Barbara Gawryluk – Szwedzi mają to w genach

lotta_trzy-opowiadania_6-7_www

O fenomenie skandynawskiej literatury dla dzieci, o jej trudnych w Polsce początkach i obecnej ogromnej popularności, o tym dlaczego jest uwielbiana pomimo kontrowersji, które czasami wzbudza – opowiada Barbara Gawryluk, autorka książek dla dzieci i tłumaczka literatury szwedzkiej na język polski.

Juniorowo: Jesteś późnym debiutantem…

Barbara Gawryluk: Bardzo późnym! Jeśli się debiutuje po 45 roku życia, to jest to rzeczywiście późny start. Ale myślenie o tym, żeby pisać, towarzyszyło mi przez lata. A nie pisałam po równo z braku odwagi oraz czasu. Nagle w mojej pracy dziennikarskiej przyszedł moment oddechu, a jednocześnie dzieci dorosły i odpadło mnóstwo domowych obowiązków Zaczęłam mieć coraz więcej wolnego czasu, pomyślałam więc: Jeśli nie teraz, to kiedy? Decyzja splotła się z okresem, gdy w Polsce zaczęła się wreszcie rozwijać dobra literatura dla dzieci. Jednak brakowało mi książek, które znałam ze Szwecji: dziejących się tu i teraz, dotykających bardzo współczesnych problemów, napisanych prostym językiem. Pomyślałam więc, że sama spróbuję coś takiego napisać.

tajemnica-diamentow_mapka_netA jak poznałaś szwedzką literaturę dla dzieci? Gdy twoje dzieci były małe, w Polsce jeszcze tych książek nie było.

Czytałam im książki, które sama przywoziłam ze Szwecji, i tłumaczyłam je a vista. Siadaliśmy na kanapie, dzieci po obu moich stronach, otwieraliśmy książkę, oni oglądali obrazki, a ja im czytałam tłumacząc tekst na polski. Oczywiście było to związane z różnymi przygodami, gdy zaglądaliśmy do książek po raz drugi, czwarty, piąty, bo przecież ulubione książki trzeba dzieciom przeczytać sto razy, to nie do końca pamiętałam polskie imię, które wymyśliłam dla pieska czy konika, lub w jaki sposób przetłumaczyłam co trudniejsze słowa, a dzieci to bezbłędnie wyłapywały: Mama, wczoraj było inaczej!

Jesteś absolwentką skandynawistyki na UJ. Skąd zainteresowanie językiem szwedzkim?

MiR1Nie mam żadnych powiązań ze Szwecją. Ten język przyszedł wraz z modą, która nastała w latach siedemdziesiątych, na literaturę skandynawską.  Bardzo mnie frapowała ta północ, ten klimat, te dziwne sagi, ci bohaterowie mający takie obco brzmiące imiona i nazwiska. Poza tym byłam uzdolniona językowo. W szkole miałam język niemiecki i chodziła mi po głowie jakaś filologia, ale właśnie nie za bardzo niemiecki. Gdy na Uniwersytecie Jagiellońskim otworzyli skandynawistykę, był to dla mnie strzał w dziesiątkę.

Czyli języka nauczyłaś się na studiach?

Tak jak wszyscy na roku. Nie było nikogo, kto by mówił po szwedzku! Egzamin wstępny był z języka niemieckiego i z literatury polskiej z elementami skandynawskimi. I wszyscy, którzy przyszliśmy na pierwsze zajęcia praktyczne, zaczęliśmy od frazy „Jak masz na imię?”. Szwedka, która prowadziła te zajęcia, nieodżałowana, nieżyjąca już Anette Ericsson, która wychowała kilkudziesięciu krakowskich skandynawistów, udawała, że nie mówi po polsku. Dopiero później wyszło, że jednak mówi i to bardzo dobrze.

A czy najpierw zaczęłaś sama pisać, czy tłumaczyć?

main_5_10_1Zaczęłam od tłumaczeń, ale bez powodzenia. Chodziłam z moimi projektami do różnych wydawców. To były lata 90-te, zmienił się rynek i powstawało mnóstwo nowych wydawnictw. Pokazywałam te książki, ale kompletnie nie znajdywałam zrozumienia. Od wszystkich słyszałam, że to się u nas nie przyjmie, że ci Szwedzi o takich dziwnych rzeczach piszą dla tych dzieci, ciągle jakieś kłopoty, rozwody, śmierci, narkotyki. Chociaż wcale takich książek nie proponowałam, wręcz przeciwnie, bardzo wesołą serię o Albercie Albertssonie, albo o takim chłopczyku Sune, która ostatecznie się nie ukazała w Polsce, ale która dla mnie była przykładem współczesnego Mikołajka. Cały czas byłam pewna, że szwedzka literatura przyjmie się w Polsce, tylko nie miałam narzędzi, by przekonać o tym szefów wydawnictw. Pomyślałam, że może dlatego, że nie mam wyrobionego nazwiska i że jak sama zacznę pisać, to w pewnym momencie będę mogła zainteresować ludzi książkami ze Szwecji. I dlatego, gdy już zaczęłam pisać, to trochę na szwedzki sposób. A gdy miałam już na koncie trzy czy cztery tytuły,  skontaktowało się ze mną wydawnictwo Zakamarki, świeżo założona odnoga wielkiego szwedzkiego koncernu wydawniczego.

Zaskoczył cię sukces literatury szwedzkiej w Polsce?

Muszę powiedzieć, że o ile wielu ludzi było bardzo zaskoczonych, o tyle ja kompletnie nie. Znałam jej wartość już wcześniej i byłam pewna, że to musi kiedyś zaskoczyć.

Jej wielką wartością jest szacunek dla małego czytelnika, który nie jest traktowany jak dziecko, ale jak człowiek, który jest mniej doświadczony, ale wcale nie głupszy. To bardzo korczakowskie.

main_5_16I takiego swojego Korczaka ma Szwecja – to jest Astrid Lindgren. To ona wprowadziła taki sposób pisania. Oczywiście miała mnóstwo świetnych poprzedników, ale to ona właśnie jest potęgą, zarówno pod względem liczby książek, które napisała, jak i wagi samej jej postaci. Poprzez swoją literaturę Astrid Lindgren stała się wielkim społecznym autorytetem pokazującym w jaki sposób nie wolno dzieci traktować. W jej książkach doskonale widać to poważne traktowanie bohaterów oraz czytelnika. Nie ma puszczania oka, przymilania się, zdrabniania, spieszczania, jest pięknie opowiedziana historia.

Plus humor…

Całe mnóstwo humoru!

Ale i rzeczy całkiem poważne. Szwedzi opisują dzieciom życie takim, jakie ono faktycznie jest, a nie takim, jakie rodzice chcieliby dzieciom pokazać…

rwetes_w_ogrodzieI z tym mają problem polscy rodzice. I wcale nie mam na myśli takich śmiertelnie poważnych spraw jak ciężka choroba, niepełnosprawność, odejście bliskiego człowieka, rozwód. To są tematy niezwykle ważne i wymagające ogromnego pietyzmu, żeby ująć je w niewielkiej książeczce. Szwedzi są w tym mistrzami. Ale przytoczę też przykład z twórczości Moni Nilsson, którą akurat tłumaczę. Ona tworzy tryskające dowcipem opowieści o siedmio- dziesięciolatkach, pisane w tak wariacki sposób, że młodzi czytelnicy trzymają się za brzuchy ze śmiechu. Ale jest tam mnóstwo elementów, do których nie wiadomo jak podejść, na przykład pierwsze fascynacje drugą płcią, pierwsze miłości… W książkach o Tsatsikim jest cały zestaw scenek, które każdy z nas pamięta z własnego dzieciństwa, tylko się wstydził o nich opowiedzieć. Pamiętam taką scenę, która przy tłumaczeniu wzbudziła moje wątpliwości, ale potem pomyślałam „Oczywiście, że tak!”: Tsatsiki zaczyna chodzić do szkoły i na jednej z lekcji ma kłopoty z żołądkiem. Musi natychmiast iść do toalety, ale wstydzi o tym powiedzieć. W końcu w ostatniej chwili wypada z klasy, ale po drodze staje się nieszczęście. To co wyprawia w toalecie, żeby się koledzy nie dowiedzieli, to jest historia, która jest udziałem prawie każdego z nas! A Moni Nilsson opisuje takie rzeczy w najbardziej naturalny sposób. Często czytam fragmenty jej książek na spotkaniach autorskich z dziećmi. Nie pozwalają mi skończyć. Chcą następny rozdział i następny, a śmieją się tak, że szyby w oknach drżą.

A dorośli razem z nimi! Bo jeszcze jednym wyróżnikiem szwedzkiej literatury dziecięcej jest fakt, że dorośli znajdą w niej drugą warstwę przeznaczoną właśnie dla nich. Jak bardzo ułatwia to czytanie dziecku tej samej książki po raz sto pięćdziesiąty… No i obrazki! Szwedzcy autorzy bardzo często sami ilustrują swoje dzieła. Na przykład Sven Nordqvist i cykl o Findusie i Pettsonie.

main_5_6_1Nordqvist jest architektem z wykształcenia, a ilustracje to jego główne zajęcie. Na pytanie skąd wzięły się jego opowieści o Findusie i Pettsonie, odpowiedział mi: Bo nikt nie chciał mi napisać takiej historii. Wymyśliłem sobie tego staruszka i tego kota, wiedziałem, że będą żyli w zaniedbanym domu w małej osadzie, których ciągle w Szwecji jest całkiem sporo. To jest książka, która ma posmak staroci, ale wciąż jest jak najbardziej aktualna. Zresztą to działa w dwie strony: Martin Widmark, autor bijącej wszelkie rekordy serii „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai” przyznał mi się, że właśnie sprawił sobie sztalugi, bo chce spróbować malarstwa! Nie wiem, czy mu się to uda i czy dostaniemy książkę Widmarka z jego własnymi ilustracjami, ale bardzo wielu Skandynawów ma dwa talenty – do malowania i opowiadania. To się bardzo rzadko zdarza w innych krajach.

c

Rozmawiał: Wojciech Musiał

4ab1621f9dc570a642f7f998287063c6Barbara Gawryluk – urodzona w 1957 r. Z wykształcenia filolog szwedzki, autorka książek dla dzieci, dziennikarka radiowa – od 1992 roku pracuje w Radiu Kraków, w którym tworzy audycje literackie. Jest laureatką Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego w 2010 r. za książkę „Zuzanka z pistacjowego domu”. W 2012 r. książka „Dżok. Legenda o psiej wierności” otrzymała wyróżnienie w plebiscycie Fundacji ABC XXI na najważniejszą książkę 10 lecia kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”. Znajomość języka szwedzkiego najchętniej wykorzystuje przy tłumaczeniach książek dla dzieci.

zdjęcia: Wikipedia, Wydawnictwo Media Rodzina, Wydawnictwo Zakamarki

Barbara Gawryluk – Szwedzi mają to w genach
5 (100%) 6 głosów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *