Dlaczego moje dzieci nie są karane

Kiedy mówię komuś, że moje dzieci nie dostają kar, w zasadzie zawsze wywołuje to u mojego rozmówcy reakcję zaskoczenia i czegoś, co jest mieszanką współczucia, pogardy, rozbawienia… W oczach da się również wyczytać zdania (bywają one wypowiedziane na głos): „Jak to? Rozpieszczasz. Co z nich wyrośnie? A gdzie konsekwencje?”…  Chociaż tak się już u mnie przyjęło, że nie tłumaczę się ze swoich „metod wychowawczych”, czuję potrzebę powiedzenia, z jakiego powodu moje dzieci nie są karane. Może ktoś poczuje, że warto spróbować w ten sposób…

Nie stosujemy kar z bardzo prozaicznego powodu… uważam je po prostu za nieskuteczne. Nieskuteczne w tym znaczeniu, że nie osiągam nimi tego, co bym chciała. A chcę nauczyć dzieci: poczucia odpowiedzialności, szacunku dla siebie i innych, empatii i umiejętności rozpoznawania przyczyn i skutków określonych działań własnych i cudzych.

Moja średnia córka przez 7 lat swojego życia nie dostała żadnej kary. Współpracuje, potrafi się zachować, reaguje na uwagi, prośby, dotrzymuje słowa itd. Najstarsze nasze dziecko czasami otrzymywało kary. Musiało się jednak zdarzyć coś naprawdę (w naszych oczach) poważnego, żebyśmy się na takie rozwiązanie zdecydowali. Najczęściej był to szlaban na komputer z powodu notorycznego nieodrabiania pracy domowej, albo nienauczenia się na kolejny sprawdzian, które to „wyczyny” skutkowały masą ocen niedostatecznych. Okazało się jednak, że wybraliśmy podwójnie złą drogę – po pierwsze skupialiśmy się na niewłaściwych aspektach edukacji szkolnej, a po drugie… kary nie przynosiły oczekiwanego rezultatu. Jeśli w ogóle zaczynało się dziać tak, że coś tam poprawiało się w szkole po otrzymanej karze, to zwykle trwało to bardzo krótko. Co więcej, jeśli Młody nie odrobił kolejnej pracy domowej, albo zawalił kolejny test zaczynał nas okłamywać, zatajać złe oceny. Pokazało nam to bardzo dokładnie, że kara jest czymś, co uczy, ale tylko jednej rzeczy – jak zrobić, żeby jej uniknąć (i wcale nie chodzi tu o zmianę zachowania, które jest powodem kary). Jest ona świetną metodą na wychowanie kłamcy i manipulatora, który i tak zrobi po swojemu, a żeby uniknąć konsekwencji użyje metod, których jako rodzice nie chcemy stawać się „ofiarami”.

Pytania zasadnicze, jakie zawsze sobie zadawałam (już na długo przed przeczytaniem „Porozumienia bez przemocy” Rosenberga), brzmiały: czy chodzi mi o to, żeby moje dziecko odrabiało te cholerne prace domowe, aby uniknąć kary, czy chcę, żeby poczuło odpowiedzialność za ich zrobienie? Czy chcę, żeby moje dziecko nie biło swojej siostry dlatego, żeby nie dostać kary, czy dlatego, że siostrę to boli, jest jej przykro, a w dodatku chcę, żeby uważało, że nie jest to sposób na komunikowanie się? Czy życzyłabym sobie, żeby umył naczynia, bo czuje potrzebę pomagania zmęczonym rodzicom i wspierania się nawzajem, czy żeby robił to w celu uniknięcia kary? Czy wolę, żeby nauczył się na test, bo uważa, że warto jednak zdać do kolejnej klasy, czy żeby zrobił to, bo inaczej ma szlaban na kompa?

Mówiąc szczerze nigdy nie spotkałam się z sytuacją, w której dzieć ukarany za zjedzenie nadmiaru słodyczy, nagle zaczął je ograniczać (chyba że w pobliżu osób, przy których zagraża kara), nie spotkałam się z sytuacją, aby uczeń postawiony do kąta za gadanie na zawsze już przestał gadać, dziecko ukarane za „strojenie fochów” przestało nagle w sposób ekspresyjny okazywać swoje emocje, czy w końcu, aby rodzeństwo ukarane za przezywanie się, bicie itp. nagle przestało to robić. Być może w danym momencie nasza latorośl uspokoi się albo zrobi to, czego oczekujemy – w końcu wie, co ją może czekać, ale czy na dłuższą metę będzie potrafiła skorygować swoje zachowanie? Szczerze wątpię, bowiem to nie kara skłania nas do pozytywnych działań, tylko nasza wewnętrzna motywacja i poczucie empatii.

Pomyślałam sobie w końcu, że kara jest przemocą. Jest to przecież użycie siły/swojej przewagi wobec słabszego. Dając dziecku karę, nie pozostawiamy mu pola do dyskusji (czytaj: DYSKUSJI, nie monologu rodzica) o tym, co się stało. Często nie wyjaśniamy nawet kary na tyle czytelnie, aby dziecko zrozumiało, za co ją otrzymuje. Zapytane po jakimś czasie: „Czy wiesz za co zostałeś ukarany?” niemal zawsze odpowie w inny sposób niż byśmy tego oczekiwali. Powie to tak, jak zrozumiało, a kiedy się w jego słowa wsłuchamy, rozpoznamy tam zazwyczaj opowieść o uczuciach bólu, zranienia, odrzucenia, zignorowania jego potrzeb, poczuciu niesprawiedliwości itp. (Czasami zdarzają się też wyrecytowane z pamięci pożądane przez rodzica słowa – w rzeczywistości nieszczere). Nierzadko zarzucamy wtedy dziecku kłamstwo lub próbę manipulacji. A to kolejny moment, w którym odbieramy mu należny szacunek. W dodatku, kiedy traktujemy dziecko karą, nie zastanawiamy się, co je skłoniło do takiego, a nie innego zachowania. Nawet jeśli dowiemy się, z czego dany występek wyniknął, kara jest formą zignorowania dziecięcych potrzeb, jest okazaniem, że uczucia, które mu towarzyszyły, kiedy dopuszczało się „przestępstwa”, są dla nas nieistotne. Pokazujemy, że jedyne, co widzimy to efekty uczuć/emocji, na które (w naszym odczuciu) musimy stanowczo zareagować, a to z kolei obniża w dziecku poczucie własnej wartości. Czy jest jakieś przewinienie warte tego, aby potraktować młodego człowieka z takim brakiem szacunku i empatii?

Zapewne wielu rodziców (wynika to ze sposobu, w jaki zostaliśmy wychowani) zapyta- jak inaczej dziecko ma się nauczyć wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny, jak ma nauczyć się, co wolno, a czego nie wolno w naszym społeczeństwie, jak ma nauczyć się szacunku do rodziców i nauczycieli? Skoro zrobiło coś złego, powinno ponieść konsekwencje. W końcu kiedy ktoś zabije człowieka, dostaje karę i idzie do więzienia…

Po pierwsze, ktoś z premedytacją zabijający czy inaczej krzywdzący drugą osobę, bardzo często jest po prostu psychopatą, którego należy odizolować. Niestety w takim przypadku nie ma mowy o „nauczeniu się czegoś na podstawie otrzymanej kary”. Po drugie jeśli krzywdzi się kogoś celowo, to zawsze jest to osobista decyzja DOROSŁEGO już człowieka. Mylimy bowiem dwie sprawy – wychowanie niedojrzałego i nieświadomego świata, kształtującego się dopiero człowieka z potraktowaniem dorosłego za dokonanie przestępstwa, o którym ten ma pełną świadomość, iż jest czymś nieakceptowanym przez społeczeństwo. Sąd wymierzając karę zakłada przecież, że winny działał celowo niewłaściwie, że założył dokonanie czynu, a często, że jest po prostu złym człowiekiem.

Czy można przyjąć takie założenie w przypadku jakiegokolwiek dziecka? Poza tym nawet dorosły w sądzie ma szansę na łagodniejszą karę lub zwolnienie z niej, jeśli udowodni się, że działał w afekcie lub z innych przyczyn nie był całkowicie lub częściowo świadom swojego postępowania. Dlaczego więc karać  nieukształtowanego jeszcze społecznie, moralnie, emocjonalnie i intelektualnie młodego człowieka? Dodać należy, że dziecko, które wychowuje się w duchu empatii i z szacunkiem, ma znacząco mniejsze szanse zostać w przyszłości zimnym wyrachowanym osobnikiem, który dokonuje przestępstw czy innych niezgodnych z normami społecznymi czynów (w tym posługuje się oszczerstwami, kłamstwem, manipulacją itd.).

Uważam za kompletną bzdurę, że dziecko, jeśli nie dostanie kary, nie zmieni swojego zachowania. To archaizm, który niestety przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. A fakt, że rodzice i nauczyciele nadal stosują tę „metodę wychowawczą” świadczy niestety o lenistwie. Chcemy załatwić sprawę szybko i bez wnikania w uczucia, analizowania emocji itp. Wolimy szybkie rozwiązania. Niestety, jak to ostatnio usłyszałam od jednego rodzica: „Krótsza droga nie zawsze jest tą lepszą”.

creceived_1316953434984695

autorka: Anita Dybowska – mama trójki dzieci. Lektor, metodyk. Pracuje w szkole językowej. Jest EduEkspertem w Fundacji EduTank. Interesuje się psychologią. Bardzo lubi czytać książki i tańczyć.

c

foto: Pixabay

Dlaczego moje dzieci nie są karane
Możesz ocenić ten artykuł

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *