowych umiejętności. Ale to uczenie dzieci pokonywania trudności to jest trochę sztuka dla sztuki. To utrudnianie jest sztuczne i na wyrost. W życiu jest wiele takich sytuacji, kiedy dziecko czegoś pragnie i może to osiągnąć jedynie pokonując jakąś trudność. To są prawdziwe sytuacje i prawdziwe przeszkody naturalnie w nią wpisane, a nie zaaranżowane. I wtedy dzieci świetnie sobie z tym radzą, są w tym bardzo wytrwałe, bo mają motywację, by pokonać to, co trudne. Dla dziecka to jest oczywista część życia, że są w nim trudne rzeczy i ono chce się z nimi mierzyć. Ale my tego nie dostrzegamy. Często dlatego, że to, co dla dziecka jest trudne, dla nas jest łatwe i nie doceniamy wysiłku dziecka, który ono musi włożyć w wykonanie czegoś. Zamiast docenić te naturalne wyzwania, my stwarzamy sztuczne utrudnienia, które w naszym mniemaniu dobrze ukształtują dziecięce umiejętności.

W ten sposób gubimy jeszcze jedną ważną rzecz – umiejętność wyboru drogi do celu. Jeśli jakiś cel można osiągnąć na różne sposoby i są wśrod nich łatwiejsze i trudniejsze to my narzucamy dziecku, jaką drogą powinno pójść, często popychając je na tę trudniejszą, żeby miało mocniejszy trening. Nie uczymy dzieci oceny własnych zasobów, namysłu nad problemem, kreatywnego szukania rozwiązań i wyboru drogi najbardziej efektywnej i adekwatnej do tego, co mamy i dokąd chcemy dojść. Ustalamy jedynie słuszne sposoby wykonywania różnych rzeczy, rozwiązywania problemów, uczenia się i nie przyjmujemy do wiadomości, że warto próbować nowych sposobów.

Kiedy dziecko zrobi samo to, co mu każemy w sposób, jaki mu narzucimy to nie jest samodzielność. Samodzielność polega na tym, żeby dziecko umiało wybrać sposób działania i osiągania celu najbardziej odpowiedni dla niego, samodzielność polega też na umiejętności proszenia o pomoc i przyjmowania jej. Dorośli mają z tym ogromny problem – z proszeniem o pomoc, z przyjmowaniem jej, z przyznaniem się, że jej potrzebujemy. Ale też z delegowaniem różnych zadań, ze współpracą z innymi. Uczymy dzieci, że muszą umieć radzić sobie same, że nikt im nie pomoże, że na innych nie można polegać.

I wychowujemy dorosłych, którzy często robią samotnie to, co lepiej byłoby zrobić w zespole. A samodzielność polega także na tym, by umieć korzystać z zasobów innych, by umieć prosić o pomoc, kiedy jest nam potrzebna.

Tak. A jeśli ktoś, także dziecko, umie prosić o pomoc i wie, kiedy jej potrzebuje, to i tak wiele rzeczy będzie chciał zrobić sam. Bo jeśli potrafi, to czemu nie – to może też sprawić przyjemność. Ale możemy prosić o pomoc nie tylko dlatego, że jej potrzebujemy, ale też dlatego, że coś jest fajniej zrobić razem z kimś. Są takie rzeczy, które mogłabym zrobić sama, ale kiedy robię to razem z kimś, to obydwoje mamy z tego więcej przyjemności.

To buduje relacje, które są w wychowaniu dzieci jeszcze ważniejsze, niż samodzielność.

c

c

Agnieszka Stein – psycholog dziecięcy, autorka wielu artykułów i książek „Dziecko z bliska” „Dziecko z bliska idzie w świat” oraz „Akcja adaptacja”, więcej na: agnieszkastein.pl.

c

c

IMG_2533c

Elżbieta Manthey – pomysłodawczyni i założycielka Juniorowa, dziennikarka, mama Tymona i Marysi, żona Krzysztofa. Współpracowała między innymi z miesięcznikiem „GaGa”, kwartalnikiem „Twój Junior” oraz z Gazetą Wyborczą.

Samodzielność to nie to, co myślisz – rozmowa z Agnieszką Stein
3.78 (75.63%) 32 głosów

4 komentarze

  • Dominika

    O ile ogolnie sie zgadzam z artykulem o tyle jest jedna czesc co do ktorej uwazam ze poszlo zanadto w generalizowanie. Jesli chodzi o liczenie, czy zapoznawanie sie z ksiazka, to nie prawda jest ze dziecko ma prawo skorzystac z kalkulatora czy z audiobooka. Nie zawsze. Co innego kiedy juz wprawnie potrafi cos robic, a co innego kiedy celem jest… szlifowanie umiejetnosci. Rownie dobrze moznaby pierwszoklasiscie dac klawiature i nie meczyc dziecka koniecznoscia pisania liter czy cyfr. Bo po co? – przeciez wystarczy, ze poklika i juz. A jesli ma sluchac audiobooka-to czemu by od razu nie puscic filmu, jesli taki istnieje? Tylko niestety z jakiegos wzgledu takie podejscie nie rozwija odpowiednio mozgu. Czytanie pozwala zapamietac nie tylko tekst ale przede wszystkim – poprzez obserwacje tegoz-dziecko uczy sie wzrokowo ortografii. Najczesciej tez moze sie zatrzymac i pomyslec nad przeczytanym fragmentem. W audiobooku tej mozliwosci w tak latwy sposob-nie ma.
    Tak samo z liczeniem w pamieci. Zadanie zrobione na kalkulatorze nie nauczy dziecka sprawnego myslenia. Po prostu nie. Na klasowce pozniej kalkulatora miec nie bedzie. Raz uzyty kalkulator – kusi. Bo latwiej i szybciej.. a to rozleniwia mozg. Kiedy zas pisze i liczy w pamieci-tworzy sobie swoje sposoby na radzenie sobie z roznymi problemami matematycznymi. I to jest celem.

    Troche wkradlo sie pomieszanie z poplataniem w tym obszarze w artykule autorki. Proponuje zawsze sie zastanowic nad celem, szczegolnie w przypadku tematow szkolnych, i konsekwencjami podejmowanych decyzji. Raz nie zawsze-oczywiscie, ale mozg tak ma ze jak ma cos latwiej-to pozniej idzie w kierunku ulatwiania. Ale to stawianie czola wyzwaniom rozwija charakter i umiejetnosc samodzielnego myslenia, a nie podazanie za tym co latwe-co widac obecnie wsrod mlodziezy, ktora nie potrafi myslec logicznie, bo poszla wlasnie na latwizne. Pomijam fakt, ze nauczyciele tez-czesto nie tlumaczac materialu wystarczajaco dobrze, a jedynie wymagajac. Ale to inna bajka.

  • Pingback: Hity miesiąca, czyli czym żyłam w kwietniu - MUM AND THE CITY

  • Zlloty

    Dobrze napisane.

  • Cosya

    Bardzo dobry artykuł. Skłania do konkretnych przemyśleń i postanowienia poprawy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *