Gofrowe serce – lepsze niż Bullerbyn?

Gofrowe serce

Uwielbiam „Dzieci z Bullerbyn”. Czytałam je sama nie wiem ile razy – w dzieciństwie, a potem na głos moim dzieciom, słuchaliśmy też wersji audiobookowej. I za każdym razem tak samo śmieję się z kawałka kiełbasy dobrze obsuszonej, chichoczę radośnie czytając o szewcu, który dwa razy ratował zupełnie niepotrzebnie szóstkę dzieci z pirackiego statku. Rozpływam się w sielskości, beztrosce i niewinności tej opowieści. A docierając do końcowej strony, zawsze tak samo żałuję, że nie ma tego więcej.

Otóż jest! Więcej i może też… bardziej.

Gofrowe serce to opowieść z iście bullerbynową klasą, a autorka – Maria Parr – porównywana jest z Astrid Lindgren. Przywodzące na myśl tę bullerbynową sielskość, niewinność, beztroskę i humor najlepszej próby, Gofrowe serce jest jednak oryginalne i niepowtarzalne. Od pierwszych stron zachwyciło i mnie, i mojego 10-letniego syna, w związku z czym musieliśmy ostro negocjować, kto kiedy czyta książkę, bo żadne z nas nie chciało czekać.

Gofrowe serce zaczyna się od materaca z łóżka rodziców na nieco sponiewieranym żywopłocie. I w porównaniu z dalszym ciągiem jest to dość niewinny początek. W Zatoce Pękatej Matyldy – niewielkiej osadzie nad norweskim fiordem – zagęszczenie wydarzeń nasyconych dziecięcą fantazją i nieposkromioną ciekawością świata jest chyba najwyższe na świecie. Tu gasi się ognisko deszczem gnojówki, upycha zwierzęta na barce, by sprawdzić, jak to było z Noem i jego arką (To pewnie dlatego dinozaury wymarły, Kręciołku. Potopiły się. Noe nie miał dla nich miejsca.), zjeżdża się na łeb na szyję sankami z latającą kurą aż po wstrząs mózgu, gra się kolędy w środku lata i w środku miasta, ratuje owieczkę ryzykując życiem, zakopuje radioodbiorniki i wyciąga przyjaciela z płonącej stodoły. Przy okazji wywołuje się u czytelnika salwy śmiechu, lub z trudem tłumiony chcichot (jeśli ktoś czyta – jak ja – tuż obok zasypiających właśnie dzieci).

Takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. Ciocia-babcia pożyczyła garnitur taty i była panem młodym. Wyglądała jak gruby pingwin. Dziadziuś miał na sobie długą białą suknię, welon i buty na wysokim obcasie. Jego kaktus służył mu za wiązankę ślubną. Że też można śmiać się tak, jak my śmialiśmy się tego wieczoru!

Inspiratorką i główną bohaterką wszystkich niezwykłych wydarzeń jest Lena – dziewięciolatka przypominająca nieco Pippi Pończoszankę. Jest chuda. Dziadziuś zwykle mówi, że ona je jak koń, a wygląda jak rower. Jednak o ile Pippi jest ekscentryczką bliższą bajce niż rzeczywistości, Lena to postać znacznie mniej fantastyczna. Taka Lena może tkwić w każdym dziewięciolatku. Jej wyczyny wynikają z dziecięcego bezkompromisowego sposobu poznawania świata – przez doświadczenie. Ale też z emocji, z którymi Lena próbuje mierzyć się na swój sposób, z jej pragnień i z ambicji podejmowania wyzwań.

Jej przyjaciel zwany Kręciołkiem wydaje się zupełnie inny. Jest w tej parze głosem rozsądku, jednak dość nieśmiałym, a ze strachu często drżą mu kolana. Jednak i on bardzo czegoś pragnie, potrafi być niezwykle odważny, gdy na czymś bardzo mu zależy, nosi w sobie kotłujące się emocje. Tych dwoje wystarcza, by każdy dziewięciolatek, który przeczyta Gofrowe serce odnalazł w tej opowieści część siebie. Każde z nich na swój sposób przeżywa to, co przynosi życie, dąży do tego, czego pragnie, każde inaczej wyraża emocje, które jednak dla obojga są uniwersalne. Emocje są wspólnym mianownikiem i to one pozwalają na wzajemne zrozumienie – nie tylko w tej dwójce przyjaciół, ale i w szerszym kręgu. Wszyscy je przeżywamy, a empatia okazuje się kluczem do odpowiedzi na wiele pytań.

W Zatoce Pękatej Matyldy mieszka jeszcze kilka osób, z których każda odgrywa ważną rolę w tej opowieści. Jest Dziadziuś, który jak nikt inny rozumie dzieciaki nawet wtedy, gdy pakują się w ekstremalne kłopoty. Dziadziuś zwykle wstaje, jak sam mówi, zanim ptaki narobią na szlaki. Jest ciocia-babcia – uosobienie ciepła, humoru i… starości. Są rodzice Kręciołka – dokładnie tacy, jak wielu rodziców, z mieszaniną desperackiej stanowczości i troskliwej tolerancji dla swoich dzieci. Mama Leny – samotnie wychowująca córkę i dzielnie mierząca się z jej mocnym charakterem. Nie mają tam żadnego taty, mimo że Lena twierdzi, że byłoby dla niego dużo miejsca, gdyby trochę posprzątały w suterenie. Jest też rodzeństwo Kręciołka, wujek Tor, Jon z Górki i Kobyła z Górki oraz – nieodzowny w związku z wyczynami Leny i Kręciołka – lekarz, Izaak.

Leny i dziadziusia zawsze jest pełno w naszej kuchni, mimo że nikt z nich tu nie mieszka. Oni po prostu wpadają.

Gofrowe serce to nie tylko zbiór opowiastek o nieposkromionych wyczynach Leny i Kręciołka z resztą postaci w tle. To mądra i trafiająca prosto do serca opowieść o przyjaźni, o mocy pragnień, o smutku i szczęściu, o doświadczaniu świata w całej jego palecie barw. O przeżywaniu emocji i dojrzewaniu do ich zrozumienia. O tym, że wielkie pragnienia w końcu się spełniają, choć po drodze bywa nie tylko wesoło, ale i smutno, i gorzko, a czasem też niebezpiecznie.

Kiedy wzruszona i ubawiona doczytałam Gofrowe serce do ostatniej kropki, żałowałam – jak z Bullerbyn – że nie ma tego więcej. Trudno się rozstać z Zatoką Pękatej Matyldy, kiedy pozna się jej mieszkańców.

Gofrowe sercec

Gofrowe serce

autorka: Maria Parr

ilustracje: Heleen Brulot

Wydawnictwo Dwie Siostry

c

c

c

c

książkę opisała: Elżbieta Manthey, poleca ją również Tymon lat 10

Możesz ocenić ten artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *