Rodzice w szkole – bierni uczestnicy, krytycy czy partnerzy?

Społeczność szkolną tworzy przypadkowa grupa osób, z którymi trzeba wytrwać przez kilka lat. Na zebraniach rodziców spotykają się ludzie z najróżniejszymi systemami wartości i podejściem do życia. Najczęstszą rodzicielską strategią na przetrwanie szkoły własnych dzieci jest pasywność i kontakty zredukowane do minimum. Ewentualnie krytyka i malkontenctwo. Wrześniowe wybory do trójek klasowych to łapanka tych, którzy nie potrafili asertywnie odmówić. Potem przewodniczący tych trójek trafiają do Rady Rodziców.

Rola rodziców w szkole

Stanisław Bobula w artykule „Rodzice partnerami szkoły” przytacza dane z raportu z 2011 r. (Jakub Kołodziejczyk „Partycypacja uczniów i rodziców w zarządzaniu szkołą”, Kraków 2011) wykazujące jasno, że rodzice w najlepszym razie pełnią w szkole funkcję pomocniczą, ewentualnie są biernymi uczestnikami imprez. Tylko mniej niż co piąty brał udział w konsultacjach i debatach, jeden na dziesięciu w kursach i warsztatach prowadzonych przez szkołę, a 14 procent dzieliło się swoją wiedzą i umiejętnościami. Tym cenniejsi są więc dla szkoły rodzice-aktywiści. Kłopot w tym, że najczęściej odbijają się od tej szkoły, pogłębiając wzajemne niezrozumienie.

Skąd konflikty na linii rodzice-szkoła?

Rodzice-aktywiści zaczynają od prostych pytań. Dlaczego dzieci nie mogą korzystać z sali gimnastycznej w ramach WF? Jakie zajęcia można wprowadzić w świetlicy, by dzieci się nie nudziły? Skoro połowa komputerów w sali informatycznej nie działa, skąd można wziąć nowe? Z perspektywy szkoły pytania są zwykle niewygodne, bo podważają istniejący stan rzeczy. Nierzadko obnażając pasywność i brak znajomości przepisów poprzednich rad rodziców, nauczycieli czy dyrekcji. Ta ostatnia często podtrzymuje pruskie ideały: dyrekcja ma zawsze rację, a jeśli nie ma racji – patrz punkt pierwszy.

Reakcją obronną na rodzicielską aktywność bardzo często jest więc atak. Katarzyna (miejscowość 20 tys. mieszkańców) dowiedziała się od dyrekcji, że ta nie życzy sobie dostawać od niej maili o konkursach, grantach i dotacjach oraz że dopóki dyrekcja tu rządzi, to zrobi to, co uważa za stosowne, a jak Katarzyna chce więcej, to niech wystartuje w wyborach na władze szkoły. – Poczułam się jak intruz, który czyha na stanowisko – opowiada. Była rozżalona, bo przecież ciągle słyszy, że szkoła jest niedoinwestowana więc chciała dać coś z siebie. W końcu postanowiła zająć się tylko klasą swego dziecka i raczej po cichu: wraz z wychowawczynią zgłaszają ją do konkursów i już mają pierwsze sukcesy. – Te dzieciaki już widzą, że zamiast narzekać, że się nie da, warto po prostu brać się do roboty.

Zofia (miasto wojewódzkie, szkoła tysiąclatka) mówi o sobie, że jest typem buldoga. Generalnie, w życiu, jeśli zadaje pytanie, to nie odpuszcza, dopóki nie uzyska odpowiedzi, i tak też było ze szkołą jej dzieci. Nie jest przez to lubiana, ale za to odkryła na przykład, że Rada Rodziców i szkole jej dzieci nie potrzebuje księgowości, co pozwoliło zaoszczędzić 200 zł miesięcznie i przeznaczyć te pieniądze na sfinansowanie udziału uczniów w olimpiadach, zakup książek do biblioteki i naprawę zabawki na placu zabaw.

Z różnorodnych badań wynika, że dobra szkoła to taka, w której ludzie mają poczucie wspólnoty, co zwykle lepiej wychodzi w małych placówkach, ale kluczowa jest też postać dyrektora – mówi dr Magdalena Śniegulska, psycholog z SWPS. – Osoby, która ma wizję i tak dobiera personel, by tą wizją zarazić. By ludzie rozumieli, dlaczego robią różne rzeczy.

Jedni się zniechęcają, inni rozwijają skrzydła

Jeśli aktywista jest samotnikiem, to niestety wcześniej czy później się wypala. Po kolejnych próbach ruszenia z posad bryły szkoły poddaje się. Jak Monika, która po dwóch latach rodzicielskiej aktywności ma dosyć: w szkole jest 600 dzieci, rodziców dwa razy tyle, a gdy trzeba coś zrobić, zostaje na placu boju sama. Więc w tym roku się zbuntowała. Nie upiekła na świąteczny kiermasz sześciu blach ciasta. Albo Andrzej. Kreatywność ma we krwi, więc co roku angażował się w robienie dekoracji, jasełka i twórcze wsparcie lekcji – a potem była konstatacja, że po co mu te nerwy? Szukanie międzynarodowych projektów też już sobie odpuścił, od kiedy zrozumiał, że doskonale wyglądają na stronie szkoły (prywatnej, elitarnej), ale nikt z nauczycieli nie zamierza ich poważnie traktować, a tym bardziej realizować.

Ale bywa, że aktywista trafi na podatny grunt i znajdzie sojuszników. Jak Dorota Rudawa od lat zaprzyjaźniona ze środowiskiem podróżników. Zaprosić do szkoły nurka, himalaistę czy Tybetanki – to dla niej żaden problem. Monika Kustra, nauczycielka Zespołu Szkół nr 1 w Konstancinie, od razu wyczuła w niej bratnią duszę. Powstał projekt nauczania przez doświadczenie: dzieci w klasie II i III przez dwa lata spotykały różnorodnych ludzi z pasją. Chodziły w rakach, dotykały eksponatów z Antarktydy, piły oryginalną herbatę tybetańską, oddychały powietrzem z butli nurkowej. A nawet rozmawiały z Mirosławem Hermaszewskim! Z czasem pomysł podchwycili rodzice i nauczyciele z innych klas.

Jednym się podoba, innym nie

Choć aktywiści chcą realizować swą wizję szkoły idealnej – inni rodzice mogą mieć wizję zupełnie odmienną. To, co zdaniem jednych rozwija dzieci, dla innych jest marnowaniem cennego czasu lekcji. Bo przecież uczniowie niczego konkretnego się nie uczą. Jolanta (nauczycielka z 20-letnim stażem, szkoła państwowa) od lat organizowała w szkole dni różnych kultur połączone z degustacją potraw z różnych krajów. Uczniowie sami robili sałatki, kanapki, owocowe szaszłyki, dopóki jakiś rodzic nie podniósł alarmu, że zdrowie dzieci w niebezpieczeństwie! Gdzie sanepid, kto odpowie za zagrożenie zatruciem? Trzeba zawiadomić kuratorium!

W praktyce nawet najszlachetniejsze akcje budzą negatywne rodzicielskie reakcje. Zbiórka na pomoc uchodźcom? A dlaczego nie na biedne polskie dzieci? Dodatkowe zajęcia z szachów? Dlaczego nie ortografia? Wyjście do teatru? – A po co, już raz były – usłyszała mama Kuby, która miała możliwość zorganizowania bezpłatnego wyjścia klasy na spektakl, a potem dowiedziała się jeszcze, że pewnie na tym zarabia na boku, bo kto to widział tak się starać za darmo?

Dyrektorka Zespołu Szkół nr 1 w Konstancinie Paulina Karczmarczyk od lat obserwuje, że gdy jedni piszą listy z podziękowaniem za uatrakcyjnienie lekcji, inni ślą w tej samej sprawie skargi.

Brak zaufania, brak konsultacji

Aktywności rodzicielskiej nie pomaga z pewnością osławiony niski poziom społecznego zaufania polskiego społeczeństwa. Aż dwie trzecie (według CBOS) wyznaje zasadę zachowywania daleko idącej ostrożności w stosunkach z innymi. Polscy rodzice nie ufają nauczycielom (że wiedzą, co robią, a ich nowatorskie pomysły mają sens) oraz sobie nawzajem (że podejmowane działania służą edukacji), tym bardziej że szkoła, w której sami się uczyli, była prowadzona według modelu sztywnej hierarchiczności niedopuszczającej rodziców do współdziałania i współdecydowania. Jeśli dodać do tego, że wielu rodziców traktuje szkołę jako usługodawcę, a najczęstszym językiem rozmowy jest roszczenie – to mamy sytuację, w której naprawdę trudno o porozumienie.

Paradoks kolejny polega na tym, że im bardziej rodzice zaangażują się w życie szkoły, im więcej wysiłku i samozaparcia to od nich wymaga – tym więcej widzą niedociągnięć i tym mocniej chcą to zmieniać. Świeżo upieczeni aktywiści rwą się do działania, wierząc, że bez ich pracy nigdy nic się nie zmieni, ich najczęstszym błędem jest zaś brak konsultacji pomysłów z innymi.

Piotr z Wrocławia był ogromnie rozżalony, gdy dowiedział się, że jego hiperaktywność destabilizuje pracę szkoły i nauczyciele już nie wyrabiają z przesyłanymi przez niego kolejnymi propozycjami konkursów, grantów i działań – ale potem zdał sobie sprawę, że naprawdę było tego za dużo. O przekonywanie innych do realizacji pomysłów – najskuteczniejszą metodę trafienia do innych – trudno, bo to jest czasochłonne.

Gdzie w tym wszystkim dzieci?

Zupełnie nie do pomyślenia jest w polskiej szkole pytanie o zdanie tych, których dotyczą pomysły na rewolucje i projekty, czyli samych uczniów. A czasem okazuje się, że oni są zainteresowani czym innym. – Dyskutowanie z dzieckiem, pytanie o jego potrzeby i pragnienia wciąż jest rzadkie, bo w koncepcji europejskiego wychowania pokutuje model wiktoriański. Trzeba przejąć kontrolę dla twego dobra, bo my wiemy lepiej – zauważa dr Magdalena Śniegulska. – Oczywiście dorosły jest od tego, by wiedzieć i stwarzać bezpieczny świat. Ale potrzebujemy też buntowników. Osób, które będą potrafiły mądrze i rozsądnie dyskutować. Uzasadniać swoje potrzeby. Być gotowe do negocjowania i rozmawiania w sposób partnerski. Kiedyś musimy dzieci tego nauczyć, dlaczego nie zacząć w szkole? Stanisław Bobula, autor tekstu „Rodzice partnerami szkoły”, stawia wręcz pytanie, jak szkoła ma przygotować młodych ludzi do życia w demokratycznym społeczeństwie, skoro sama nie jest instytucją demokratyczną?

Ci, którzy spróbowali, mają dobre doświadczenia. Jak w szkole na warszawskiej Ochocie, gdzie uczniowie sami wykwaterowali słodzone napoje ze swojej maszyny – sklepiku, gdy na lekcjach sprawdzili, ile cukru mieści się w coca-coli.

Dobre praktyki

Choć co roku resort edukacji wydaje miliony na rzecz podniesienia kompetencji kadry pedagogicznej, to zupełnie pomija się wsparcie drugiego ogniwa procesu edukacyjnego, jakim są rodzice. Próbą zmiany tego podejścia jest realizowany przez MEN przy współpracy z Fundacją Rozwoju Demokracji Lokalnej Centrum Mazowsze projekt „Szkoła współpracy”, w ramach którego 6-osobowe zespoły składające się z nauczycieli, uczniów i rodziców brały udział w szkoleniach i warsztatach, ucząc się dobrych praktyk rozmowy i współdziałania. To kropla w morzu potrzeb. Bo choć w projekcie wzięło udział ponad tysiąc szkół (i przeszkolono ponad 7 tys. osób), to do reszty szkół podstawowych w Polsce (ponad 13 tys., z ponad 2 mln uczniów), gimnazjów (ponad 7 tys.; ponad 1 mln uczniów) i liceów ogólnokształcących (2,2 tys.; ponad 500 tys. uczniów) rodzice przebijają się trudno. Ze świecą można tam szukać Rad Szkoły, gdzie nauczyciele wraz z uczniami i rodzicami wspólnie decydują o kształcie szkoły i podejmowanych w niej działaniach.

Choć są i takie. W szkole podstawowej w Banicy (Beskid Niski, niespełna 60 uczniów) brakowało pracowni do nauki języków obcych. Nauczyciele i rodzice wzięli sprawy w swoje ręce. Zorganizowali letni festyn, na który zaprosili turystów z całej okolicy. Było rękodzieło, zabawa, konkursy i jedzenie. Zebrali tyle, że wystarczyło na pracownię i jeszcze zostało na nowe ławki do szatni. W kolejnym roku dochód z festynu przeznaczyli na dodatkowe zajęcia dla dzieci i wycieczkę do stołecznego Centrum Nauki Kopernik.

W Szkole Podstawowej nr 227 we Włochach (dzielnica Warszawy) uczniów jest blisko 300, ale tu też rodzice skrzyknęli się z nauczycielami: była debata oksfordzka, tydzień rozmów po angielsku z wolontariuszami z zagranicy i wspólne malowanie płotu. Wprowadzili kreatywne zajęcia biżuterii, uwolnili książki w ramach bookcrossingu i zorganizowali szkolny budżet partycypacyjny. Długa lista kolejnych pomysłów czeka na wspólną rozmowę.

Dla Ewy Ratajczak, dyrektorki Zespołu Szkoły Podstawowej i Przedszkola w niewielkim Zębowie (woj. wielkopolskie, ponad 200 dzieci w obu placówkach), to zupełnie naturalne, że raz na jakiś czas robi zebranie z rodzicami, by powiedzieć im, co się w szkole zdarzyło, jakie są dalsze plany, i wysłuchać ich postulatów. A jeśli trzeba podjąć decyzje, np. o zakupie pomocy dydaktycznych – siada omówić to z trójkami klasowymi.

Tam gdzie wiele się dzieje, dzieci zaczynają mieć poczucie wspólnoty i widzą, że szkoła to nie tylko miejsce wkuwania, ale też przestrzeń ich życia.

c

Autorka: Anna Olej-Kobus – Kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi. Dziennikarka, fotografka, podróżniczka i pilotka wypraw. Autorka licznych książek podróżniczych, w tym serii „Podróżowników” będących połączeniem twórczych przewodników i pamiętników dla dzieci. Mama dwóch juniorów, dzięki którym każdy dzień to nowe wyzwanie. Aktywistka w Dzielnicy Włochy, gdzie zajmuje się pozytywistycznym działaniem w szkole juniorów. Miłośniczka Namibii, Kena Robinsona, budżetu partycypacyjnego i pozytywnego podejścia do życia. Prowadzi portal Portal Małego Podróżnika , pisze bloga PippiAnna.

foto: Pixabay

Rodzice w szkole – bierni uczestnicy, krytycy czy partnerzy?
5 (100%) 1 głosów

One comment

  • Kamila

    Dzięki za artykuł. Trudno się z nim nie zgodzić. Tych badań jest więcej. Ostatnie które kojarzę, to prowadzone w ramach projektu Szkoła współpracy i pokazują to samo i więcej jeszcze, bo mówią o samorządach uczniowskich, które przez nikogo nie są traktowane na serio, przez rodziców też. Roszczeniowy rodzic to taka łatka, słowo wytrych w szkole, które oznacza każdą postawę wykraczającą poza pożądane minimum.
    Gwoli ścisłości, szkoła współpracy już się skończyła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *