Energylandia – piorunująca mieszanina adrenaliny i kiczu

26 hektarów roller coasterów, karuzel, kolejek widokowych, ogromnych wahadeł i zjeżdżalni. Widowisk, pokazów i zorganizowanych zabaw. Barów i restauracji. Wszystko w rytm dudniącej muzyki i nieustannych pisków i krzyków przerażenia osób, które zdecydowały się na najbardziej ekstremalne przeżycia. Energylandia w małopolskim Zatorze to największy w Polsce park rozrywki.

Redakcja Juniorowa wybrała się do Energylandii w słoneczne, sobotnie przedpołudnie. Pierwsze, co nas zaskoczyło to wielkość parkingu, na którym pomieści się kilka tysięcy samochodów. Tego dnia parking wypełniony był niemal po brzegi, ale – plus dla organizatorów – bardzo sprawna obsługa natychmiast wskazała nam wolne miejsce, więc parkowanie zajęło nam dosłownie kilka minut. Idziemy w kierunku bramy.

O bramie wejściowej piszą, że jest „niewątpliwie piękna”. Kwestia gustu…

Po dojściu do kas kolejne pozytywne zaskoczenie – nie ma kolejek. Kilkanaście kas sprawnie obsługuje kolejne fale zwiedzających. Przez obszerny dziedziniec wkraczamy na teren Energylandii.

Natychmiast oszałamia nas ogrom tego miejsca, intensywność kolorów i kakofonia dźwięków atakujących ze wszystkich stron. Dźwięki maszynerii i nieustanne piski ludzi tak naprawdę nie przeszkadzają – to naturalne odgłosy wesołych miasteczek. Doskwiera głośne umpa-umpa wydobywające się z wszechobecnych głośników. Muzyka zahacza o disco polo i nie ma przed nią schronienia. To największy minus tego miejsca, na szczęście jeden z niewielu.

Drugim – ale to ocena subiektywna – jest wszechobecny kicz. Kolorowe drzewa z ludzkimi twarzami. Wózki karuzel i coasterów udające baśniowe pojazdy, knajpy imitujące pirackie tawerny lub przytulne alpejskie schroniska. Ogromne, plastikowe figury różnych supermanów czy egipska piramida… Czy każdy park rozrywki musi epatować kiczem? Ale z drugiej strony może warto potraktować go jako „guilty pleasure”? Zanurzyć się w nim i rozsmakować, jak w fastfoodowym posiłku? Nasza rodzina właśnie tak postąpiła i szybko przestaliśmy zwracać na niego uwagę.

Energuś

Najważniejsze przed nami – rozrywka! Tuż przy wejściu śmignęła nam przy głowach pierwsza górska kolejka. Chcemy! – zakrzyknęli unisono nasi juniorzy i nie pozwalając na jakikolwiek sprzeciw powiedli w stronę kolejki. Przy wejściu elektroniczna tablica z czasem oczekiwania: 30 minut… W wakacyjny weekend zapewne nie może być inaczej. Dzieci chcą, dzieci żądają, a my ich żądania spełniamy, wszak to dla nich tu przyjechaliśmy. Ale czy na pewno tylko dla nich? O tym za chwilę.

Nasz pierwszy roller coaster nazywa się Energuś (hmmm…). Osiem wagoników rozpędza się do 50 km/h a przeciążenia sięgają 3G. Oczekując na naszą kolej obserwujemy kolejne przejazdy (kolejka wije się wzdłuż kolejki), ekscytacja rośnie. Na szczęście – kolejny plus – duże parasole ustawione przez obsługę chronią nas przed słońcem. Wreszcie siadamy w wagonikach, zapinamy pasy, trzy, dwa, jeden… START! I już rozumiemy, skąd te piski i wrzaski – z naszych gardeł wydobywa się dokładnie to samo. Trzydzieści sekund później wychodzimy z kolejki na miękkich nogach. O jaaaa cie! Ale faaaaajnie! Tata, jeszcze raz! Czekajcie – tonuję rozentuzjazmowanych juniorów. Zobaczmy, co jeszcze tu mają. Okazuje się, że Energuś to kolejka familijna, dalej czekają zdecydowanie bardziej intensywne przeżycia.

Mayan przyciąga wzrok z daleka

Nasze dzieci ciągną nas do wijącego się w drugim końcu parku coastera o nazwie Mayan. Tu żarty się kończą. To – zgodnie z opisem – największe tego typu urządzenie w Europie Środkowo-Wschodniej: zapewnia prędkość do 80 km/h i przeciążenia do 5G. Tutaj można się poczuć jak w kabinie myśliwca F16. Dostępna od 140 cm wzrostu, zakaz wstępu dla sercowców, kobiet w ciąży i osób, które piły alkohol. Wzrok mojej żony mówi, żebym nawet nie próbował jej namawiać. Na ziemi zostaje też Zosieńka, która jest jeszcze za niska (na buzi wielka podkówka) oraz dziesięcioletni Staszek, który chwilę popatrzył na szaleńczą jazdę wagoników i sam zrezygnował. Na placu boju zostaje więc tata, który ustawia się w kolejce, choć bez przekonania. Tu również z kolejki można obserwować przejazdy, a jeśli na Energusiu ludzie piszczeli, to tu z ich gardeł wydobywa się zwierzęcy ryk przerażenia.

Unieruchomiony ciasno opiętą uprzężą wolno wspinam się na wysokość dziesięciopiętrowego wieżowca. Serce wali jak młot, gardło ściśnięte ze strachu, dłonie bieleją na uchwytach. Jazdaaaaaaaaaaaaa! Ryczę jak zarzynany wół, wywrzaskuję wyrazy nienadające się do druku i histerycznie się śmieję. Wagonik pędzi w dół i w górę, robi pełne pętle i beczki. Zaraz się zabiiiijęęęęęęę!!!!!!!! Po minucie docieram do końca, osłabły z emocji. Ledwo wysiadam z wagonika, ciało roztrzęsione, w głowie się kręci. Nigdy więcej!!! A chwilę później – chcę jeszcze raz!!!!!!! Takiego zastrzyku adrenaliny nie przeżyłem nigdy dotąd. O matko!

Splash Battle – mokro i mnóstwo śmiechu

Tymczasem dzieci wypatrzyły kolejną atrakcję – Splash Battle. Po wodnym torze suną czteroosobowe łódeczki, każde siedzisko zaopatrzone w armatkę tryskającą wodną strugą na kilka metrów. Można kupić foliowe peleryny, ale kto by się tym przejmował. Siadamy w łódeczce i natychmiast dostajemy się pod zmasowany ostrzał tych przed nami i za nami. Kilka sekund i ociekamy wodą. Jak dobrze, że cenne rzeczy zostawiliśmy w plecaku na brzegu (w specjalnych szafkach). Strzelamy wodnymi smugami do sąsiednich łódek i – to największa frajda – do przechodniów, którzy zagapili się i podeszli za blisko. Po dziesięciu minutach jesteśmy mokrzy do ostatniej niteczki, opuszczamy pokład trzymając się za zbolałe ze śmiechu brzuchy. Usiłujemy wysuszyć się w ustawionych nieopodal wyjścia wielkich suszarkach, ale mokre ciuchy będą schły na nas jeszcze dobre dwie godziny. Na szczęście jest upał.

A potem były jeszcze samochodziki, kolejne roller coastery, karuzele, strzelnice, automaty do gry, a nawet pokaz rzucania nożami, strzelania z bicza i żonglerki rewolwerami. Energylandię opuściliśmy późnym popołudniem kompletnie wyczerpani i szczęśliwi jak nigdy.

 

Tekst i zdjęcia Wojciech Musiał – Współzałożyciel Juniorowa. Z wykształcenia nauczyciel języka angielskiego, ale niepraktykujący. Dziennikarz radiowy, obecnie pracuje w Radiu Kraków, wcześniej w RMF Classic i w Złotych Przebojach. Ojciec Stasia i Zosi, mąż Anetki. Lubi jazz, jogę i święty spokój. Nie lubi braku poczucia humoru, hałasu i zapachu, który powstaje z połączenia wystygłej herbaty z ogryzkiem od jabłka.

 

Informacje praktyczne:

Energylandia mieści się w Zatorze w województwie małopolskim, pomiędzy Krakowem a Oświęcimiem. Można tu dojechać autobusami i busami z Krakowa, Katowic, Oświęcimia czy Wadowic, choć zdecydowana większość gości dociera tu samochodami. Na parkingu widać rejestracje z całej Polski i zagranicy. Parking kosztuje 5 zł za cały dzień.

Ceny: Bilet normalny kosztuje 109 zł, dzieci płacą 59 zł (do lat trzech – 1zł). Złotówkę kosztuje też wstęp dziecka, które danego dnia obchodzi urodziny. Specjalne ceny obowiązują dzieci niepełnosprawne, kobiety w ciąży i seniorów. Płacimy wyłącznie za wstęp. W ramach biletu możemy korzystać bez limitu z rozrywek Energylandii. Czas pobytu również jest nieograniczony ( w danym dniu).

Na terenie parku są liczne bary i restauracje. Ceny umiarkowane, jedzenie przeważnie fastfoodowe i grillowe, ale są też prawdziwe restauracje i puby.

Za atrakcje typu automaty do gry, automaty z zabawkami itp. płacimy oddzielnie. Przeważnie to 5 zł za grę czy drobny zakup.

Atrakcje podzielone są na trzy strefy: Bajkolandię przeznaczoną dla najmłodszych, Strefę Familijną dla całych rodzin oraz Strefę Ekstremalną, w której dominują dorośli. Tu spotkamy najwięcej obostrzeń, jeśli dziecko je spełnia, też zostanie wpuszczone. Wszystkie obostrzenia są wyraźnie opisane na tablicach ustawionych przy wejściach. W Energylandii jest też Water Park oraz miejsca różnego rodzaju pokazów i widowisk.

Na pobyt warto zarezerwować cały dzień, zwłaszcza w czasie letnich weekendów. Czas oczekiwania na najbardziej popularne atrakcje może być dość długi. Najdłuższa kolejka, w której odstał autor artykułu wynosiła 40 minut.

Wszystkie informacje znajdziemy na stronie energylandia.pl.

Aparat tym razem nie złapał ostrości, ale widać, o co chodzi.

A na koniec szczegół, który ujął mnie najbardziej. Gdy czekaliśmy w kolejce po frytki, zobaczyliśmy dwuletniego może berbecia, który stanął bezradnie na środku placu i zaczął płakać. Dziewczynka zgubiła mamę. Już miałem ruszyć na pomoc, ale ubiegła mnie dziewczyna z obsługi, która szybciutko podeszła, ukucnęła przy małej i zaczęła ją uspokajać. A już po chwili znalazła się mama, która chwyciła zapłakaną córę w objęcia. Pokiwałem głową z uznaniem – obsługa Energylandii zaliczyła ogromnego plusa.

p.s.

Już wkrótce w Energylandii otwarty zostanie najdłuższy i najszybszy roller coaster w Europie. Tata nie może się doczekać. Dzieci – również. Mama pozostaje sceptyczna.

p.s. 2

Przejażdżka kolejkami wywołała u mnie mimowolne spięcia mięśni. Nazajutrz uda i ramiona bolały mnie jak po siłowni. Nic to, chcę jeszcze raz!

A oto mini fotoreportaż z naszego pobytu:

Energylandia – piorunująca mieszanina adrenaliny i kiczu
5 (100%) 11 głosów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *