Moje dziecko jest przeciętne?

the-little-girl-277697_1280

„Mamo, a co daje bycie najlepszym uczniem?” – zapytała moja córka, uczennica pierwszej klasy podstawówki. Fakt, że pyta o to pod koniec roku szkolnego z jednej strony napawa mnie dumą i radością. Wychodzi bowiem na to, że pęd do uzyskania tytułu prymuski nie zdominował naszej codzienności. Z drugiej, musi się ten temat przewijać w szkole, skoro wyszła z takim pytaniem. To z kolei napawa mnie trwogą i  przywołuje myśli o nieciekawym losie tych dzieci, których rodzice od przekroczenia progu szkoły próbują je wcisnąć w pęd szczurów. Tłumaczą, że wyścig do bycia najlepszym to warunek osiągnięcia sukcesu w przyszłości.  Kiedyś przecież MUSZĄ zdobyć dobrą pracę, zrobić karierę, zarobić dużo pieniędzy, stać się niezależni… i tak dalej, i tak dalej. Znalezienie usprawiedliwienia dla wpychania dzieci w ten pęd do kariery nie jest takie trudne. Jednak moim zdaniem, to nie dbanie o przyszłość dzieci jest podstawowym motorem napędowym, a niestety – egoistyczne pobudki rodziców.

Rodzice często boją się przyznać, że ich dzieci są przeciętne, że niczym się nie wyróżniają (przynajmniej w kategoriach  preferowanych przez dorosłych). Rodzice, którzy nie mogą pochwalić się przed znajomymi i krewnymi, że Kasia to mistrzyni pływania, Jaś zwyciężył w zawodach jeździeckich, natomiast Zosia maballet-1030921_640 świadectwo z czerwonym paskiem, uznają, że ich dziecko jest przegranym. Jeśli jest tak po prostu przeciętne, to w myśleniu dorosłych nie ma szans na szczęście i sukces (te dwie rzeczy, w mniemaniu wielu – są nierozłączne).
Poprzez zniekształcone pojęcie sukcesu rodzice nie potrafią dostrzec w swoim dziecku człowieka. Kogoś, kto codziennie pokonuje swoje słabości, zdobywa kolejne przyjaźnie, mimo wysokiego poziomu trudności zadania matematycznego wykazuje się dużym samozaparciem i (lepiej lub gorzej) rozwiązuje je bez poddawania się. Ci rodzice często nie zdają sobie sprawy, że ich „przeciętne” dziecko ma na przykład wyjątkowe zdolności zjednywania sobie ludzi. Być może jest jedyną osobą w klasie, która kilkoma słowami i gestami jest w stanie rozbawić całą grupę. Być może syn, który bez przerwy stoi na bramce podczas meczu piłki nożnej nie ląduje tam dlatego, że słabo gra, ale dlatego, że najlepiej broni. Wiem, że wielu mało świadomych rodziców nie potrafi dojrzeć tego typu zalet, które są ogromną wartością dziecka. Bardzo mnie jednak kole w oczy, kiedy mam do czynienia z wykształconym (nierzadko w kierunku pedagogicznym) dorosłym człowiekiem, który bezpardonowo wrzuca talenty swojego dziecka w praskę swoich stereotypów i robi z nich cienkie jak naleśnik mało znaczące umiejętności. Jednocześnie buduje w dziecku przekonanie, że tylko nieprzeciętność pozwoli mu być szczęśliwym.

graduation-521544_640A przecież to nieprawda. Pomijam, że miłość warunkowa (czyli będziesz w moich oczach lepszym dzieckiem/człowiekiem, jeśli osiągniesz sukces) to krzywda dla dziecka. W szczególności jednak narzucanie dziecku własnej definicji sukcesu czy szczęścia przyniesie dokładnie odwrotny skutek – sprawi, że przestanie ono do czegokolwiek dążyć, nie będzie chciało się mierzyć z przeszkodami. Takie postępowanie będzie skutkowało tym, że swoje prawdziwe talenty stłumi, a biegnąc za tymi, których realnie nie ma – nabierze poczucia, że nie jest wartościowe, że jest nieudacznikiem i niczego nie potrafi. Stanie się tak dlatego, że nikt jeszcze nie osiągnął sukcesu walcząc o coś, czego nie rozumie (cel wyznaczony przez innych, zupełnie niezgodny z pragnieniami zainteresowanego), będąc wyposażonym w oręż, który nie istnieje (umiejętności, których realnie nie ma, a których posiadania się od niego oczekuje). Brak zamiłowania/pasji/rozumienia tego, do czego zmierzamy nie działa mobilizująco, lecz zniechęcająco. Kiedy osiągamy sukces, to zwykle dlatego, że angażujemy się nie tylko fizycznie wykonując ciężką pracę, ale przede wszystkim wkładając w to serce. Brzmi to jak frazes, ale przecież wszyscy wiemy, że to prawda w najczystszej postaci, którą specjaliści nazwali motywacją wewnętrzną.

Niektórym trudno wyzbyć się przekonania, że jeśli dziecko nie jest prymusem to znaczy, że jest nikim oraz obaw, co z niego wyrośnie. Warto jednak na chwilę się zatrzymać, uklęknąć przy dziecku i zapytać, co lubi robić, z czego jest dumny, czy potrzebuje w czymś pomocy i tak po prostu powiedzieć: NIC NIE MUSISZ! KOCHAM CIĘ.

c

creceived_1316953434984695

autorka: Anita Dybowska – jest anglistką, pracuje w nauczaniu dzieci od 1999 r., obecnie jako metodyk w sieci szkół językowych zajmującej się nauczaniem dzieci i młodzieży. Ma trójkę dzieci.

c

c

foto: Pixabay
Moje dziecko jest przeciętne?
4.75 (95%) 8 głosów

2 komentarze

  • Sylwia

    2 dni temu dokładnie uświadomiłam sobie, że mój pierwszak jest przeciętny. Matma i polak, idzie ok, ale bez entuzjazmu. Oczywiście marzyłam, że będzie jak mama – ambitna i dążąca do wysokiego poziomu. Pogodzilam się, wiem jaka jest… Radosna i uśmiechnięta, lubią ja dzieci. Mam wiele przyjaciółek i koleżanek. Oczywiście wady widzę, poddaje się za często, złości jak coś nie wychodzi. Ale to moje dziecko!!! I może być fryzjerka, byle szczęśliwa…

  • Olkakrakow

    Prawda jest to, ze pracujac na sukces nalezy pomomo wysilku wlozyc w to serce, jezeli tak nie jest, to sukces jest niestety niepełny. Widzimy to na naszym wlasnym przykladzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *